Tomasz „Nerious” Szymański : „Staram się iść w jakość, a nie ilość”

TOMEKTomasz Szymański „Nerious” – polski kompozytor muzyki elektronicznej rodem z Bydgoszczy. Jego ciekawe płyty można poznać odwiedzając platformę wolnej muzyki – Jamendo.

D.K. Może na początku wyjaśnij skąd wziął się Twój pseudonim artystyczny – Nerious. Czy te słowo coś oznacza?

T.S.: Ner od Nero. To taki program do nagrywania płyt. Z kolei -ious to taka łacińska końcówka, która ładnie ozdabia cały pseudonim. Cała tajemnica. Myślałem nad tym, z tego co pamiętam, całą godzinę :).

D.K:.W portfolio podkreślasz swoją krótką przygodę z zespołem Endorphine. Czy ta współpraca zmotywowała Cię do solowej działalności?

T.S.: Generalnie zawsze działałem solo. Chciałem spróbować czegoś nowego przez współpracę z chłopakami. Na początku wszystko fajnie. Ciekawe doświadczenie – coś współtworzyć przez internet. Jednak ja miałem swoją wizję, a ktoś z zespołu inną. Za bardzo nasze gusta muzyczne się chyba różniły. Sama forma współpracy też mi po czasie przestała odpowiadać. Stwierdziłem, że pojedyncze utwory w duecie raz kiedyś to lepszy pomysł i odszedłem z zespołu. Niemniej jednak dużo z tej przygody wyniosłem.

D.K.: Przez ostatnie 6 lat skomponowałeś materiał na co najmniej 9 płyt. Odnoszę wrażenie że to nie koniec i chcesz uczynić z tworzenia muzyki główną życiową pasję. Skąd czerpiesz do tego siły?

T.S.: Kiedyś komponowałem znacznie częściej. Obecnie muszę mieć silne natchnienie, więc jest tego nieco mniej. Jednak myślę, że za to moja muzyka jest bardziej przemyślana. Bardziej staram się iść w jakość a nie ilość. Teraz pracuję, to też gorzej z czasem. Masz jednak rację – to nie koniec. Oj nie :). To wychodzi po prostu z zewnątrz. Z głębi. To raczej potrzeba twórcza. Chciałem jeszcze dodać, że mam coś jeszcze nie wydanego, muszę wrzucić w wolnej chwili tylko do sieci. Ponadto powstaje już kolejny materiał.

D:K.: Jednym z pierwszych Twoich opublikowanych projektów na Jamendo jest muzyka z płyty „Pejzaże”. Obok albumów „Wolne drogi” i „Powiew skrzydeł” należy ona do moich ulubionych Twoich wydawnictw. Czy „Pejzaże” to był owoc wieloletnich refleksji, czy raczej bardziej spontaniczny odruch? 

T.S.: Zawsze lubiłem obrazy prezentujące różne pejzaże takie jak łąki, jeziora, wioski, góry. Bardzo mnie uspokajają, kiedy na nie spoglądam. Chciałem wyrazić w muzyczny sposób co czuję. Miałem koncepcje w głowie i materiał powstał w rok.

D.K.: Zaskoczyłeś mnie pozytywnie płytą „Two Souls” – fikcyjnym soundtrackiem do gry. To chyba najbardziej rockowa muzyka z całej Twojej dyskografii. Zresztą jest na niej wiele różnych motywów, również filmowych. Gitara Dariusza Malkiewicza i Twój akompaniament tworzą coś nowego… Naprawdę grałeś z zacięciem w Starcrafta?

T.S.: Tak. Grałem, ale szybko mi się znudziło. Nie mam głowy do strategii. Sama gra i jej świat jednak na tyle mnie zaciekawił, że chciałem coś do tego włożyć od siebie. Ten projekt był dość odważny, bo jednak inspirowany czymś już istniejącym. Gdyby nie Darek, to by nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ma być gitara, bo inaczej nie było by tego klimatu z gry.

D.K.: Słuchając kolejnych Twoich płyt łatwo zauważyć że stawiasz sobie za cel penetrowanie różnych technik kompozytorskich, masz ambicję zaskakiwać słuchaczy co raz czymś nowym… A może ma to związek z tym że podjąłeś lekcje gry na fortepianie i to się dzieje niejako samo z siebie? 

T.S.: Z tymi technikami kompozytorskimi to może raz kiedyś spróbuje coś z harmonii klasycznej. Jednak uważam, że bardziej eksperymentuję z „poziomą budową utworu”. Czyli słuchaczowi wydaje się, że utwór będzie „jakiś” i będzie taki do końca, a tu nagle mała niespodzianka. Nagle zmieniam tonacje, klimat czy tempo, które jest dwa razy szybsze, czy nawet zupełnie samą koncepcję gatunkową mimo że to ten sam utwór itd. Ja lubię zaskakiwać. Szczególnie sam siebie :).

D.K: Na płycie „Powiew skrzydeł” ocierasz się w warstwie instrumentalnej o elementy charakterystyczne dla muzyki klasycznej, symfonicznej. Zgrabnie łączysz to z El-popem. Podoba mi się ten pomysł. Na Jamendo ta muzyka ma też pozytywne komentarze. Słychać na tej płycie w dwóch utworach śpiew i Agnieszki Czajkowskiej a ostatnim utworze „Fulfilment” śpiewa Avell. Jak udało Ci się pozyskać je do współpracy?

T.S.: Z Avell poznałem się na portalu (już nieistniejącym) Open Music z tego co pamiętam. I jakiś czas trochę wymienialiśmy się poglądami. Mieliśmy jeden wspólny utwór Shishigama. Możliwe, że gdzieś w necie jest dostępny. Teraz Avell zrobiła swoją nowsza wersje tegoż kawałka. Fulfilment to moja kompozycja a tekst i śpiew Avell. Byłem zaskoczony pozytywnie, że znalazła się w tym słodkim klimacie. Utwór udany moim zdaniem. Jej muzyka jest nieco inna jednak od mojej. Z kolei Agnieszkę poznałem przez kolegę. Jednak z tego co wiem wyjechała do Ameryki i kontakt się urwał. Szkoda, gdyż poczułem pewną muzyczną więź.

D.K.: „When We Were Young” i „InterZein – Little Bad” jakoś “nie pasują mi” do Ciebie. Czy to była muzyka na zamówienie czy po prostu postanowiłeś się sprawdzić w techno, a może zdominował Cię kolega „Shape” czyli Witek?

T.S.: Nie. To ja go namówiłem, aby zrobić album w stylu electro. Miałem jakąś taką chęć na tą surowa muzykę, a Witek mnie jakby w to wprowadził. Zgodził się na album po moich namowach i mamy efekt. Dobrze mi się z nim współpracowało. Swoją drogą, muszę się odezwać do niego :). When We Were Young to miała być taka odskocznia, a właściwie powrót do młodzieńczych fascynacji muzyką trance. Właściwie nic dodać nic ująć. Ze mną jest tak, że jeżeli mam na dany gatunek ochotę, to się w niego bawię. Traktuję to jak zabawę, a nie jakieś poszukiwanie twórcze siebie na siłę.

D.K.: Jednym z ostatnich Twoich sukcesów jest muzyka do filmu „Rodzinna Opowieść”. Choć jest jej czasowo niewiele, to skomponowanie motywu głównego i fragmentów charakterystycznych zawsze jest formą pewnej nobilitacji. Marzy o tym wielu artystów. Co dało ci te doświadczenie? 

T.S.: Z tak krótkim czasem prawdę mówiąc niewiele z tego wyniosłem :). Więcej nie potrzeba było materiału. Fajnie jak ktoś prosi o skomponowanie muzyki do danego obrazu. Jak byłem młodszy to pamiętam, że moim marzeniem było zostać kompozytorem filmowym. Teraz jednak z perspektywy czasu mam takie wrażenie, że chyba by mnie to ograniczało. Nie mniej, jeżeli kiedyś wyjdzie jakiś projekt – to pewnie nie odmówię.

D.K.: Jaki procent w Twojej muzyce stanowią sample, czego obecnie używasz do grania i zapisywania swojej muzyki?

T.S.: Ableton live plus różne wtyczki vst. Sampli używam mniej aniżeli syntezatorów. Lubię czasem samplować swój głos. Robię to jednak w taki sposób, aby to nie przypominało głosu, a jakiś instrument perkusyjny czy efekt dźwiękowy. Mój ulubiony syntezator to Synth1. Lubię też serię STS H.G Fortune.

D.K.: Na swojej stronie wymieniasz jako ulubionych kilku muzyków klasycznych. Jakie dzieło szczególnie cenisz z tego gatunku?

T.S.: Na pewno suitę „Peer Gynt” Edwarda Griega. Niezwykle barwną instrumentację prezentuje „Szeherezada” Korsakowa. Lubię impresjonizm i tu weźmy „Pawana dla zmarłej Infantki” Ravela.

D.K.: Poza muzyką rozpowszechniasz darmowe kursy mailingowe które pomagają rozładować stres…. Jak rozumiem, wypróbowałeś ich skuteczność na sobie?

T.S.: Oj tak. Łapię wiedzę na ten temat, bo bywam impulsywny. Czasem warto się tą wiedzą podzielić.

D.K.: Jakie masz muzyczne plany na przyszłość, czy grałeś już przed żywą publicznością?

Przed publiką grałem dwa razy na imprezie „Elektroniczny Woodstock” w Kruszwicy. Bardzo dobrze ją wspominam. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale mam takie marzenie zrobić jakieś porządne show przed publiką. Bynajmniej nie taką jak Jarre Michel :).

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów na muzycznej niwie.

T.S.: Dziękuję również i Pozdrawiam Ciepło.

Damian Koczkodon 

http://www.jamendo.com/pl/artist/nerious

Adam „Smok” Bórkowski : „Najczęściej słucham lasu”

smokZapraszam do przeczytania ciekawego wywiadu Damiana Koczkodona z Adamem „Smokiem” Bórkowskim. Całość znajdziecie tutaj.

