Elektronische Muziek 1989 [1989]

Lista utworów :

[1] Vermilion Sands [Christopher Franke] 05’34”
[2] Lost in Thoughts [Bernd Kistenmacher] 06’13”
[3] Himalaya [Ron Boots] 07’05”
[4] Unikat [Klaus Schulze] 11’26”
[5] Endless Dream [Gandalf] 09’31”
[6] Valley [Peru] 06’58”
[7] Hurry on Sundown [Patrick Kosmos] 08’43”
[8] El Tiempo [Walter Christian Rothe] 05’59”
[9] Lost Tale [Tangerine Dream] 03’27”

„Świat jest tak wiel­ki i bo­gaty, a życie tak pełne różno­rod­ności, że nig­dy nie brak okaz­ji do wierszy”  [Johann Wolfgang Goethe]

Bardzo rzadka i poszukiwana przez kolekcjonerów składanka z klasyczną muzyką elektroniczną. Została wydana w Holandii w październiku 1989 roku przez KLEM, z okazji 10-lecia istnienia klubu. Na płycie znajdziemy dziewięć nieznanych do tej pory utworów. Płytę otwiera dynamiczna kompozycja „Vermilion Sands”, skomponowana przez Chrisa Franke byłego członka zespołu Tangerine Dream. Nagranie pochodzi z okresu, kiedy Franke rozstawał się z zespołem. Utwór ten można tez posłuchać w wykonaniu zespołu Tangerine Dream, np. na płycie „Brighton, March 25th 1986” – patrz utwór „Cool Breeze of Brighton” oraz na mini-płycie „One Times One” – patrz utwór „Modesty and Greed”. „Vermilion Sands” rozpoczyna się przyjemnymi dla słuchacza sekwencjami oraz dynamicznym rytmem. Utwór świetnie nadaje się jako ścieżka dźwiękowa do filmu sensacyjnego, ponieważ przez cały czas trzyma nas w napięciu. Odniosłem wrażenie, że ten utwór został skrócony i nie znamy jego całości. „Lost in Thoughts” – to kompozycja Bernda Kistenmachera. Początek przypomina mi starsze kompozycje Klausa Schulze, z okresu „Irrlicht” oraz „Cyborg”. Rozpoczyna się ciekawie. Znów mamy atmosferę tajemniczości. W kolejnych partiach utworu artysta prezentuje nam interesujące dźwięki, które momentami nawiązują do twórczości zespołu Tangerine Dream z lat osiemdziesiątych. Pojawiają się też elementy muzyki klasycznej, jakże bardzo podobne do kompozycji Klausa Schulze z okresu „Silver Edition”. To jedna z moich ulubionych kompozycji na tej składance. Słuchając „Himalaya” Rona Bootsa, przenosimy się do muzycznego opisu Himalajów. Od razu przypomniała mi się muzyka z płyty „China” Vangelisa. Pamiętam, że podczas którejś audycji w radiu (prawdopodobnie audycja Jerzego Kordowicza) zaprezentowano muzykę, w której znani artyści poświęcili swoje kompozycje państwu Środka. Wśród nich była wspomniana wyżej  kompozycja Rona Bootsa. Po bardzo urokliwym początku artysta zaprezentował nam brzmienia instrumentów orientalnych. To kolejna udana kompozycja z tej składanki. Klaus Schulze ze swoim niezapomnianym utworem „Unikat” przenosi nas do świata muzyki klasycznej. „Unikat” jest pierwszą wersją utworu „Miditerranean Pads”. Pierwotna wersja trwa około 11 minut, natomiast pełna wersja trwa prawie 15 minut. Na albumie został dodany fortepian, a w tej wersji nie ma. W nagraniu tego utworu wziął też udział Georg Stettner. Sam początek jest bardzo udany. Mocna wokaliza Elfi Schulze dodaje uroku oraz niezwykłego patosu dla tej  kompozycji. Po około kilku minutach trwania utworu Klaus Schulze rozpoczyna swoją solówkę. Gdzieniegdzie usłyszymy też kwartet smyczkowy oraz saksofon. Pod koniec pojawia się ponownie Elfi Schulze. Jej piękny głos kończy ten utwór. Kolejna kompozycja, to „Endless Dream” w wykonaniu Gandalfa.  Rozpoczyna się obiecująco. Pulsujące dźwięki sugerują, że może to być bardzo dobra kompozycja, która może być odtwarzana podczas snu. Podczas słuchania nie pomyliłem się. Cudowne, spokojne oraz delikatne dźwięki  pozytywnie wpływają na sielankową atmosferę podczas drzemki. Można wtedy o czymś fajnym śnić. Utwór Peru„Valley” jest bardzo interesujący, ponieważ ja sam wcześniej tego artysty nie znałem. Wyraźne wpływy zespołu Tangerine Dream z lat osiemdziesiątych, a w szczególności z okresu „White Eagle”. Jest to dynamiczny utwór. Dominują w nim improwizacje, akordy oraz sekwencje. Patrick Kosmos – „Hurry On Sundown” –  to najspokojniejsza kompozycja na tej płycie. Ma bardzo długi, łagodny wstęp. Dopiero po około 3 minutach trwania utworu usłyszymy bardzo interesujący fortepian i sekwencje, a później brzmienie innych instrumentów. „El Tiempo”, to nagranie Waltera Christiana Rothe.  Wspaniałe, orkiestrowe motywy dodają powagi tej kompozycji. W tym utworze dominują klasyczne motywy. Całą składankę kończy „Lost Tale” niemieckiego zespołu Tangerine Dream, nagrana w składzie z Edgarem Froese oraz Paulem Haslingerem. Myślę, że to udane zakończenie tej bardzo dobrej składanki. Fajny utwór, utrzymanej w konwencji rocka elektronicznego oraz charakterystyczny dla początku okresu „Melrose Years”. To jedna z najlepszych składanek, jaką mogłem do tej pory usłyszeć. Szkoda, że ukazała się w tak limitowanym nakładzie.

Marcin Melka

Drive Inn [1984]

Lista utworów :

[1] Drive Inn 03’42”
[2] Sightseeing 06’24”
[3] Truckin’ 04’54”
[4] Highway 04’45”
[5] Racing 06’00”
[6] Road Clear 11’11”
[7] Drive Out 03’00”

„Oczekiwać przyjemności jest też przyjemnością”   Gotthold Ephraim Lessing 

 Muzyka została skomponowana przez obydwóch artystów pod wrażeniem zakończonej trasy koncertowej  po Polsce latem 1983 roku. Pomimo wcześniejszej zapowiedzi nie jest dalej pewne, że „Drive Inn” zostanie wydane jako reedycja. Szkoda, bo to fajny album. W sam raz do słuchania w czasie jazdy samochodem. Utwór otwiera dynamiczny kawałek „Drive Inn”, który jest początkiem naszej muzycznej przejażdżki. Ładna, przyjemna dla ucha melodia, która została stworzona za pomocą analogowego sprzętu. Pogodny nastrój dają nam fortepianowo-syntezatorowe zagrywki Rainera Blossa oraz przede wszystkim  mocne akordowe wstępy, które znamy z trasy koncertowej po Polsce oraz nagrań z „Dziękuję Poland”. Drugi utwór, „Sightseeing”  – to sielankowa, muzyczna przejażdżka po krajobrazach, pustych bezdrożach. W utworze tym dominują delikatne zagrania na klawiszach przez  Klausa Schulze oraz fortepian Blossa. Mimo znacznego upływu czasu ten album wcale się nie zestarzał. „Truckin’ ” – motoryczny, stalowy,  ciężki i powolny  kawałek niczym lokomotywa Tuwima  … zupełnie jakby się jechało ciężarówką. Fajne dźwięki  🙂