Adam Bórkowski „Smok”- Indywidualista, myśliciel i autor ciekawych nagrań na instrumentach klawiszowych.
1) Dlaczego publikujesz swoją muzykę tylko w sieci?
AB: Odczytuje pytanie jako: Dlaczego nie wydałeś muzyki na płytach i nie czerpiesz z tego  korzyści. Nie ma takiej kwoty która oddala by ilość pracy, czasu przeznaczonego na środki, na  zakup sprzętu.
2) Ale … To stara tradycyjna metoda, czy uważasz ze net to zmienił? 
 Nie ma takiej potrzeby? Te 20  kilka kompozycji starczyłoby na 2 – 3 płyty.
AB: Nie ma takiej ceny za ilość emocji włożonej w utwory ;). Korzenie są takie że była i jest to  dla   mnie forma rozrywki, odpoczynku i relaksu. Zawiera wiele emocji spowodowanych obcowaniem ze światem  zewnętrznym. Kompozycji jest    o wiele więcej ;). Net daje jedynie możliwość wypuszczenia muzyki w świat – ja nie reklamuje się, nie świruję na   forach, nie lansuję. Kto chce – ten posłucha.  Zanim pierwszy  utwór  poszedł na net, grałem z 5 lat i to zrobiłem za namową znajomego który stwierdził ze to  strata,  żeby to było tylko dla mnie. Grałem – to wielkie słowo,  jestem samoukiem, słyszę dźwięki ale nie nazwę ich. To amatorka ;).
3) Liczy się chęć grania, a nie bycia gwiazdą, a Ty nie masz takich ambicji, bycia kolejnym Edgarem Froese. Teraz mało kto z „domowych” muzyków ma ukończoną szkołę muzyczną, a jakoś sobie radzi.
AB: Moja miłość do muzyki powoduje ze nie traktuję tego w kwestiach ambicjonalnych – jest to  tak  niemierzalne i niewyobrażalne, że nie sądzę żebym chciał  być np. Edgarem. Aczkolwiek, cokolwiek fakt że ludzie mnie rozpoznają i dają słowne wyrazy  radości ze słuchania moich koślawych dźwięków, jest czymś miłym.  Wiem  ze nie jestem sam, że są ludzie którzy odczytują emocje i te emocje im się udzielają …   W tym  miejscu dziękuje słuchaczom, aczkolwiek zaznaczę – to   nie było motywem przewodnim (być rozpoznawalnym) nawet w myślach.  Tego, co daje mi radość  i pieniądze nauczyłem się sam, jestem wrogiem systemu  szkolnictwa   takim jaki zastałem i jaki pewnie będzie trwał oby niedługi czas 😉  Tu uwaga:  aczkolwiek  mówienie o moich słuchaczach „ludzie” jest nie na miejscu –  oni nie  mają nic wspólnego z gatunkiem który się zdegenerował, lub dał zdegenerować ….
4) Masz oryginalne poglądy na sposób życia, jedzenia, wychowania…
AB:  Oryginalne? Ależ skąd! Wynikają one z obserwacji świata. Mam ten luksus że żyje na skraju:  z jednej strony miasto, z drugiej strony las. Mam czas  poobserwować przyrodę  – ludzie   to  wynaturzenie.  To smutne, ale prawdziwe. Chodzę po lesie nie widzę tu pomników  restauracji,  kuchni, kościołów,  przywódców, skarbówki ZUS-u….Ten świat sobie świetnie radzi  bez tego.  Człowiek – to brzmi   dumnie?  Się podekscytowałem ;). Dlatego jak kupiłem pierwszy  syntezator w 1995 roku stwierdziłem – dlaczego cywilizacja nie kieruje się w kierunku  produkowania  takich ślicznych maszynek, a nie maszynek do zabijania?
5) Jesteś nie tylko muzykiem, ale też myślicielem, trochę filozofem. Powiedz mi dlaczego według Ciebie tak się dzieje że muzyka łączy ludzi różnych światopoglądów religii i ras?
AB: To ze mamy w sobie czasem te chwile kiedy właśnie muzyka do nas dociera 😉  Religia i rasa nie ma nic do tego… mówimy o muzyce która ludzie sami  sobie polecają. Myślicielem jest każdy. Filozofem nie. Nie przeczytałem żadnego  dzieła filozoficznego  – założyłem sobie ze może u schyłku życia co by porównać  swoje  spostrzeżenia z wielkimi filozofami 😉  To co mówię wynika z obserwacji świata niekiedy tak ulotnych ze trudnych do zauważenia – cieszę się ze mój syn  to odziedziczył.
6) Wróćmy do muzyki, słuchasz już tylko swoich nagrań?
AB: Rzadko słucham muzyki – od  kilku lat prócz tego nad czym powoli pracuje, ostatnio płyty od znajomych muzyków….. Ale najczęściej siadam przed domem i  słucham lasu. Przyglądam się osom które zagnieździły sie w kilku szparach mojego  domu ;).  Powiedziałem im ze jak zaczną być nie miłe – to koniec i wiesz że są miłe? Taka symbioza – pozwalam im mieszkać na swoim domu w zamian ze będą grzeczne 😉  Co denerwuje moją Agusię (żonę) – ona by już je dawno unieszkodliwiła. Ogólnie sam przyznasz jak jedziesz do lasu to wyłączasz muzykę?
7) Jasne. Żona nie ma czasami chęci zagrać lub zaśpiewać z Tobą?
AB:  Wiesz, mamy inne wspólne dzieło/płytę: ma na imię Bogumił 😉 powoli będziemy nagrywać    drugą 😉 . A jakby chciała zaśpiewać – nie mowie nie,  ani nie zmuszam 😉   może kiedyś…
8) Skąd zamiłowanie do długich włosów?
AB: Dwadzieścia lat temu wypadły, jak na „Misiu”, uleczył mnie pewien święty osobnik za  co łaska (nie myślę ile by wzięła nieudolna Służba Zdrowia, o skutku nie  wspomnę).  Co ciekawe podał przyczynę – był takim drogowskazem na przyszłość…  Może  dlatego np. moja muzyka jest na Internecie za co łaska 😉 Dzisiaj od czasu jak zaczęły odrastać, Agusia ścina co jakiś czas ze dwa cm – siwe długie włosy  za jakiś czas – rewelacja 😉
9) Od ostatniego wywiadu na mooza.pl minęły 4 lata. dokupowałeś jakieś instrumenty w tym czasie?
AB: Tak, kupiłem Milusiowi – Ipada i uczę się grac rysując dźwięki palcem na ekranie   dotykowym.  Takie esy floresy;) przednia zabawa ;). Póki co, to jest jeden  instrument w moim kręgu zainteresowań który bym kupił ;).
10) Jest taki Twój utwór pt. „Modlitwa” jak to rozumieć skoro jesteś chyba ateistą?
AB: A skąd Ci przyszedł  ateizm do głowy? Na skutek  wcześniej przeprowadzanych dialogów ze  mną?  To, że neguję organizacje które robią na tym kasę, nie  znaczy ze nie posiadam wiary  lub że  się nie modlę. Mój mózg nie jest jeszcze ślepy ;). Modlitwa większości kojarzy się z  padnięciem na kolana w budynku który nie powinien w ogóle istnieć i odklepanie formułki  wtłoczone od najmłodszych lat.  A pogadać z Bogiem lub kimś na wzór wedle  wyznawanych religii można i trzeba na  wszelakie sposoby,   np. pobrzękując na syntezatorze.
11) Jesteś przeciw formalizmom religijnym?

AB: Jestem. I jestem przeciwny robieniu czegoś bezmyślnie i tyczy się to całego tego świata.  Jak  np.  można wyznawać wiarę i nie przeczytać  dokładnie najważniejszych dzieł jej dotyczących.   Ale z  drugiej strony spotykam ludzi je  którzy  przeczytali, a są tak ślepi ze aż boli.  Toż to śmieszne 😉

12) Brawo, wróćmy jednak do muzyki i jej wydawania. Wiesz ze koszty tłoczenia spadły? Konkurencja w tej branży coraz większa – teraz wytłoczenie 500 krążków kosztuje ok. 800zł.

AB: To takie troszkę dla mnie dziwne – bo nie taki był genesis mojego grania, ale sprawy zaczęły  się toczyć własnym biegiem. Kiedy stałem na górze, puściłem  kamyczek ze szczytu i on już sobie teraz sam powolutku się toczy.  Jest jedno ale –  postanowiłem ze wydam album – ale będzie dwu płytowy  czyli nowy   materiał plus wydana na necie „Bandy Sound”  z 2007r.

 13) Inspiracje?
AB: Raczej wyrażam swoje stany emocjonalne lub utwór jest takim lekarstwem  na to co widzę  – taka zasłona dymna, lub są takie które nazywam – z biblioteki Boga ;).  Słucham czegoś co robiłem wcześniej następnego dnia i stwierdzam – że jako samouk nie  byłbym w  stanie tak zagrać itp. itd. …jakbyś był prowadzony ręką mistrza ;).  I proszę nie domniemywać sobie czegokolwiek w tym temacie, jakiegoś przesłania,  wyjątkowości lub czegokolwiek. Dwa dni po śmierci Karola Wojtyły nagrałem utwór   w kilka godzin. Nie był to hołd dla  papieża, ale dla człowieka który był inny. Dostałem po łbie że  się lansuje na czyjejś śmierci ;). Nawet nie odpowiedziałem na   krytykę,  bo i po co. Nigdy nie byłem na żadnym spotkaniu kiedy papież był w kraju, więc  emocje były typu nieuzasadnionego. Do dziś nie potrafię sobie  tego wytłumaczyć.
 14) Ciekawe, jak padły wieże WTC tez coś czułeś, chciałeś coś nagrać?
AB: Nie zapalałem świec ale nie gadajmy o polityce bo mnie zamkną 😉 Dla mnie to jedna  wielka  ściema. Tak się zdarzyło ze obserwowałem to na żywo w TV,  miałem na  kanale CNN i jak zobaczyłem ze w tle reporterki że samolot wlatuje w  budynek  powiedziałem k****wa ale numer.
15) Chodzi mi o to że obserwujesz świat…  i w wyniku jego oddziaływania na Ciebie coś tworzysz.
 AB: Jak bym miał stworzyć muzykę na podstawie emocji związanych z polityką, to sądzę że  nie  nadawałoby się to do słuchania ;).
16) Kontakt z naturą wyzwala w Tobie to co najlepsze?
 AB: Przyznam się że mnie koi bardziej niż cokolwiek stworzone przez człowieka jako  dzieło.
17) Dzieła ludzkie są marnością, to już Salomon zauważył, mimo wszystko wierzysz w społeczeństwo ?  Bo Twoja muzyka jest optymistyczna.
AB: I pełna ciepła oraz impresjonizmu 😉   A Toś mnie zaskoczył ;). Może pełna wiary w coś  lepszego? Wszystko powstawało spontanicznie, bo spontaniczność  jest wspaniałym darem. Społeczeństwo? Od czasu jak przestałem żyć w wielkim skupisku  społecznym,  mogę zaparkować samochód otwarty, zostawić otwarty dom  i nic –  brama na noc szeroko otwarta i nic.
18) Zapomniałbym… Co to był za tajemniczy instrument na którym grałeś kilka lat temu w Olsztynie?
 AB: Zacny Nord modular G2 –  najlepszy syntezator w rozsądnej cenie.
19) Kochasz te maszyny?
 AB: Tę szczególnie ;). Ma nieograniczone możliwości.
20) W naszym wywiadzie podczas składu pominąłem trochę ciekawych wątków. Tych o Unabomberze i bezkompromisowości w poglądach. Pewnie niedługo znów porozmawiamy, bo Adam Bórkowski Smok lubi dyskutować. Życzę powodzenia w samorealizacji.

 

Damian Koczkodon 

Andymian : „Pejzaże zaklęte w nutach”

Andymian 2Polecam wywiad Damiana Koczkodona z Elżbietą i Andrzejem Mierzyńskimi. Całość znajdziecie tutaj.