Do dziś  bardzo mi się podoba utwór zatytułowany „Highway”. To dynamiczny kawałek. Jest on  w sam raz świetny do jazdy po autostradzie. Co ciekawe, „Highway” jest fragmentem  bonusa „Gem”, znanego z reedycji „Audentity” w roku 2005. Być może to jest jedna z przyczyn, że „Drive Inn” nie będzie w reedycji, pomimo tego, że figuruje jako oficjalne wydawnictwo  w dyskografii Klausa Schulze’a. Drugą przyczyną jest to, że w roku 1990 wytwórnia „Innovative Commucation”  wydała album Rainer Blossa, który został  zatytułowany po prostu „Drive Inn vol. II” zawierający utwory utrzymane w konwencji „Drive Inn”„Racing”, to utwór, który powstał także we współpracy z Michaelem Garvensem, wokalistą znanym zresztą z wcześniejszych projektów Klausa pod nazwą „Richard Wahnfried”. Kompozycja na średnim poziomie, która przypomina nastrój z sesji „Transfer Station Blue”.  Kolejnym utworem który mi się bardzo podoba to „Road Clear”. Typowy, schulzowski kawałek z fortepianową nutą Blossa w tle i spokojnym rytmem sekwencera.  Ostatni kawałek, pełniący funkcję klamry to „Drive Out”, oznajmujący koniec naszej muzycznej przejażdżki samochodem, bez fortepianowej solówki, za to z perkusją w tle. Moim zdaniem, nawet gdyby ta płyta dziś była wydana ponownie, nie straciłaby na walorach. To moja druga płyta Klausa, którą jakieś poznałem prawie 30 lat temu. Świetna do słuchania w czasie jazdy. Mi wystarczyło do słuchania w czasie jazdy pociągami  – m.in. zapomnianym już węgierskim  wagonem motorowym SN61-138.

Podobno pierwotnie miała to być solowa produkcja Klausa Schulze,  lecz okazało się  inaczej. W końcu płyta została wydana po raz pierwszy w marcu 1984 roku jako solowy projekt Blossa. Napisy na pierwszym wydaniu płyty winylowej wyraźnie to tak sugerują. W końcu lat 90-tych została wydana przez brytyjską wytwórnię „Thunderbolt” kompaktowa reedycja „Drive Inn”. Na okładce materiał muzyczny sygnowany jest jako Klaus Schulze oraz Rainer Bloss –  „Drive Inn”. W tym samym czasie pojawiło się jeszcze jedno wydawnictwo, a mianowicie płyta „Drive Inn Vol. I”, która została wydana przez wytwórnię „Innovative Communication”. Wszystkie te płyty wyraźnie się między sobą różnią. W pierwszym wydaniu, na płycie kompaktowej, w drugim utworze jest kilkusekundowy fragment partii fortepianu grany przez Blossa, natomiast w reedycji wydanej przez „Innovative Communication” nie ma tego fragmentu. Wszystkie trzy płyty różnią się między sobą okładkami oraz krótszymi lub dłuższymi fragmentami niektórych utworów. Są to niuanse, ale zawsze 🙂

Marcin Melka

Angst [1984]

Lista utworów :

[1] Freeze 06’36”
[2] Pain 09’36”
[3] Memory 10’16”
[4] Surrender 08’41”
[5] Beyond 10’16”

 „Strach idzie za nami i przed nami całe życie. Miejmy nadzieję, że nie dalej”

                                                                                                               Tadeusz Konwicki 

„Angst” jest kolejną, po „Drive Inn” i „Transfer Station Blue” płytą Klausa Schulze, gdzie dominują utwory krótsze niż nagrywane do tej pory. Początek „Angst” jest całkiem niezły. Otwierający płytę „Freeze” jest „mroźnym”, utrzymanym w spokojnej i melancholijnej tonacji utworem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, to pomyślałem sobie, że to ciąg dalszy muzyki znanej wszystkim z albumu „Audentity”. Nie pomyliłem się. Niespokojne, majaczące „kryształki” sugerują nam, że będzie to intrygujący album. Generalnie muzyka jest utrzymana w zimnym, melancholijnym i pełnym grozy oraz strachu klimacie. Największe wrażenie wywarł na mnie  tytułowy – „Pain”. Świetne, pulsujące wejście perkusji oraz dobre, soczyste solówki na syntezatorze Mooga. Schulze bardzo udanie zastosował tutaj harmoniczny układ  akordów, a w  muzycznym tle słyszymy partie grane na pianinie. Mimo, że na okładce albumu nie widnieje nazwisko Rainera Blossa, to słuchając „Angst”, odnosi się wrażenie, że Bloss gra z Schulze przez cały czas. Nawiązując do powyższego filmu, można śmiało powiedzieć, że jest muzyczny opis ucieczki przed seryjnym mordercą. Trzeci track – „Memory” bardzo podobny do muzyki z „Audentity” oraz „Mirage”.

Znów pojawia się „kryształowy motyw”. To dynamiczny, elektryzujący i oparty na hipnotycznej melodii i ostinacie muzyczny pejzaż.  „Surrender” to kolejny, dynamiczny obraz, którego klimat znamy już z wcześniejszej płyty tria Schulze’a, Fuchsa i Blossa. Ta muzyka trzyma po prostu w napięciu przez cały czas. Transowy, hipnotyczny i pulsujący rytm znany już z wcześniejszego albumu „Aphrica”. Wprawdzie nie słychać głosu Fuchsa, ale myślę, że Schulze ten utwór bardzo mocno zmiksował. Ostatni utwór – „Beyond” – to kolejny, rytmiczny utwór prezentujący mroczny i groźny klimat. Każdy, kto przesłucha ten utwór, będzie miał wrażenie, że już go wcześniej gdzieś słyszał Tak !. To kolejny motyw z  płyty – bonus „Lasse Braun” z płyty „Body Love”. Ten album Klausa Schulze jest inny niż wszystkie dotychczasowe. Muzyka do tego filmu jest zapisem życia seryjnego zabójcy, jego paranoidalnych lęków i obsesji. „Angst” to muzyka do austriackiego filmu kryminalnego pod tym samym tytułem. Przyznaję, że nigdy tego filmu nie widziałem, więc cokolwiek więcej o nim powiedzieć. Zresztą jedynym filmem, który widziałem  to był  film australijski „Next Of Kin” („Następna z rodu”), który był emitowany dawno temu w Telewizji Polskiej jako horror. Wracając do albumu, to powiem, że bardzo mi się podoba okładka. Jest bardzo sugestywna. Wyraża ona strach przed czymś lub przed kimś. Polecam wszystkim świetną recenzję filmu „Angst”. Całość możecie przeczytać tutaj.

Marcin Melka

Aphrica [1984]

Lista utworów :

[1] Aphrodite 19’40”
[2] Brothers And Sisters 12’20”
[3] Aphrica 06’50”

„Nic nie jest piękne ani brzydkie. Piękno i brzydota jest w oczach patrzącego, nawet, gdy patrzący i ten, na którego się patrzy, to jedna i ta sama osoba.”  Sophia Loren