Andrzej i Elżbieta Mierzyńscy z Olsztyna tworzą małżeński duet komponując i grając muzykę która mieści się w konwencji Old Electronic Music. Chętnie zgodzili się powiedzieć klika słów o sobie.
– Andrzej, uważnie obserwuję Twoją działalność od pierwszego koncertu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w 2005 roku w Olsztynie. Grałeś na syntezatorach, ale według, mnie było to głównie progresywne granie. Z roku na rok zwiększał się udział akcentów elektronicznych i … Twojej małżonki! Aż pewnego dnia okazało się, że jest to już oficjalny duet. Nie czujesz się jednak zdominowany przez swoją „lepszą połówkę”?
Andrzej: – Nasza, czyli moja i Elżbiety, droga artystyczna i zawodowa była wspólną od początku poznania! Nawet muzykowaliśmy rodzinnie, bo pochodzimy z domów ludzi muzykujących, z pewnymi tradycjami. Koncertowaliśmy też z braćmi Elżbiety. Jeden, z nich, Ryszard, grał ze mną, gdy rodziły się Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w 2004 roku.
Ela: – Ale czad, Damianie! Ja i dominacja?! Zaczynaliśmy razem w zespole muzycznym, potem praca w mediach, intensywna i absorbująca tak, że aż przyjaciół człowiek pogubił, bo ciągle nie miał dla nich czasu. Mimo to w ostatnich latach Andrzej aktywnie wrócił do grania i komponowania, wydawał płyty. Ja stałam daleko z boku, prawie nie istniałam. Oj, czasem Andrzej wgrywał do swoich utworów moje wokalizy i dawał je na drugim planie. Chyba mało kto wiedział, że jest tam głos prawdziwy, a nie z programu komputerowego, tak jak inni to używają w swoich utworach dla podniesienia efektu. Kiedy spotykaliśmy się w gronie Andrzeja znajomych z el-muzyki, to nawet dla nich nie miałam imienia. Byłam po prostu żoną Andrzeja, czy towarzyszką Andymiana. Aż kiedyś – pod wpływem sugestii osób, które nas dobrze znają od lat – postanowiliśmy ten daleki plan głosowy wyciągnąć do śpiewu z tekstem. Pierwsze próby publiczne – tu biję się w piersi – były cherlawe wyłącznie z mojego powodu. Zżerał mnie stres. A stres był z dwóch źródeł, wypływających z wręcz alergicznych reakcji na moją osobę. Pierwsze źródło: „To jest muzyka elektroniczna, to po co tam ta baba?!”. Drugie źródło: „Ona jest dziennikarką, to po co kurde jej scena?!”. Popłakałam się, bo inni w tym czasie nie takie „głupoty” robili i było dobrze.
Andymian 1
Andrzej: – Muszę stwierdzić, że nie mieliśmy też szczęścia do akustyków, których wiedza polegała jedynie na tym, jak zrobić ciszej – głośniej, a do wokalu dawali taki sam mikrofon jak na konferencje. My skromnie to znosiliśmy i to był błąd, bo o sprawy techniczne i oprawę sceniczną trzeba walczyć jak Władek Komendarek! Teraz umiemy o to powalczyć.
Ela: – Dokończę jeszcze swoją wypowiedź, mogę? A więc jak się wypłakałam, to pewnego dnia uznałam, że żyję w wolnym kraju i jako człowiek wolny mam prawo do własnych wyborów i do własnej twórczości. Ja tego prawa  innym przecież nie ograniczam, to dlaczego ogranicza się go mnie? Potem poszłam na lekcje do sopranistki, by odświeżyć swoje wcześniejsze możliwości. Tak wróciliśmy do dawnych czasów i tyle. No i Damian, ja nie jestem tą „lepszą połówką”, bo to Andrzeja domena, lecz ja jestem tą połówką ładniejszą! Mam nadzieję…
– Wiem Andrzeju, że rockowe granie w przeszłości miało swój wpływ na Twoje niedawne płyty. Ciekawi mnie jednak najbardziej, jak teraz dochodzi do powstania Waszej muzyki? Siadacie razem przy sprzęcie i…?
Ela: – Andrzej siada przy sprzęcie, a ja mruczę i marudzę!
Andrzej: – Muzyka powstaje i dojrzewa przez dłuższy czas, bo instrumenty klawiszowe stawiają wysokie wymagania od kompozytora i stwarzają większe możliwości aranżacyjne, co pochłania sporo czasu. Jest to fascynująca zabawa. Oczywiście komponując utwór staram się przewidzieć ścieżkę wokalną.
Ela: – Muszę powiedzieć, że Andrzej w pracy nad utworem jest jak piła tarczowa. Nikt by nie uwierzył, co? Stawia mnie przy mikrofonie i chce abym od razu, natychmiast, z odpowiednią barwą, nuta w nutę, bezbłędnie weszła w napisany utwór! Po takiej próbie zostaje ze mnie cień. Najbardziej lubię, gdy Andrzej jeszcze pracuje nad kompozycją, gdy jeszcze jej nie zamknął, frazy nie wygłaskał, a pozwala mi znienacka swobodnie dołączyć z głosem – wtedy fajnie się poszukuje, kombinuje, uwielbiam to!
– Ela, co skłoniło dziennikarkę do kariery wokalnej?
Ela: – Ja nie robię żadnej kariery, ja po prostu śpiewam! Śpiewanie jest jak tlen. Od urodzenia tak mam. To zabawne, ale jako mała dziewczynka i córka kolejarza, lubiłam śpiewać… na peronie! Gdy pociąg hałasował, a sapanie lokomotywy nieco tłumiło dźwięk, ja czułam się jak w niebie, bo mogłam się drzeć jak w operze. Dziennikarstwo u mnie wynika zaś z ciekawości poznawania ludzi, daje duże doświadczenie, trzyma w aktywności.
–  Umiecie pozyskać do współpracy innych. Zespoły taneczne i teatralne chętnie dają oprawę do Waszego koncertu. Jak to się udaje?
Ela: – Muzyka Andrzeja jest bardzo ilustracyjna, a my trafiamy na ludzi, którzy to świetnie czują. Nie mamy żadnych problemów w nawiązaniu kontaktu, sugerujemy scenariusze scenicznej ilustracji ruchem, ale zostawiamy swobodę realizacji i prawo do dokonania własnych interpretacji.
Andrzej: – Te zespoły, a współpracowaliśmy z czterema grupami, ćwiczą do nagrań, które przygotowuję z Elżbietą specjalnie dla nich na płycie. Odwiedzamy się na próbach, rozmawiamy. Elżbieta często zmienia teksty, szlifuje. Z pełnym sprzętem gramy dopiero na próbie generalnej, na której też jeszcze modyfikujemy szczegóły, bo niekiedy przychodzą one do głowy, gdy zobaczymy się w kostiumach. Wspaniałe jest potem, po koncercie, usłyszeć od tych młodych artystów, że świetnie im się z nami współpracowało, że występ ich z nami na żywo przed publicznością był dla nich dużym przeżyciem. Zdjęcia na stronie www.andymian.pl  pokazują te klimaty. Ubolewamy, że tak rzadko zaprasza się nas w pełnym składzie, bez tej teatralno-tanecznej oprawy. Organizatorzy szukają oszczędności, a w efekcie bezwzględnie obniżają jakość finalną, choć ona jest przecież największym prezentem dla widowni i jednocześnie jest owocem naszej pracy!
–  Zgodnie z realiami RP oboje pracujecie zawodowo, nie macie już po 18 lat, a jednak dysponujecie dużą energią i znajdujecie czas, aby realizować swoje ambitne cele. Jest na to jakaś metoda, prócz ciężkiej pracy? Może zdrowe geny?
Ela: – Geny! Ale na wszelki wypadek o zdrowie też dbamy. Ja, na przykład, codziennie rano robię 240 przysiadów (tak!), a Andrzej biega z psem.
Andrzej: – Zimą popijamy osobiście sporządzone nalewki, które nauczyliśmy się robić od dziadków, a oni byli czerstwi do końca swych dni. A tak poważnie – to trzeba się zaprogramować na pewien rytm. Zorganizować się, żyć bez nagłych zrywów, zbędnych frustracji i bez kompleksów.
–  Podczas naszego ostatniego spotkania wspominaliście o projekcie dla niepełnosprawnych, możecie powiedzieć coś o tym więcej?
Ela: – Pomysł wyszedł ode mnie. Gdy obejrzałam filmik na YouTube o niewidomym żebraku w amerykańskim mieście. Potem widziałam fotograficzną wystawę o życiu niepełnosprawnych w Polsce. Byłam poruszona, bo zobaczyłam inne, niestereotypowe, prezentacje tego trudnego świata. Z dziennikarskim uporem zaczęłam chodzić na spotkania do Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych, a potem do Polskiego Związku Niewidomych w Olsztynie. Poznawałam ludzi, rozmawiałam. Godzinami opowiadałam Andrzejowi o tym, czego się dowiedziałam. Wzruszył mnie na przykład Damian, niewidomy od urodzenia, a muzyk z wykształcenia. On marzy o tym, aby zrozumieć, co to znaczy kolor zielony!… Zaczęłam budować teksty literackie, a Andrzej… Niech sam powie.
Andrzej: – Mam nadzieję, że kompozycje o trudnym świecie będą zrozumiałe choć i wieloznaczne dla wielu światów. Przygotowałem do tego projektu około 70 minut nowej muzyki. Siedzę w miksach, dogrywam kolejne ślady. Będzie to oczywiście muzyka elektroniczna, ilustracyjna, z inaczej użytym wokalem – pejzaże zaklęte w nutach. Całość przygotujemy tak, aby muzyka funkcjonowała samodzielnie, nie tylko w tym projekcie.
–   Zauważyłem u siebie, że chętniej w ostatnich latach słucham muzyki spokojnej, a mniej rocka i hałasu. Czy u Was jest podobnie?
Andrzej: – Nie zauważam tego u siebie. Jestem konsekwentny w swoich preferencjach muzycznych, wciąż słucham dawnych mistrzów muzyki rockowej i elektronicznej oraz nowych, ciekawych wykonawców, których nie brakuje na współczesnym rynku muzycznym.
Ela: –  A ja lubię ładny hałas. Ale najbardziej lubię rozwijającą mózgi i wyobraźnię różnorodność, a jej w Polsce nie ma! Jest tylko pop-papka. Potem oglądam program Mam Talent i wyjść z podziwu nie mogę, że ludzie z dalekiego kręgu, ci nieznani wszem i wobec, są lepsi i ciekawsi od tych znanych z pierwszego kręgu z tą ich wielką oglądalnością na YouTube, z tymi ich głośnymi koncertami, z tym graniem w kółko tego samego w radiu, z tą ich plejadą „friendsów”  itp., itd. Jakie to smutne.
Andrzej: – O, właśnie! Jak mamy mówić o dominacji, to mówmy o dominacji niskich gustów w kulturze! To z tego powodu kultura popularna jest tylko popularna, a koncerty o wysokich walorach artystycznych nie stają się wydarzeniami, choć często zasługują na to.
– Bierzecie udział w różnych  festiwalach kojarzonych z muzyką elektroniczną. Czy możemy mówić o odrodzeniu gatunku, rozwoju, wychodzeniu z getta?
Ela: – Wolę określenie „nisza”, bo kojarzy się z elitarnością, a nie krzywdzącym zamknięciem. Nie czuję się krzywdzona tym, że robię to, co lubię i szanuję, i co ma jakąś wartość wychodząc ponad codzienny banał.
Andrzej: – Nie uważam, aby ten gatunek odradzał się, gdyż cały czas istnieje, choć nie ma go w mediach. Jest mnóstwo ludzi, którzy grają różne odmiany tej muzyki i w dodatku naprawdę umieją grać. Ale podam Ci jeszcze fajny przykład nowego spojrzenia na te sprawy. Otóż niedawno słuchaliśmy koncertu klasycznego dwóch muzyków w zamku. Wirtuozi akordeonu i gitary. Muzycy ci w rozmowie z nami powiedzieli, że przyszłością w muzyce są instrumenty elektroniczne, nowe brzmienia! Oni zaś, ci od muzyki klasycznej, będą wraz ze swoimi klasycznymi instrumentami pokazywani w muzeach na lekcjach historii, żeby ludzie poznali dawną kulturę i sztukę oraz wiedzieli, jak się kiedyś grało. Czy to nie zaskakujące stwierdzenie?
–  W przyszłym roku kolejne Elektroniczne Pejzaże Muzyczne. Czy już wiecie, kto będzie gościem?
Andrzej: – Najpierw trzeba wiedzieć, czy będzie kasa. Fajnych ludzi do pokazania nie brakuje. Mamy pewne nazwiska na oku. Chcemy też bardzo, aby udało się zaoferować dwa dni grania non stop. Jedno jest jednak pewne już dziś, że doprecyzujemy nazwę tego festiwalu przez dodanie Old Electronic Music. Nie chcemy, aby przyszedł ktoś na koncert muzyki klawiszowej, a oczekiwał laptopa i pokręteł na pudełku.
Ela: – Wiem, o czym mówi Andrzej! O koncercie szumnie zapowiadanego artysty, który nie grał, lecz kręcił gałkami! Ludzie za bardzo nie wiedzieli wejść, czy wyjść. Ja wysłuchałam uważnie, żeby nie wyjść na tępaka, poza tym zawsze warto poznać, co ktoś robi, bo to trudniejsze od tego, by nie robić nic.
Andrzej: – OK, taka „muzyka” też ma prawo być, ma swoich odbiorców, ale warto wiedzieć, na co się człowiek wyprawia. Dodatkową kwestią jest to, czy osoba jedynie obsługująca dźwięki z laptopa istotnie umie grać, bo ja mam wątpliwości. I czy w szumnych zapowiedziach powinna nazywać siebie muzykiem, skoro nie potrafi zagrać nawet gamy?
–  Jakiego istotnego pytania nie zadałem?
Ela: – Takiego na przykład, dlaczego ja wymyślam krótkie tytuły utworów, a Andrzej długie!
Andrzej: – Pozdrawiamy fajnych ludzi i zapraszamy do wpadania na stronę www.andymian.pl
– Dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę duetowi dalszych sukcesów.
Damian Koczkodon

Kayanis : „Nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności”

Lubomir Jędrasik „Kayanis” – polski twórca muzyki elektronicznej, rocka neoprogresywnego, symfonicznego, kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista urodzony w Słupsku. Człowiek charyzmatyczny, utalentowany w wielu dziedzinach,  konsekwentnie wprowadza w życie swoje plany. Oprócz tego, ciekawie opowiada o sobie i swoich pasjach.