Ernst FuchsKilka słów na temat płyty „Aphrica” – tria Fuchs/Schulze/Bloss. Miałem przyjemność posłuchać po raz pierwszy tej płyty kilka temu. Zanim przesłuchałem tę płytę, pozwoliłem sobie na przejrzenie recenzji, jakie były zamieszczone w Internecie. Większość osób wypowiadało się na temat tej płyty negatywnie. Wśród komentarzy panowała opinia, że to jedna wielka ściema, brzydota i okropność jednym słowem. Po przesłuchaniu jej po raz pierwszy miałem te same odczucia i chciałem już tę płytę wystawić na jednym z portali aukcyjnych.  Po ponownym przesłuchaniu zmieniłem zdanie. Płyta ta została uznana za kontrowersyjną, ze względu nie tylko na solowe partie wokalne malarza, rzeźbiarza i mecenasa (?) kultury pochodzącego z Austrii Ernsta Fuchsa. Muzyka do tej płyty została wydana w 1984 roku i w tym samym roku z powodu sporów sądowych  Schulze’a oraz Fuchsa została wycofana z rynku….Szkoda, że została wycofana. Na kilku płytach Klausa Schulze’a można usłyszeć wiele partii wokalnych. W muzyce Schulze’a partie wokalne nie występują bowiem  tak często jak w muzyce Vangelisa, Jarre’a, Mike’a Oldfielda czy Schillera. Jak powszechnie wiadomo, partie wokalnym są dodatkiem do muzyki. Według mnie kilka partii wokalnych na płytach Schulze’a jest bardzo dobrych. Mogę tu wymienić wokale Arthura Browna, Michaela Garvensa, Iana Wilkinsona oraz  Waltera Siemona.  Ku mojemu zdumieniu ten chropowaty, niewyraźny głos Fuchsa idealnie pasuje do tej muzyki. Warunek jest jeden. Do wysłuchania tej muzyki należy mieć  odpowiedni nastrój. Głos Fuchsa przypomina mi miejscami głos Siemona z „Blackdance” To głos, Który pochodzi z jakiejś odległej, mrocznej krainy. I niech to będzie tytułowa „Aphrica”. „Aphrica” to obraz zagubionego raju. Raju lub mitu który wcześniej został zburzony. Swą wypowiedź sugeruję artystyczną wizją okładki tej płyty, którą namalował Ernst Fuchs – główny wokalista na tej płycie. Artysta pokazał w swoich obrazach biblijne motywy, estetykę oraz brzydotę ludzkiego życia, bo w końcu jedna z teorii głosi, że człowiek pochodzi z Czarnego Lądu i stamtąd zaczęła się jego ewolucja. Ile w tym prawdy, tak do końca nie dowiemy się w najbliższej przyszłości. I być może muzycy chcieli słuchaczom to przekazać. Wracając do muzyki całość przypomina muzykę wypracowaną już na „Audentity”. Najbardziej dynamicznym utworem jest oczywiście „Aphrodite”, który mi się najbardziej podoba na całej płycie. Bardzo ładnie rozpoczął partię a’la piano  na instrumentach klawiszowych Rainer Bloss. W tle muzyki słyszymy beat z syntezatorów Klausa Schulze’a i ten niesamowity wokal Fuchsa.  Dwa następne utwory to całkiem inna muzyka. Tytułowa „Aphrica”, to  podkład muzyczny do przyszłego utworu  „Surrender”, który ukazał się w tym samym roku na płycie  „Angst” do ścieżki filmowej austriackiego filmu sensacyjnego pod tym samym tytułem. Klimat muzyki w tym utworze przypomina mi jakieś wydarzenie. Może to być widowisko, igrzyska lub jakaś walka. „Brothers & Sisters” przypomina mi jakieś zwołanie ludu miejscowej, zapomnianej wioski na Czarnym Lądzie. To najsłabszy punkt tej płyty. Schulze używa zarówno podkładu muzycznego z tej sesji oraz z podkładów innych utworów z wcześniejszych płyt. Ogólnie całość oceniam średnio. Jednakże ta płyta nie powinna pójść do kosza ani w zapomnienie. Ciekawe, czy Klaus Schulze chciał się zrewanżować słuchaczom nagrywając „Klaustrophony” z Wilkinsonem na płycie „Dreams”, tylko dlatego, że wycofał „Aphricę” z rynku ? Ja takie skojarzenia mam. Brzydkie jest piękne ! Polecam stronę Internetową Ernsta Fuchsa.

Marcin Melka

 

Waiting For Cousteau [1990]

[1] Calypso 8’23”
[2] Calypso Part 2 7’10”
[3] Calypso Part 3 (Fin de siécle) 6’29″
[4] Waiting For Cousteau 46’53”

„Kalipso zakochała się w Odyseuszu, gdy ten znalazł u niej ratunek i gościnę po rozbiciu się okrętu, na którym podróżował. Próbowała go zatrzymać na wyspie, obiecując wieczną młodość i nieśmiertelność. Z nakazu bogów po ośmiu latach prób musiała zrezygnować ze swoich planów, pomóc Odyseuszowi w budowie nowego statku oraz wskazać mu gwiazdy, które pokażą kierunek powrotnej podróży do Itaki.” (za pl.wikipedia)

Pierwotnie album ten miał się nazywać „Cousteau on the Beach”. To jeden z bardzo ważnych  albumów studyjnych  Jean – Michel Jarre’a, po „Oxygene” i „Zoolook”.   Ten album mnie  bardzo zaskoczył, kiedy usłyszałem po raz pierwszy. Jarre nagrał płytę w hołdzie dla francuskiego oceanografa, Jacques’a Cousteau i ukazała się w dniu jego 80 Urodzin.  Sądząc po tytule, miałem nadzieję, że to będzie muzyczna opowieść, która została nagrana w stylu pierwszej płyty francuskiego artysty.  Pierwsze wrażenie, to totalna zmiana brzmienia. Kiedy włączyłem muzykę, usłyszałem szum morza, krzyki ptaków oraz bulgot wody. Od razu mi się to skojarzyło z zamorskim krajobrazem. Płyta zapowiada się bardzo ciekawie. Można ogólnie stwierdzić, że to album eksperymentalny. Wielbiciele muzyki Jarre’a, którzy dotąd byli przyzwyczajeni do dźwięków z albumów „Oxygene”, „Equinoxe”  lub „Rendez-Vous” zapewne byli w szoku, kiedy po raz pierwszy przesłuchali w całości ten album. Osobiście mi ten album także nie spodobał mi się. Nie doceniałem go. Dopiero po którymś przesłuchaniu powiedziałem sobie, że  ten album jest dobry. Jednak tylko w przypadku tytułowego utworu. Owszem, lubię posłuchać rytmiczną muzykę, lecz  utwór „Calypso” raczej mi do gustu nie przypadł. W pierwszej odsłonie utworu słyszymy szum morza. Następne partie utworu to dynamiczne akordy i melodie grane przez Jarre’a, które są wspomagane przez muzyków z „The Amoco Renegades” z Trynidadu grających na bębnach. „Calypso” część pierwsza –  jest według mnie za długa. Jednak da się  słuchać. Część druga „Calypso” jest dużo lepsza niż pierwsza. To jest muzyka Jarre’a, którą lubię i cenię. Wszystko zaczyna się niespodziewanie, jakby za jednym mocnym szarpnięciem. Wydaje się nam, że jesteśmy w batyskafie i podążamy  ku głębinom oceanu.  Jest mroczno i bardzo tajemniczo. Mijamy skały, podmorskie, skaliste szczyty, rozpadliny, nieznane gatunki zwierząt oraz roślinność, która nie występuje na lądzie. Momentami wydaje nam się, że zaraz pojawi się morski potwór i zniszczy nasz batyskaf. Pod koniec ponownie  słyszymy karaibskie rytmy, bębny oraz piękną melodię graną przez Jarre’a na syntezatorze. Ostatnia, trzecia część, to bardzo ładne zwieńczenie tej krótkiej suity. Utwór rozpoczyna się mocnym uderzeniem elektronicznej perkusji, by za chwilę przejść w nostalgiczną melodię. Pod koniec utworu słyszymy syntezatorową gitarę oraz padający  deszcz, który symbolizuje oczekiwanie na kogoś. Końcówka robi piorunujące wrażenie. Ostatni, tytułowy utwór to jeden z moich ulubionych nagrań Jean – Michel Jarre’a. Długi, bo prawie 50-minutowy utwór nagrany w stylu ambient całkowicie mnie zaskoczył. Powiem szczerze, że po pierwszym przesłuchaniu miałem ochotę kasetę zmazać (nagranie zarejestrowałem podczas słuchania audycji radiowej w 1990 roku). Jednak tak się nie stało. Po kilkunastokrotnym przesłuchaniu „Waiting For Cousteau” uznałem, że to jest to. Nowa jakość, nowe brzmienia. Muzyka, którą słyszymy przez ponad trzy kwadranse, to spokojny, pozbawiony jakichkolwiek rytmów, sampli, muzyczny obraz morskiej podróży. Można przy tej muzyce  zrelaksować, odpocząć, malować obrazy lub czytać książkę. To działa na wyobraźnię Utwór jest idealnie spięty w harmonijną całość. Słuchacz podróżuje przez muzyczne obrazy głębin oceanu, aby pod koniec wędrówki wypłynąć batyskafem na powierzchnię ku Słońcu.  Podsumowując, uważam, że ten album jest wart przesłuchania. Będę polecał go każdemu, a w szczególności „Waiting For Cousteau”.  Jako uzupełnienie tej recenzji polecam nagranie DVD z 1990 roku z koncertu w Paryżu. Często można ten utwór wysłuchać podczas koncertów Jarre’a  w oczekiwaniu na jego rozpoczęcie.