 D.K.: W informacjach z Wikipedii można przeczytać o Twoim solowym debiucie „1994 Oczekiwanie”. Nie znam tego materiału. Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Kayanis: Każdy musi jakoś debiutować… To bardzo młodzieńcza praca, pełna niedoskonałości. Chciałbym mieć obecnie choć cień tej pewności siebie, jaka towarzyszyła mi wówczas, podczas nagrywania i promowania dwóch pierwszych płyt, bo mniej – więcej te same uwagi odnoszą się i do kolejnej, „Machines and Dreams”. Dziś do rzeczy które publikuję podchodzę o wiele bardziej wybiórczo, nie wiem, czy do Szanownej Publiczności dociera 5% tego, co sobie w studio rzeźbię, pewnie nawet mniej. Wtedy było inaczej – mój kosz na śmieci był wówczas prawie cały czas pusty, a procent jego zapełnienia jest podobno wyznacznikiem jakości kompozytora. Zapewniam Cię, że dziś się on (rzecz jasna wirtualnie) przesypuje ;).
A „Oczekiwanie” nawet nie wisi na mojej „ścianie próżności” w studio, na której znajduje się kolekcja płyt, w których powstaniu brałem udział – zarówno autorskich, jak i tych zleconych. Nie ma się czym chwalić.

D.K.: Płyta Machines and Dreams z 1998r zawierała kilka chwytliwych piosenek, a także kompozycje bardziej złożone. Czy tytuł ma jakieś konkretne odniesienie, czy jest abstrakcyjny? Ten album wydaje mi się ważny, bo przetarł drogę Ci drogę do szerszego grona słuchaczy.

K.: Jakiś-tam sens starałem się w tym tytule przemycić, te czasy były prologiem do szaleńczego rozwoju technologii, jaki obserwujemy dziś. Paradoksalnie, mimo bycia wówczas tzw. elektronikiem, nie byłem jakimś szczególnym pasjonatem technologii muzycznej, traktowałem ją jako niezbędne ułatwienie pracy, ale nie cel sam w sobie. Zawsze nudziły mnie śmiertelnie te quasi-techniczne dysputy o sprawności przesyłania sysexów i pojemności pamięci sekwencerów, w jakich z prawdziwymi wypiekami na twarzach uczestniczyli koledzy. To elementarz, coś, co musisz opanować aby robić muzykę na jakimś-tam poziomie, ale żeby o tym rozmawiać… co to, to nie. Langweilig! :). Czyli było to takie „Czucie i wiara silniej mówi do mnie..”, na jakie było wówczas mnie stać. Maszyny maszynami, jasna sprawa, rozwój, ułatwienie a sny, marzenia – nieosiągalne przestrzenie wyobraźni, które wszystko determinują. Tak wówczas myślałem. Dziś jednak jest znów inaczej, innego wymiaru ten tytuł chyba nabrał – machiny osiągnęły zdolności kreacji rzeczywistości abstrakcyjnej, przewyższające pewnie wiele nietrenowanych umysłów, zatem po pierwsze wieszcz się mylił, po drugie – ta nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności, nie dać się przegonić krzemowi.

Ten album rzeczywiście pozwolił dotrzeć tu i ówdzie, bo znajdowało się na nim to wściekłe „Arecibo”, chyba najbardziej popowy utwór, jaki udostępniłem. Choć instrumentalny, przebił popularnością wszystkie późniejsze piosenki. Był i teledysk, i wizyty w TV, rozgłośniach radiowych, szkołach, no prawie że w zakładach pracy… :). To miłe doświadczenia dla dwudziestoparolatka. Dają potrzebną wówczas bezczelność, wiarę we własną wyjątkowość, bez której nic nie zdziałasz. Dziś to bez znaczenia.

Tego albumu dotyczy też pewne nieporozumienie – nie ma na nim ani jednej piosenki! Śpiewaliśmy sporo na koncertach go promujących, ale na płycie – żadnego wokalu! Jakieś sample etnicznych przyśpiewek, ale to tyle!

D.K.: Na przełomie XX I XXI wieku niektórzy przyrównywali Twoją muzykę do twórczości Mike Oldfielda. Czy w tamtym czasie był to dla Ciebie komplement czy irytujące porównanie? 

K.: To przestroga dla obecnej młodzieży muzycznej. Nie wiedziałem wówczas o tym, (a powinienem, byłem przecież już wykształconym pedagogiem!) że ludzki umysł działa na zasadzie szufladek. Każde nowe zjawisko stara się wpasować w znaną sobie już przegródkę. Nagraliśmy tylko jeden utwór odnoszący się jakoś-tam, nawet nie zbyt przesadnie, do twórczości Oldfielda, nawet trochę dla żartu opracowaliśmy i zastosowaliśmy podczas nagrania z Andrzejem Czajkowskim nieco odmienną metodę vibrata gitarowego, która bardzo zbliżała brzmienie naszych gitar do tego znanego z prac Oldfielda… No i poszło. Ten jeden utwór sprawił, że nad odczepieniem tej łaty musiałem się później solidnie napracować! Utwór zresztą był słaby i nie powinien był się w ogóle ukazać. Później, na złość i na przekór czepialskim, graliśmy na koncertach „Moonlight Shadow”, z komentarzem „Aby zadać kłam krążącym pogłoskom…” Niewielu odbierało żarcik, część krytyki znowu jęczała o tym Oldfieldzie…

D.K.: W roku 2000 do Kwidzyna zjechała grupa Twoich fanów, wyglądało na to że w pewnych regionach kraju miałeś już ustaloną renomę?

K.: Tak, to się zdarzało.

Byłeś współorganizatorem festiwali KOMP w 2000 i 2001 roku. Było to w jakimś sensie dla Ciebie pożyteczne w sensie praktycznym?

K.: Nie. Nic mi to nie „dało”, jeżeli o to pytasz. To był pomysł pełnego energii Marka Szulena, ja miałem wówczas już trochę doświadczenia w tzw. produkcji scenicznej, zatem chętnie się w to zaangażowałem. Fajne doświadczenie, choć również naznaczone błędami nadmiernego młodzieńczego entuzjazmu i idealizmu ;).

D.K.: Od „Machines” do „Synesthesis” minęły tylko trzy lata, a te płyty mocno się różnią. Czyżby pomysł na takie zwarte, a jednocześnie monumentalne dzieło jak „Synesthesis” kiełkował znacznie dłużej i wcześniej chodził Ci po głowie?

K.: Nie, wszystko wydarzyło się właśnie w ciągu tych trzech lat. Dla w miarę sprawnego kompozytora urzeźbienie takiej płyty jak „Synesthesis” nie jest jakimś szczególnym wyzwaniem, a ja się w tych latach właśnie takim w miarę sprawnym twórcą stawałem… Choć cierpi ten materiał z powodu pewnych niedostatków realizacyjnych, wynikających z naszych ówczesnych ograniczeń budżetowych i braku doświadczenia w produkcjach o tej skali złożoności. Porwaliśmy się na produkcję płyty o światowym rozmachu, budując wszystko – włącznie ze studiem – od podstaw. Dziś to wydaje się wręcz niewiarygodne. Sensownym byłoby nagranie tej płyty jeszcze raz, od początku, z obecnym doświadczeniem i możliwościami. Ale nie sądzę, aby kiedykolwiek chciało mi się to zrobić. Zainteresowanie tym materiałem jest wciąż spore, zatem już wkrótce znajdzie się on ponownie w dystrybucji, jednakże jedynie w wersji elektronicznej, na kayanis.bandcamp.com. Choć dodam do niego jakiś „komentarz odautorski”, wyjaśniający okoliczności i warunki jego powstania.

D.K.: O ile płyta „Machines” była pozycją dość rozrywkową i optymistyczną, to od 2001 roku Twoja muzyka jest nie tylko bardziej złożona, ale jakby też poważniejsza. Sugeruje to również tytuł kolejnego projektu: Where Abandoned Pelicans Die. Jak to wytłumaczysz? 

K.: Tytułu tłumaczyć nie zamierzam, lubię pozostawiać takie interpretacje inwencji Słuchaczy. A co do „poważnienia” mojej muzyki, to cóż – wydaje mi się, iż mam coraz więcej do powiedzenia, w coraz to gęstszych strukturach muzycznych. Poza tym, będąc dalekim od nadmiernie transcendentalnego pojmowania świata uważam, iż w działalności artystycznej sprzeciwianie się naturalnemu, wyznaczonemu przez „niewiadomoco” kierunkowi rozwoju wypadków jest jeżeli nie niemożliwe, to co najmniej mocno uciążliwe. Doświadczyłem tego wielokrotnie, rzeczy idą swoim torem, a twoim zadaniem jest jedynie ten tor wyczuć pod stopami. Zatem, jeżeli mogę cokolwiek komukolwiek radzić – rób to, co się samo „chce” robić, co idzie gładko i bez nadmiernych komplikacji. Jasne, że czasami trzeba pod prąd, ale gdy pod nogi leci kłoda za kłodą – zła ścieżka. Przykład z mojego podwórka z ostatnich lat – na przełomie lat 2009/2010 napisałem płytę „Mundane”, to dziesięć piosenek, w mojej ocenie naprawdę niezłych, posiadających zarówno walory artystyczne jak i pewną potencjalną wartość komercyjną. Projekt doprowadzony jest do przedostatniej fazy produkcji – brakuje tylko kilku elementów. I od dwóch lat nic. Każda próba dokończenia tego przedsięwzięcia kończy się jakąś katastrofą, na różnych poziomach. W takich sytuacjach najlepiej jest po prostu zająć się czymś innym, do rzeczy porzuconych powracając przy sprzyjających okolicznościach. Zatem odpowiadając expressis verbis na Twoje pytanie – nie w pełni kontrolujemy to, co robimy, choć czasami możemy odnosić takie wrażenie. „Poważnienie” mojej muzyki nie musi być moim wyborem. Tak po prostu wychodzi.

D.K.: Masz bardzo profesjonalną stronę www: www.kayanis.com z której dużo można się o Tobie dowiedzieć. 

K.: Tak, to dzieło sympatyka mojego przedsięwzięcia, Jacka Juskowiaka, grafiki zaś są autorstwa Mirka Drozda, www.tse60.com Obserwuję, iż ostatnio wiele zespołów odpuszcza sobie tworzenie strony WWW na rzecz profili na portalach społecznościowych czy też stricte handlowych. Ja uważam, iż dobrze jest mieć własną, osobistą stronę WWW. To część całego przedsięwzięcia, istotna artystycznie.

D.K.: Zawodowo zajmujesz się nie tylko tworzeniem muzyki, ale również tłumaczeniem tekstów mających znamiona dzieła artystycznego. Dochodzę do wniosku, że robiąc takie rzeczy, samemu trzeba być poetą, posiadać nie tylko wiedzę filologiczną, ale też szerokie horyzonty i… chyba też pewną dozę empatii. Co o tym myślisz? 

K.: Słowo jest dla mnie inną, ale nie zbyt różną emanacją tego samego zjawiska, jakim jest dźwięk. Choć cenię muzykę bardziej za jej abstrakcyjność, to dosłowność i celność słowa też mają swój niepowtarzalny urok. Podobnie jak prąd elektryczny i magnetyzm to ta sama siła, słowo i muzyka oddziałują na ludzi podobnie, odpowiednio – można zaryzykować stwierdzenie, że słowo ma siłę prądu, a muzyka to magnetyzm… Obracanie się w miarę swobodne w obu tych światach jest dla mnie spełnieniem wszystkich dziecięcych marzeń. Nigdy nie umiałem wybrać, czy wolałbym być sławnym poetą, czy wybitnym kompozytorem… ;). A na poważnie – uwielbiam przeskakiwać między tymi światami, choć oba są piekielnie wymagające, jeżeli ma się choć mgliste pojęcie o ludzkich dokonaniach w tych przestrzeniach.

D.K.: Zastanawia mnie jedna rzecz. Na swoich płytach grasz na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Te instrumenty często grają tło. Dużo ekspresyjnych solówek wykonują zaproszeni gitarzyści. Na swojej stronie piszesz: „Moje powyższe pasje i zainteresowania uzupełnia ostatnia, ale nie najmniej ważna z nich – dźwięk, jego kreacja i realizacja”. Czy czujesz się więc może bardziej demiurgiem, kompozytorem niż instrumentalistą i z tego czerpiesz największą satysfakcję?