Marcin Melka

 

Mirage [1977]


Lista utworów :

[1]

Velvet Voyage 28’16”

[2]

Crystal Lake 29’15”

Cokolwiek w sobie ma ten świat odmienny,
Wszystko przemija jako jednodzienny
Kwiat, który pięknie się rozwinie rano,
a w południe zaginie. [Szymon Zimrowic]

Jest to prawdopodobnie najbardziej osobista płyta Klausa Schulze’a, którą zadedykował swojemu zmarłemu bratu. W wielu edycjach tej płyty możecie zobaczyć napis „(…) dedicated To Hans Dieter Schulze”. To jedna z moich „TOP” Klausa Schulze’a.  Po raz pierwszy miałem okazję posłuchać tej muzyki  jesienią 1988 roku. Ponownie  słuchałem utworów Klausa w  1989 roku podczas audycji Jerzego Kordowicza. Muzyka prezentowana na płycie „Mirage” jest inna niż wcześniej komponowana. Na końcówkę lat 70-tych ubiegłego wieku, dość nietypowa. W dyskografii artysty znajduje się pomiędzy płytami „Body Love” oraz „Body Love vol. 2”, które są bardziej dynamiczne niż „Mirage”. Cała płyta nosi podtytuł „Eine Elektronische Winterlandschaft”, czyli mamy tutaj do czynienia z elektronicznymi, zimowymi krajobrazami. Charakterystyczną cechą tego albumu jest to, że nie ma żywiołowej perkusji, nie ma pulsacyjnych i  basowych sekwencji, do których przyzwyczaił nas KS wcześniej. Cała płyta to według mnie ambient.  Płytę otwiera mroczny, posępny i tajemniczy utwór „Velvet Voyage”. Słyszymy swoiste nawoływania Wiatru Czasu, błądzące Echo, które gdzieś krąży nad pustym, zimowym krajobrazem oraz widzimy smutne oczy Błędnego Ognika. Wszystkie te obrazy  zostały przedstawione słuchaczom  w formie spokojnej, statycznej kompozycji. Przez cały czas podczas słuchania tego utworu mamy  do czynienia z muzycznym opisem grozy, niepokoju oraz tajemniczości  krajobrazu nie  z tego świata. W czasie słuchania tego utworu, oprócz posępnego basu słyszymy delikatne, dźwięczne „kryształki” oraz wyciszone melodie sekwencera i syntezatora. „Velvet Voyage” to piękny utwór, który według mnie można śmiało słuchać wpatrując się w górski krajobraz 🙂 Kolejnym utworem jest „Crystal Lake”, który podobnie jak poprzedni  jest podzielony na kilka części. W pierwszych dziesięciu minutach słyszymy piękne,  „kryształowe”  sekwencje, które stały się kamieniem milowym w klasycznej muzyce elektronicznej. Zimowe krajobrazy oraz „kryształki”, które towarzyszą od „Velvet Voyage” zostały zagrane z użyciem sekwencera oraz ze stałym, delikatnym ostinacie. Druga jak i zarazem ostatnia część utworu, kończy się melancholijną partią syntezatora. Czujemy też muzyczny opis chłodu kryształków lodu, ciepłe promienie słoneczne, które przenikając w głąb zamarzniętego jeziora ukazują tajemniczy, umarły świat. Ten muzyczny opis zimowych krajobrazów jest tak sugestywny, że podczas słuchania znów słyszymy słynny Wiatr Czasu, który obwieszcza, że surowa zima nie zamierza ustąpić i będzie trwać wiecznie. Podsumowując, po wielokrotnym przesłuchaniu tej płyty przez tyle lat się zastanawiałem nad jednym : o czym jest ta muzyka ?. O elektronicznych, zimowych, krajobrazach ? Można powiedzieć, że tak. Przynajmniej tak sugeruje podtytuł płyty „Mirage” Po jakimś czasie zrozumiałem, że jest to muzyka o przemijaniu, o tajemnicy istnienia, o śmierci, o początku nowego życia oraz osamotnieniu człowieka w mroźnym, zimowym klimacie w górach. Tym samym KS chciał wyrazić szacunek dla swojego zmarłego brata. Chciał po prostu wyrazić muzycznie swoje emocje.

Marcin Melka