K.: Zdecydowanie tak właśnie jest. To kolejny przykład na to, o czym mówiłem wcześniej, że każdy ma swój tor, swoją ścieżkę… Nie popadając w nadmierny samokrytycyzm, grać w końcu umiem, ale kiedyś wkładałem dziesiątki godzin tygodniowo w poprawę własnej techniki i rezultaty były… tylko trochę lepsze od obecnych, gdy do sprawy podchodzę dużo mniej frasobliwie. Wolę pracę nad przymiotami intelektu, wyobraźnią, warsztatem kompozytora i aranżera niż grać wielogodzinne wprawki pianistyczne. I tak nie będę Możdżerem :). Są jednak ludzie, którzy mają niesłychaną „lekkość instrumentalną”, uwielbiam korzystać z ich talentów. Potrafią oni wnieść do utworu nieprawdopodobnie dużo, nawet rzeczy, których wcale bym się nie spodziewał. I bardzo dobrze, z takiej synergii rodzą się czasem prawdziwe cuda. Realizacja dźwięku to moje najświeższe hobby, robię to już profesjonalnie, ale tylko w niektórych obszarach muzycznych. Głównie „około klasycznych” i ilustracyjnych. Są rzeczy (piosenki, bardziej rockowe fragmenty produkcji), które muszę oddawać do „zewnętrznego” miksu, bo brakuje mi jeszcze narzędzi (przede wszystkim tych w głowie) do ich zrealizowania na poziomie, jakiego od swoich produkcji oczekuję.

Z drugiej jednak strony, przy mojej metodzie pracy to ja nagrywam 99% wszystkich partii, własnoręcznie ;). Moja muzyka powstaje za pomocą komputera, ale każdy dźwięk, każda nutka, nawet muśnięcie trójkąta w takcie 315 musi zostać przez kogoś zagrane… Lubię, gdy to jestem ja sam.

D.K.: Where Abandoned Pelicans Die choć zawiera piosenki, mniej przypomina muzykę rockową, a bardziej suitę symfoniczną. Momentami podniosłą i czasami smutną. Czy powoli odchodzisz od estetyki rocka, czy to chwilowe eksperymenty?

K.: Jak mówiłem wcześniej – przecież nie w pełni sam o tym decyduję… Poza tym nigdy nie byłem rockmanem. Lubię korzystać z pełnego wachlarza stylistycznego jaki mam do dyspozycji, lubię ślizgać się pomiędzy gatunkami, brać z nich to, co mi w danej sytuacji najbardziej odpowiada.

WAPD jest taka, jaką chciała być. Pracowałem nad tym materiałem ładnych kilka lat, rzecz jasna z przerwami, a on sam podpowiadał mi, czym chce się stać… Chwilę trwało, zanim to zrozumiałem, wcześniej toczyłem jakieś nierówne pojedynki z materią o niechcący się rozwinąć temat, czy nie pasujące rozwiązanie formalne… Dziś ukończyłbym taką płytę w kilka miesięcy. Człowiek naprawdę uczy się całe życie!

D.K.: Ostatnio dajesz mniej koncertów i wcale się nie dziwię. Biorąc pod uwagę charakter Twojej muzyki musi to być bardzo pracochłonne zajęcie…

K.: Tak, pracochłonne i zniechęcające. Szczególnie – tego aspektu nie da się tu uniknąć – finansowo. Poświęcając tę ilość czasu, jakiej wymaga przygotowanie dobrego koncertu – w standardzie, jaki wypracowaliśmy – na dowolne inne zajęcie, można po prostu zarobić więcej. A będąc dorosłym człowiekiem, odpowiedzialnym za rodzinę i dom, nie można o tym nie myśleć. Wszyscy mamy do dyspozycji ograniczoną ilość czasu i należy nauczyć się nim gospodarować. Ponadto, mając do wyboru wielomiesięczne użeranie się z rzeczywistością za kwoty, które nie są w stanie nic zmienić, a sobotnie lody na deptaku z rodziną, zgadnijcie co wybieram… :). Choć ostatnio próbuję robić coś w kierunku dostosowania koncertów do oczekiwań krajowego rynku. Zobaczymy, co z tego będzie.

D.K.: W przygotowaniu nowa płyta?

K.: By to jedna! ;). Mam „rozgrzebane” trzy materiały. Ostatnio jeden zaczyna puszczać do mnie oko, że może byśmy coś razem… :). Może coś z tego będzie, nauczyłem się już nie składać przedwczesnych deklaracji, nawet gdy brakuje tylko pół taktu – można na te kilka nutek czekać i lata całe…

D.K.: Od kwietnia działa serwis Bandcamp umożliwiający legalny zakup Twojej muzyki. Tak robi wielu uznanych muzyków. Od września opublikujesz „Synesthesis”. To dobra wiadomość dla nowego typu odbiorcy nie mającego sentymentu do tradycyjnych nośników…

K.: Tak, bandcamp to świetny pomysł. Sam kupuję tam muzykę, ostatnio np. świetny, doskonały polski „projekt” UL – KR. A nośnik nie ma już znaczenia, z serwisu bandcamp można pobierać i nie skompresowane pliki, jeżeli ktoś naprawdę słyszy w samochodzie różnicę pomiędzy mp3 320 kbps a wave… Jeżeli dla mojego pokolenia, ludzi, którzy pierwszą swoją płytę kupili jeszcze w formie winylowego krążka (notabene: polski Exodus „Supernowa”, genialne!) fakt braku fizycznego nośnika jest jak najbardziej do zaakceptowania, losy płyty CD wydają się przypieczętowane. Zresztą i tak przyszłość jest najprawdopodobniej w strumieniowym przesyle danych, a nie w zapychaniu sobie nimi telefonu czy czegoś-tam. Kolejną płytę wydam prawie na pewno wyłącznie w formie pliku, nie zaniedbując jednakże ani okładki, ani innych wizualnych doznań. Będzie po prostu taniej, dla obu stron tej zabawy.

D.K.: Powiedz czy masz czas na jakieś pasje o których nie napisałeś na swojej WWW, typu: łowienie rybek, wspinaczki itp, czyli jaki jest Kayanis prywatnie? 

K.: Ależ oczywiście, że mam. Szczególnie ostatnio, kiedy kilka beznadziejnie pochłaniających czasowo przedsięwzięć sobie odpuściłem. Rzecz jasna, słucham muzyki i czytam książki ;). Ale to jakby trochę cześć pracy, natomiast rzeczą niezwiązaną w żaden sposób z pracą, na która z radością tracę czas, jest przede wszystkim motoryzacja – uwielbiam samochody, należę nawet do jednego z internetowych klubów miłośników marki. A najświeższa sprawa to caravaning. Na razie tylko teoretycznie, ale w najbliższej przyszłości planujemy zakup przyczepki i wielotygodniowe podróże po Europie. Sprawę mamy przerobioną w wydaniu namiotowym, kapitalna sprawa, taki powrót do nastoletniości, (ci z Twoich P.T. Czytelników którzy bywali w Piszu pod koniec lat osiemdziesiątych wiedzą, o czym mowa!) tylko w wydaniu Hi-Tech A.D. 2000+ ;).
Mam tylko wewnętrzny problem z internetowym środowiskiem miłośników campingu i caravaningu, bo ci ludzie na samochód mówią „holownik”, co dla mnie jest nie do przyjęcia! 😉 🙂 :).

D.K.: O jakie kwestie nie zapytałem, a warto byłoby je przybliżyć czytelnikom?

K.: I tak nieźle Ci się tu wyspowiadałem… A z rzeczy najważniejszych: żonaty, jedna córa, mieszkam pod Warszawą.

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę powodzenia w dalszej publicznej, artystycznej działalności!

K.: Dziękuję i załączam pozdrowienia dla Twoich Czytelników.

Damian Koczkodon 

Strona artysty :  http://www.kayanis.com/

E=Motion : „Jedyne co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia”

jacek szpruch– Na swojej stronie piszesz o fascynacjach muzyką Klausa Schulze i Tangerine Dream. Pamiętasz dzisiaj od jakich płyt zaczęło się to oczarowanie?

J.S.: Faktycznie to zaczęło się od Jarre’a kiedy byłem w szkole podstawowej… Trafiłem na audycję Jerzego Jopa na II Programie Polskiego Radia właśnie w poszukiwaniu nagrań Jarre’a i trochę przypadkiem zetknąłem się wtedy z muzyką Philipa Glassa i Tangerine Dream.  Pierwsza płyta Tangerine Dream, która mi utkwiła w pamięci to „Near Dark” – usłyszana właśnie w radiu – była bajeczna…, lekko mroczna ale i przebojowa. Później udało mi się ją kupić na kasecie… To były czasy! Na szkolnej wycieczce do Wrocławia, na bazarze, zdobyłem za to „Logos” i do dziś to jest to jeden z moich faworytów. Bardzo ważny wpływ miał na mnie fanzin „Moogazyn”, gdzie artykuły o Tangerine Dream i Klausie Schulze pojawiały się bardzo często. Wtedy sięgnąłem po płyty Schulze’a i na początku było ciężko… Schulze na początku był dla mnie trudniejszy w odbiorze, ale z czasem zacząłem go coraz bardziej doceniać i tak już zostało. A zaczęło się od „Timewind”.
– Umiesz grać na gitarze, basie i perkusji. Udzielałeś się w różnych zespołach rockowych. Ale zdecydowanie w Twoich nagraniach przeważają syntezatory i brzmienia syntetyczne. Z czego to wynika?
J.S.: Gra na gitarze, basie i perkusji to studenckie czasy, gdy z kolegami grałem około-rockowe klimaty. Był to ciekawy okres muzycznych eksperymentów i wiele się nauczyłem. Poza tym, to była świetna zabawa i wyzwanie – grając na klawiszach na żywo się nudziłem. Bas czy perkusja to było nowe wyzwanie i to mi się podobało. Poza tym, wiadomo… Schulze też był perkusistą. Moje zajęcia rytmiki ze szkoły muzycznej bardzo się przydały. W ogóle poczucie rytmu w muzyce to dla mnie podstawa. Nagrywam jednak elektronikę bo w takich brzmieniach czuję się najlepiej i mogę się w pełni wyrazić.
– Jesteś jednym z nielicznych muzyków który udostępnia poprzez Internet swoją muzykę w jakości CD . To bardzo miłe. Czy tak jak ja, traktujesz mp3 jako ostateczność i zło konieczne?
J.S.: Mp3 traktuję jako format dobry do promocji muzyki i słuchania audiobooków. Ma swoje zalety. Muzyki słucham na tym samym systemie komputerowym, na którym nagrywam swoje płyty… i mp3 nie daje rady… Od kiedy zmieniłem zestaw odsłuchowy, w tym lepsze okablowanie, we własnej muzyce dostrzegam niuanse brzmieniowe, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Udostępniam swoje płyty w jakości CD ponieważ doszedłem do wniosku, że jeśli mam promować w ten sposób własną muzykę, to powinna ona być dostępna w najlepszej jakości.

– Twoja muzyka zbiera dobre recenzje od zachodnich krytyków z www.synthtopia.comwww.editionmag.comwww.electroambientspace.com, i innych. Jak tam trafiłeś?


J.S.: Dzięki wytrwałości. Od zawsze promowałem swoje muzyczne działania na ile pozwalał mi na to czas wolny. Stąd takie rezultaty. Muzyka sama się nie wypromuje, więc z czasem odkrywałem coraz więcej sposobów na to by dotrzeć do jak najszerszego grona słuchaczy. Jak tam trafić? Między innymi takimi działaniami zajmuje się moja firma Prime Sound http://www.primesound.pl/
– Dotychczasowy Twój materiał to przeważnie elektronika sekwencyjna, czyli coś w czym czujesz się najlepiej, planujesz poszerzyć repertuar o pochodne gatunku?J.S.: Uwielbiam sekwencje i pulsujące dźwięki. To mnie zawsze najbardziej urzekało w muzyce Schulze’a czy Tangerine Dream. Chris Franke, czyli Mr. Sequencer, jest pod tym względem geniuszem. W większości moich nagrań pojawiają się sekwencje i rytmiczne pulsacje. Faktycznie to poszerzyłem swój repertuar – nagrywam materiał pod nazwą Dream Project – tutaj sięgnąłem po mikrofon – nagrywam piosenki w klimatach synth-pop / electro. Trochę to jeszcze zajmie, ale na razie udostępniam wersje demo: http://www.lastfm.pl/music/The+Dream+Project/demo– Jakie masz podejście do instrumentów, czy któryś z twoich syntezatorów zatrzymasz na zawsze, czy to tylko narzędzia do osiągnięcia celu?

J.S.: Jest kilka modeli syntezatorów, które chętnie bym zobaczył w moim studio… Na dzień dzisiejszy zależy mi jednak na wygodzie, oszczędności miejsca i efektywności, więc syntezatory sprzętowe, które posiadałem już dawno zamieniłem na niezłą klawiaturę sterującą i syntezatory wirtualne. Takie rozwiązanie mi w zupełności wystarcza. Myślę, że jedyne co nas ogranicza to nasza wyobraźnia. Sprzęt to tylko narzędzie. Moim ulubionym syntezatorem wirtualnym jest Novation V-Station.

– Twoja muzyka nadaje się dobrze jako tło do lektury książek SF. Przeczytałeś coś ostatnio, co by Cię szczególnie zainspirowało?

J.S.: „Maksimum osiągnięć” Briana Tracy. Obecnie słucham dużo audiobooków związanych z biznesem, motywacją i realizacją celów… To w związku z moimi obecnymi przedsięwzięciami… Jeśli chodzi o SF, zaczytywałem się i bardzo cenię Philipa K. Dick’a. Łowca Androidów na podstawie jego opowiadania to klasyka, do tego z muzyką Vangelisa…

– Ja też kocham książki Dicka. Jakbyś określił muzykę nagraną z Markiem Ashby’m z płyty The Gate? Mocno różni się od Twoich solowych nagrań?

J.S.: Gdy poznałem Marka, był już doświadczonym muzykiem. Ja wtedy byłem jeszcze w liceum i marzyłem o własnym sprzęcie do nagrywania muzyki. Więc była to dla mnie znakomita okazja… W ciągu kilku dni powstały pomysły na płytę. Myślę, że „The Gate” znacznie różni się od nagrań E=motion – moje sekwencje zapowiadały wtedy w jakim kierunku będę się rozwijał, natomiast w solówkach i budowaniu konstrukcji utworów przede wszystkim słychać umiejętności Marka. Polecam jego płytę „Dance of Shadows”. Po jej wysłuchaniu łatwo rozróżnić co kto gra na „The Gate”.

– Nic nie wiem o Twojej działalności koncertowej, jak sobie radzisz na tym poletku?

J.S.: Nie koncertuję. Na dzień dzisiejszy nie mam wystarczająco dużo wolnego czasu, aby tym się profesjonalnie zająć. Ale zobaczymy co czas pokaże…

– Jakie masz plany na przyszłość?

J.S.: Muzyka towarzyszy mi zawsze i to się nie zmieni. Jeśli o nią chodzi, niczego nie planuję, wszystko odbywa się w naturalnym tempie. Natomiast ogólnie w życiu zaczynam wybiegać coraz bardziej w przyszłość i pracuję nad tym, aby mieć więcej czasu na nagrywanie muzyki oraz spędzanie czasu z rodziną i znajomymi.

– Dziękuję za rozmowę.

J.S.: Ja również dziękuję.

Damian Koczkodon 

Dieter Werner : „Inspiruje mnie dosłownie wszystko”

dieterJako tradycjonalista z postacią Dietera Wernera nie zetknąłem się na Jamendo, gdzie dostępna jest jego muzyka, tylko w audycji Jerzego Kordowicza „Tragarze Syntezatorów”. Jakiś fragment mojego umysłu zarejestrował wtedy fakt, że oto na niewielkim poletku rodzimych El – twórców pojawił się kolejny człowiek z dużą wyobraźnią. W końcu postanowiłem poznać bliżej autora trzech bardzo ciekawych płyt. Pytania o konkretne tytuły dotyczą ostatniej z nich pt. „Epoka dywergencji”.
 – Imię Dieter to, jak mi wyjaśniłeś pseudonim artystyczny. Czy oddzielenie prywatności od życia zawodowego jest po prostu zdrowym nawykiem, czy obawą przed atakiem internetowych wampirów, ludzi spaczonych, którzy korzystając z anonimowości sieci często nękają innych?
D.W: Na wstępie chciałbym powitać wszystkich czytających ów wywiad ze mną u Ciebie Damianie i serdecznie podziękować za zaproszenie. Śledzę Twoje wywiady i czytam z ogromną ciekawością, tym bardziej miło mi, że mogę się tu wypowiedzieć. Wracając do pytania – nie boję się absolutnie takich ludzi, niech sobie piszą co chcą na mój temat. Myślę, że każdy artysta jest ciekawy, co mają odbiorcy do powiedzenia na jego temat. Osobiście bardzo sobie cenię konstruktywną krytykę, jeśli zaś jest to typowa chęć poniżenia bez żadnych uzasadnień, to trudno – takie postępowanie świadczy tylko o autorze. Na mnie, póki co, nie robi to wrażenia.
 – Cechą charakterystyczną Twoich dokonań jest niesamowita, godna podziwu różnorodność. Całe te mnóstwo sampli, ozdobników, fantastycznie wzbogaca każdy utwór. Wszystkie je wyszukujesz w sieci, czy zdarzyło Ci się wykorzystać prywatne, domowe rejestry zdarzeń?
DW: Oczywiście. W moich utworach korzystam czasami z nagrań dokonywanych kilka lat temu z moją byłą żoną wokalistką, mam na jednym z utworów zarejestrowany głos mojego syna jak był mały. Ale ogólnie źródła pochodzenia moich sampli są bardzo różne. Z sieci korzystam raczej rzadko, mam swoje prywatne zbiory, w postaci bibliotek sampli i również sporo nagrywam. Zaopatrzyłem się w tym celu w specjalne urządzenie, dzięki któremu mogę nagrać cokolwiek i gdziekolwiek z bardzo dobrą jakością. Ostatnio stworzyłem sobie coś w rodzaju przenośnego studia nagrań z laptopem, dzięki czemu mogę pojechać do kogoś i np. nagrać wokal do utworu.
 – W twojej wcześniejszej muzyce słyszę dużo odwołań do czasów średniowiecza, rycerzy i zakonów, ba, umieszczasz nawet fragmenty obrządków kościelnych. Wiem że nie jest to deklaracja wiary, tylko po prostu dźwiękowe obrazy. Powiedz mi, czy ich obecność wynika może z wcześniejszej lektury, ciekawych filmów lub podobnego źródła inspiracji?
DW: Średniowiecze, jako epoka ma według mnie wyjątkowy klimat. Ale mnie inspiruje dosłownie wszystko. Nie wiem czemu tak się dzieje. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Czy to będzie film, jakieś dawne wspomnienie, czy też codzienne prozaiczne życie, to wszystko wywołuje u mnie jakieś skojarzenia i pomysł gotowy ;). Modlitwy w moich utworach są często pewnym symbolem, ale również jest to kapitalny materiał dźwiękowy wywołujący właśnie, jak wspomniałeś, pewne obrazy w umyśle odbiorcy. A ja widocznie muszę te obrazy wywoływać :). Lubię np. stworzyć w wyobraźni słuchacza wizję mrocznego średniowiecznego zamczyska i nagle wplątać w to obcy pierwiastek odwołujący się do zupełnie innej epoki, albo wręcz do nadprzyrodzonego zjawiska :).
 – I znakomicie Ci się to udaje. Bardzo mi się podoba swoboda z jaką łączysz różne gatunki muzyki i klimaty. Wydaje mi się to obecnie najlepszym pomysłem na wzbudzenie zainteresowania. Czy kryje się za tym odbicie Twoich wcześniejszych pasji, czy efekt grania przez kilka lat muzyki popularnej?
DW: Wierz mi, że gdyby chodziło mi jedynie o wzbudzenie zainteresowania, wypiąłbym gołe d… na scenie, albo stanął z syntezatorem na dachu Marriotta i groził, że skoczę. Z pewnością w TVN 24 już by o tym mówili :). Niestety doczekaliśmy się czasów, w których muzyka jest często tylko dodatkiem do kiełbasy i sztucznych ogni podczas festynu, a artystów niedługo będzie więcej niż odbiorców. Dlatego ci, którzy tworzą np. pop, rock czy dance, aby odróżnić się od 15 000 podobnych produkcji muszą wyróżnić się czymś innym, nie samą muzyką. Koncepcja tej mojej eklektycznej muzyki zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu, w latach 90. Ale wtedy nie miałem sprzętu by to zrealizować. Jednak może i dobrze się stało, bo granie muzyki pop przez te wszystkie lata nauczyło mnie wielu rzeczy i z pewnością wywarło duży wpływ na to, co w tej chwili słyszysz na moich płytach. Co najbardziej mnie wkurzało w muzyce „popularnej”, jak ją nazwałeś, to ta skłonność do podrabiania jednych przez drugich, np. ktoś wymyślił taką zagrywkę czy efekt który się spodobał szerokiej publiczności, to od razu znalazło się stu innych z identycznymi wstawkami. Tego nie lubię. Ja zdaję sobie sprawę, że w muzyce już wszystko zostało powiedziane. To znaczy: można stworzyć zapewne jeszcze wiele nowych nurtów, lecz każdy z nich będzie brzmiał podobnie do czegoś już istniejącego. Poprzez takie połączenia pomyślałem sobie, może uda się stworzyć choćby jakąś namiastkę czegoś nowego, albo przynajmniej zaskoczyć nieco słuchacza, jednak nie jest to absolutnie głównym celem mojego tworzenia.
 – Kompozycja „Szpitalny korytarz” powstała na kanwie rzeczywistych wydarzeń, czy to wytwór Twojej fantazji?
DW: To taka opowieść o życiu widziana z perspektywy osoby będącej już na granicy życia i śmierci. Tu posłużyły mi za inspirację różne wspomnienia z życia, które akurat w tym przypadku są na tyle uniwersalne, że każdy może się z tym utożsamiać. Częściowo też inspiracją były moje niedawne wizyty w instytucjach typu NZOZ, związane z moją „tajemniczą” chorobą, resztę dopisała wyobraźnia :).
 – Gdy słyszę rosyjskie dialogi i ludowe przyśpiewki na ”Zmierzchach i świtach” rozumiem że dajesz tym dowód braku uprzedzeń. Jesteś więc pozytywnie nastawiony do całego świata?
DW: Dokładnie tak. Nie mam nic przeciwko żadnym gatunkom muzycznym, szanuję każdą kulturę i cieszę się, że mogę z niej czerpać inspiracje. Fascynują mnie bardzo rożne kultury na świecie i obyczaje, a także minione epoki i wszelkie religie. Ze wszystkiego czerpię i cokolwiek nie usłyszę, jest w stanie mnie zainspirować. Wszystko traktuję jako materiał dźwiękowy, nawet konkretny przekaz werbalny traktuję czasem bardziej jako dźwięk niż treść.
 – W utworze „Immunoglobulina” można usłyszeć jazzujące fragmenty. To przypadek czy fascynacja?
DW: Fascynacja oczywiście. I to sprzed wielu lat. Był taki okres w moim życiu, że zaraziłem się mocno jazzowymi klimatami i w tę stronę też część mojej dawnej twórczości podążała. Było to jednak tylko przejściowe zauroczenie, ale czemu mam nie skorzystać z tego w mojej eklektycznej muzyce ? :).
 – „Trzynasty wezyr Kalifatu” – gdyby ten utwór trafił do Polskiego Radia i był odpowiednio promowany, mógłby stać się przebojem. Masz czasami takie pragnienie?
DW: Kiedy zajmowałem się muzyką nazwijmy to ”bardziej komercyjną”, było moim marzeniem zrobić takiego hita, który byłby popularny w całym kraju. Chyba każdy zespół, czy też artysta marzy o czymś takim, wstępując na tę, nie usłaną bynajmniej różami drogę. Dzisiaj myślę trochę inaczej. Artysta chce być doceniony przez odbiorców. Mieć przebój – z pewnością jest synonimem tego docenienia. Moim marzeniem jednak jest to, aby być docenionym za muzykę, którą tworzę. A to czy ma się przebój, czy nie, często jest wynikiem innych czynników, tak jak wspominałem – pozamuzycznych. Jak ktoś ma cięty język, lub jest skandalistą, albo jest nastolatkiem z ładną buzią, uwielbianym przez damską część publiczności, ma 100% więcej szans na przebój. Oczywiście ja na to nie narzekam, tak już jest i ok. Tyle, ze w tym kontekście ja nie muszę mieć przeboju. Mnie nie o to chodzi. Każdy musi ustalić sobie swoje priorytety i cele, dzięki którym czuje się spełniony.
 – Utwór z płyty Rtęć i limfa pt. „Bóg i szatan” – przewrotny, dowcipny i odwołujący się do popularnych skojarzeń – ma jakąś ciekawą historię?
DW: Historię taką jak większość moich utworów, czyli w pewnym momencie zrodził się taki a nie inny pomysł i przelałem go na dźwięki. Ale utwór ten ma jeszcze dla mnie pewne inne znaczenie. Mianowicie był dla mnie lekcją, gdzie mogę przekroczyć pewną granicę eklektyzmu, poza którą te zlepki przestają być spójne i zaczynają być w pewien sposób komiczne. Ja cały czas się uczę i wyciągam wnioski ze swoich produkcji… czy trafne? To już ocenią odbiorcy po kolejnych płytach 🙂
 – Czy taką muzykę jak Twoja da się zagrać na koncercie tak, aby nie była ona tylko odtworzeniem programu? Grałeś już jakieś koncerty?
DW: Jak oglądam fragmenty występów Władysława Komendarka to szczęka mi spada i nie wiem czy uda mi się chociaż w 50% dorównać mistrzowi. Ale odpowiadając konkretnie na pytanie – tak. Jak najbardziej. Właśnie nad tym pracuję: teraz układam repertuar i tworzę wersje koncertowe, bym mógł grać w nich żywe partie. Najbliżej mam w planach koncert inauguracyjny i akurat tak się stało, że chyba obok mnie wystąpią na nim jeszcze inni muzycy z Łodzi i mam nadzieję, że do tego wkrótce dojdzie, ale nie zapeszajmy.
 – Dobrze by było zarejestrować taki koncert na dobrej jakości sprzęcie. Gdybyś otrzymał propozycję współpracy od innego muzyka zgodziłbyś się nagrać z nim płytę, czy tworzysz tylko sam?
DW: Taka współpraca byłaby myślę, bardzo trudna dla drugiej strony… Odwrotnie bowiem niż w codziennym życiu, gdzie jestem niezwykle ugodowy i potrafię się dogadać z każdym, to w przypadku tworzenia i nagrywania muzyki wychodzi jakaś moja druga natura, zupełnie odmienna, jestem bezwzględnym tyranem i uzurpatorem, nie akceptuję niczyich pomysłów, wszystko musi być tak jak ja chcę i dlatego nie podejmuję się na razie współpracy, co pewnie jest złe i głupie. Pamiętam jak Roger Subirana zaproponował mi, abyśmy coś wspólnie nagrali, a ja nic nie odpowiedziałem i drugi raz pytał, a ja nic i nic… Choć to dla mnie byłby zaszczyt, bo Rogera niezwykle cenię, ale niestety. Może kiedyś się przełamię. Na razie nie potrafię. Przepraszam.
 – Jestem pod wrażeniem Twoich nagrań, kiedy nowa płyta, oraz czy wydasz je wszystkie na CD? Koniecznie powinieneś to zrobić.
DW: Dziękuję za miłe słowa. Na razie publikuję swoje utwory w Internecie, najczęściej na Jamendo. Nie planuję wydawnictwa na CD, chyba, że ktoś, w domyśle jakiś wydawca, zapragnie mieć je w swoim katalogu, wtedy się ukażą ;). Nie chciałbym jednak z tego powodu rezygnować z możliwości dotarcia do odbiorców przez Internet, bo chcę się przynajmniej na razie, dzielić swoją muzyką z innymi właśnie w takiej formie. Nowa płyta oczywiście się robi, ale jeszcze sporo czasu zajmie zanim ją opublikuję.
 – Jeśli pozwolisz spytam się Ziemowita Poniatowskiego, szefa Generatora czy nie byłby tym zainteresowany, oraz właścicieli dwóch zagranicznych labeli, bo sprawa jest warta zachodu. Jesteś dla mnie prywatnie, obok Przemka Rudzia, najciekawszym muzycznym odkryciem tego roku, chociaż oczywiście gracie znacznie dłużej. Twoje nagrania reprezentują wysoki poziom techniczny i są świadectwem niebanalnej wyobraźni. Życzę Ci więc coraz liczniejszego grona słuchaczy.
DW: Ja również bardzo Ci dziękuję.
Damian Koczkodon 

Linki do stron związanych z muzykiem :

 

Insomnia: „Places”

placesCo jakiś czas wracam do słuchania płyty „Places” łódzkiego duetu Insomnia. Zamiast standardowej recenzji, poprosiłem muzyków o trochę szczegółów na temat powstania i zawartości tej płyty. Na pytania w imieniu tandemu odpowiedział Łukasz Modrzejewski, obok Adama Mańkowskiego, współautor wszystkich nagrań grupy.

D.K: Zanim pojawił się projekt Insomnia – „Shadows and Mists”, wspólnie skomponowaliście album „Places”. To muzyka trudniejsza w odbiorze od następującej po niej płyty i kto wie, może przez to trafia do innej grupy odbiorców? W każdym bądź razie mam wrażenie, że napracowaliście się nad nią dużo. Jak to wyglądało w rzeczywistości?

Ł.M.: Miło nam słyszeć, że jest trudniejsza w odbiorze w stosunku do swojej młodszej siostry – „Shadows and Mists”, ale zapewniamy Cię, że i tak jest dużo łagodniejsza i przyswajalna, niż to co zrobiliśmy na debiucie Extreme Agony. Czy skierowana jest do innej grupy słuchaczy? Tego nie wiem, nigdy nie targetujemy naszej grupy docelowej. Jest przede wszystkim skierowana do ludzi mających otwarte uszy, dusze i serca na muzykę. W przypadku „Places” jak i do tego co było wcześniej, a także później i do tego co będzie kiedyś w przyszłości, mamy taki stosunek, że zawsze wkładamy w to co robimy siebie i cieszymy się, że możemy podzielić się cząstką siebie z kimś innym. Cieszymy się jeszcze bardziej gdy komuś to się podoba i jest to dla nas największa nagroda.  A wracając jeszcze do Twojego pytania, ten krążek jest inny i poniekąd wynika to z tego, że w tamtym czasie jakoś bardziej byliśmy przesiąknięci noisem, nieco chłodniejszymi obliczami elektroniki itd. Poza tym ten materiał powstawał trochę dłużej, dużo się przez ten czas wydarzyło różnych rzeczy – niekoniecznie dobrych i przyjemnych. Współpracowało nam się jak zawsze dobrze, Insomnia istniała wtedy już dobrych parę lat, ja Adama znam ponad dekadę więc była to niezwykła frajda, że mogliśmy nad „Places” pracować razem.

D.K.: Wyjątkowo mroczna,  czarno-biała okładka  skojarzy mi się destrukcyjnie, coś typu upadek wież WTC  z wyeksponowanym,  odpychającym wizerunkiem jakby demonicznej twarzy. Czy o takie asocjacje Wam chodziło?

Ł.M.: Nie do końca z WTC. Stockhausen swojego czasu określił zamach na WTC mianem największego dzieła sztuki wszechczasów. Niezmiernie cenię jego kompozycje, jego podejście do muzyki, ale niekoniecznie lubię, co więcej zgadzam się z jego opiniami – takimi jak ta wyżej. Zdecydowanie wolę cytować Franka Zappę. Jeśli ktoś świadomie i z premedytacją celuje kilkoma tonami stali w wieżowiec zabijając przy tym tysiące ludzi, a setki raniąc jest opętanym szaleńcem i kimś kogo bez niewybrednych epitetów nie jest łatwo nazwać. Oczywiście Zachód i Ameryka nie są niewinnymi barankami bez skazy, ale to temat na osobny wywiad, toteż wróćmy do naszego albumu. Jak już wspomniałem nie ma tam kontekstów związanych z zamachami 11 września, nie ma bezpośrednich inspiracji Ameryką, chociaż Stany są niewątpliwie inspirującym miejscem. Nigdy tam nie byłem, ale chętnie bym je zwiedził i zrewidował to co sądzi o nich na przykład Jean Baudrillard. W latach 2008-2010 dość dużo podróżowałem po Polsce, po dużych miastach, miasteczkach, a często trafiałem na wsie składające się z pięciu, sześciu gospodarstw. To było niesamowite doświadczenie, spotkałem wielu ludzi i poznałem ich historie. Zafascynowały mnie te miejsca, stąd właśnie taki tytuł. Ale nie chodziło nam o jakieś konkretne miejsca, które są tu i teraz, które znamy. Każdy ma też jakieś miejsca szczególne dla siebie, miejsca w których był, jest, chciałby być, a często nawet takie w których nigdy nie będzie. Podczas tych wspomnianych podróży wykonałem mnóstwo zdjęć. To, które znalazło się na okładce zrobiłem w Krakowie i przedstawia ono tzw. „szkieletora” – nigdy nieukończony biurowiec NOT. Jego budowę rozpoczęto w 1975 roku i przez cztery lata budowy postawiono jedynie żelbetonową konstrukcję. Potem pomysłów na jego ukończenie było wiele, kilka razy chciano go zburzyć, przebudowywać, podwyższać itd. Gdy byłem ostatni raz w Krakowie był dalej w takim stanie, będę tam za dwa tygodnie na koncercie No-Man, to zobaczę co się z nim dzieje, ale nie spodziewam się, że zobaczę tam piękny i ukończony wieżowiec. Ponieważ w Krakowie praktycznie na ma żadnych wysokościowców, nie licząc wież kościołów „szkieletor” dość szczególnie wybija się ponad horyzont czym doprowadza do szału wielu mieszkańców Grodu Kraka. Co ciekawe, to udało mi się go uchwycić w szczególnym momencie, ponieważ zazwyczaj jego konstrukcja oblepiona jest masą banerów reklamowych i ciężko jest go zastać w takiej formie jaką widać na okładce. Gdy pokazałem Adamowi to zdjęcie i zaproponowałem tytuł „Places”, bez wahania przystał na moją propozycję. Ponadto naszym zdaniem on świetnie oddaje formę tego krążka… mroczny, oddarty, tajemniczy… Poza tym „Places” towarzyszył multimedialny album, w którym znalazły się moje inne zdjęcia różnych miejsc. Pierwotnie chcieliśmy dołączyć te zdjęcia w formie książeczki do całego albumu, ale niestety to znacznie podnosiło koszta. Jeśli kiedyś będziemy mieli odpowiedni budżet, myślę, że wrócimy do tego pomysłu.

D.K.: track 1 Strange Beginnings of a Travelling – smutna to muzyka, ale nie do końca. Na pewno prowokuje do powstawania skojarzeń, różnych emocji. Jak w przypadku większości Waszych utworów, ciężko ją jednoznacznie zdefiniować. Domyślam się, że jest to zabieg celowy?

Ł.M.: Tak, stąd też taki nieco przekorny tytuł. Od samego początku wiedzieliśmy, że od tego utworu będzie zaczynała się podróż po naszych miejscach.

D.K.: track 2  Back to the Places from our Childhood – sporo kontrastów, niektóre fragmenty mają charakter  ilustracyjny… Czy tytuł jest abstrakcyjny, czy ma odniesienia do konkretnych wspomnień?

Ł.M.: I tak i nie jeśli chodzi o wspomnienia. Po prostu chcieliśmy jakoś wrócić do tego co było kiedyś. Stąd ten ilustracyjny charakter. A kontrasty są stąd, że po prostu jest takie dzieciństwo, które ma swoje plusy, ale ma minusy. Zrobiłem sobie kiedyś bilans i zestawiłem teraźniejszość z dzieciństwem. Ono miało niewątpliwie swój urok, ale zbyt wiele było tego przykrego, chwil których chciałoby się nie pamiętać, a nie jest łatwo je wymazać z pamięci.

D.K.: track 3 Unspoken Secrets – najbardziej niekonwencjonalny fragment płyty. Dużo modyfikacji, manipulowania przy tkance i wysiłku, aby sprowadzić tę muzykę do innego poziomu. Kojarzy mi się to z eksperymentami właściwymi dla elektroakustycznych badan dźwięku tak promowanych przez Artemiy’a Artemieva. 

Ł.M.: Zgadzam się z Tobą, jest to zdecydowanie najbardziej odbiegająca stylem kompozycja na całym wydawnictwie. Nie powstała jednak przypadkowo i nie bez znaczenia jest jej umiejscowienie w porządku tracklisty – jest to centralny punkt całego albumu. To wszystko są nasze wspomnienia z okresu dzieciństwa, emocje przywoływane z przeszłości dotyczą zarówno tych pięknych jak i przykrych chwil czy zdarzeń, o czym po trosze już była mowa powyżej. Ta kompozycja to wyraz lęku, niepokoju i próba przeniesienia tego na skomplikowaną muzyczną formułę. Kiedy te dźwięki powstawały, nie myśleliśmy akurat o Artemievie, a bardziej o połamanych strukturach, które można znaleźć w twórczości Kanadyjczyka Aarona Funka (Venetian Snares). Fakt, że zwróciłeś uwagę na tego typu podobieństwo może tylko cieszyć i świadczy o tym, że indywidualne podejście do tej muzyki pozwala interpretować ją na różne sposoby.

D.K.: track 4 Unnamed Space of our Imagination. Jak słucham tej kompozycji, to przed oczami stają mi grafiki Michała Karcza. Może nadajecie na podobnych falach? Utwór jest trochę straszny…

Ł.M.: Jeśli chodzi o grafiki, to coś w tym jest. Chociaż zdecydowanie są mi bliższe prace mistrza Beksińskiego. Zarówno w pracach jednego jak i drugiego artysty można znaleźć dużo mrocznych, niepokojących przestrzeni. To samo wyczuwalne jest w eterycznym tle tej kompozycji, są tu także pierwszoplanowe klawisze wnoszące nieco światła i pozytywnych emocji. Dokładnie tak jak bywało to za dawnych lat, wszystkie niepowodzenia i porażki wydawały się końcem świata, by już po chwili stać się mało istotnym drobiazgiem przykrytym solidną warstwą radości i uśmiechu. Wszystko było o wiele prostsze i zmieniało się jak w kalejdoskopie, dziś jest zupełnie inaczej..

D.K.: track 5 A House That Does Not Really Exist:  tu wprowadziliście sporo rytmu, który co jakiś czas powraca, inspiracją do stworzenia tej kompozycji był jakiś thriller?  

Ł.M.: Pomysł z dodaniem rytmu zaproponował Adam. Jest to najdłuższa kompozycja na płycie, trwa ponad trzynaście minut. Chcieliśmy, aby to było coś na zasadzie takiej elektronicznej i różnorodnej brzmieniowo suity z motywem przewodnim, którym jest pulsujący i powracający rykoszetem rytm.

D.K.: track 6 A Moment of Life – faktycznie jest jak chwila i szybko się kończy… trochę mnie to zaskoczyło. Właściwie to są same efekty i odgłosy burzy. Taka puenta spinająca dzieło?

Ł.M.: Tak. Gdy mieliśmy zarejestrowany już cały materiał czuliśmy, że przydałaby się jakaś jakaś pointa, kropka nad „i”, ale niekoniecznie w formie stricte muzycznej. Burza wydała nam się bardzo wymowna, wielu z ludzi pociąga, fascynuje, a jeszcze więcej jej się boi i odbiera jakoś negatywnie. Najważniejsze, że nikt wobec niej nie pozostaje obojętny, jest siłą natury, elementem potężnego żywiołu. No i sam tytuł…moment życia, kilka chwil w których coś się dzieje, coś zaczyna. Obcujemy z jakąś nienazwaną materią. Rodzimy się, wychowujemy, trwa to lata i cieszymy się żeby w szczęściu i zdrowiu żyć jak najdłużej. Każdego dnia, w każdej chwili przeżywamy takie momenty, kogoś spotykamy, ktoś się rodzi, umiera, aż my sami w jednym momencie odejdziemy z tego świata. Nasze życie składa się z momentów, podczas zarejestrowanej burzy też zapewne „coś” się wydarzyło. Słuchacz, po przesłuchaniu całej płyty może oddać się refleksji, po zatrzymaniu płyty przemyśleć różne sprawy i tak dalej. Nie chcemy tutaj niczego narzucać, jak zawsze dajemy pełną dowolność interpretacji.

D.K.; Dalej podoba mi się w Waszej muzyce, na co już wcześniej zwracałem uwagę: jest to muzyka do wielokrotnego odsłuchania. To, że jest raczej mroczna, nie przeszkadza mi. Słodki pop pragnę jak najszybciej zapomnieć, a muzyka która wierci dziurę w duszy, pozostawia po sobie ślad…

Ł.M.: Bardzo nam jest miło i dziękujemy. Nigdy nie zależało nam na robieniu czegoś efemerycznego, cieszymy się, że nasze kompozycje trafiają do ludzi, że znalazłeś w nich coś dla siebie, radość, smutek, niepokój…

D.K.: Co warto jeszcze wiedzieć o tym okresie pracy Insomnii?

Ł.M.: Jak wiesz, jest to tak naprawdę nasza pierwsza wspólna płyta nagrana jako Insomnia. Wtedy ten projekt przeistoczył się w duet. Z Adamem świetnie się pracuje i mam nadzieję, że ma o mnie takie samo zdanie. Nigdy niczego sobie nie narzucaliśmy. Tutaj nie ma czegoś takiego, że „ty robisz to i to, a ja to i to” i ma być 50% udziałów dla każdego. Nie tędy droga, zawsze szukamy jakiś inspiracji, dzielimy się pomysłami i staramy się wyłowić najlepsze jakie w danej chwili przychodzą nam do głowy, to daje nam największą frajdę, radość tworzenia. Jakkolwiek to zabrzmi – Insomnia, ale i Extreme Agony jest jak rodzina, jak związek w którym trzeba się uzupełniać. Niejednokrotnie wydaje się, że coś jest już skończone, ale brakuje jakiegoś drobiazgu, jednego dźwięku, który trzeba naleźć, a samemu nie jest to takie łatwe. To trochę tak jakbyś miał super auto, nawet z silnikiem, ale nie miał opon i kierownicy. Daleko tym nie pojedziesz.

D.K.: Dziękuję za odpowiedzi.

Ł.M.: Cała przyjemność po mojej jak i Adama stronie. Wszystkiego dobrego!

Damian  Koczkodon 

Przemysław Rudź : „Jestem wielkim piewcą wolności człowieka”

ruuudWarto czasem spenetrować pozornie hermetyczne zakamarki niszowych gatunków muzyki, w których natknąć można się na interesujących twórców. Jednym z nich jest Przemysław Rudź  – utalentowany kompozytor z Gdańska, którego dokonania mają coraz więcej wielbicieli na wąskim rynku polskiej klasycznej elektroniki ale również poza granicami kraju.  Regularnie nagrywa nowe płyty, a kolejna premiera już na jesieni. Postanowiłem przybliżyć jego postać Czytelnikom i zadałem artyście kilka pytań:

DK: Prowadzisz bardzo aktywne życie: nagrywasz płyty, napisałeś kilka książek, wygłaszasz prelekcje i wykłady, bierzesz udział w zlotach astronomicznych, pracujesz jako freelancer, bawisz się, znajdujesz także czas dla swoich najbliższych. Jak udaje Ci się pogodzić tyle spraw?
PR: Dobre pytanie! Tym bardziej, że generalnie nie jestem człowiekiem, który jest jakoś specjalnie uporządkowany, zdyscyplinowany, którego życie ma z góry założony harmonogram. Większość z tego, co udało mi się dokonać wyłoniło się z chaosu. Pracuję zrywami przedzielonymi okresami błogiego lenistwa. Natchnienie to dobre słowo, choć prawdziwy  sens jego realizacji przypisuję większym i bardziej zasłużonym ode mnie.  Tak czy siak, takie okresy pozornej bezczynności pozwalają ładować moje mózgowe baterie potencjałem inspiracji, a ciało siłami fizycznymi niezbędnymi do podtrzymania aktu tworzenia.
DK: Kiedyś powiedziałeś  że dużo ludzi prowadzi „życie ograniczone do jedzenia i wydalania, pracy i spania, kopulacji…”.  Jako artysta masz coś własnego do przekazania, ponad przyziemne sprawy. Co Cię inspiruje, jakie masz przesłanie dla świata?
PR: Dowodem na takie życiowe credo wielu jest wielomilionowa publiczność różnego rodzaju sitcomów, telewizyjnych show i seriali, lektury brukowców oraz temu podobnych rozrywek.  Rzuca się więc łatwo w oczy brak dążeń, aspiracji, czy elementarnej chęci spełniania indywidualnych marzeń. Ludzie ci znajdują substytut własnego szczęścia w postaci ekranowej papki i sukcesów podobnych sobie przedstawicieli tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Jeżeli dodamy do tego modną w  cywilizacji Zachodu postawę, że najważniejsze to być i mieć, „vox populi” z jego stosunkiem roszczeniowym (to i to mi się należy), zawiść, brak życzliwości, obraz naszego świata nie napawa optymizmem. Jestem wielkim piewcą wolności człowieka. Niezbywalnego prawa do realizacji swoich planów, kreowania przedsięwzięć często daleko wykraczających poza aktualne możliwości. Chciałbym, żeby planeta ta była domem dla takich właśnie istot, które w rozumnym indywidualizmie potrafią współdziałać w imię wyższych idei. Postęp nauki i medycyny, sięganie ku krańcom Wszechświata, czynienie świata lepszym dla nas i przyszłych pokoleń. Być może to utopia, ale zawsze jest ku czemu zmierzać… Nie ufam zarazem wszelakim instytucjom, które tą wolność ograniczają, a sens swojego istnienia tłumaczą tzw. czynieniem dobra. Jeżeli np. patrzę na obrady naszego parlamentu, to aż nadto przekonuję się, że wielki czterdziestomilionowy naród skazany jest na działalność legislacyjną intelektualnych miernot, których horyzont myślenia nie wykracza poza termin następnych wyborów. Zresztą w Parlamencie Europejskim sytuacja niewiele się różni…
DK: Zauważyłeś pewnie, że miłośnicy muzyki elektronicznej to często czytelnicy fantastyki, miłośnicy astronomii, pasjonaci świata nauki. Jak byś wytłumaczył tę szczególną zależność?
PR: To ludzie, którzy poza codzienną egzystencją posiadają drugi, o wiele głębszy świat przeżyć wewnętrznych. To osoby wrażliwe, czasem niepozorne, schowane gdzieś za niewidzialną ale szczelną kurtyną. Niektórzy z nich może nawet czują się zaszczuci przez rzeczywistość, stłamszeni przez system. Lektura opowieści o lotach kosmicznych, przygodach bohaterów zdobywających nieznane pozaziemskie światy, a do tego regularne studium nowinek naukowych, odkryć i temu podobnych kwestii, skutecznie pomijanych w wiodących środkach masowego przekazu, sprawia, że to oni daleko bardziej i pełniej rozumieją otaczający nas świat niż przeciętny człowiek. Ich nie obchodzi, czy w tysięcznym odcinku telenoweli Irenka rozwiedzie się ze Staszkiem. Ile osób zastanawiało się dlaczego ptak potrafi latać, albo w jaki sposób powstaje obraz w ludzkim oku, czy dlaczego nagle urywa się Lacrimosa w Requiem Mozarta? Pytań jest całe mnóstwo i właśnie tego typu ludzie łakną na nie odpowiedzi. Są przy tym uodpornieni na demagogię, krytycznie przyjmują polityczną propagandę, potrafią uzasadnić swój punkt widzenia, czy godzinami rozprawiać o swoich pasjach…
DK: Któregoś razu wspomniałeś mi: „Każde przelanie ludzkiej myśli na papier, ubranie w słowa  powoduje,  że ona się materializuje, inaczej by jej nie było, zostałaby niezauważona w kosmicznym chaosie. To jedna z cech człowieka, która odróżnia go od zwierząt, że poza wrodzonymi instynktami potrafi coś stworzyć” Czy będziesz dalej pisał książki?
PR: Oczywiście! Jesienią tego roku ukaże się kolejny przewodnik astronomiczny, który jednak wyczerpuje formułę tego typu wydawnictw mojego autorstwa. Nie chcę popełniać z każdym nowym tytułem swoistego autoplagiatu. Poza tym przy aktualnym poziomie czytelnictwa, zwrot finansowy z tego typu przedsięwzięcia w najlepszym razie jest daleko odłożony w czasie, choć generalnie i tak nie jest w stanie godnie zrekompensować poniesionych wyrzeczeń i ogromnego nakładu pracy. Pewne jednak jest, że coś w przyszłości jeszcze popełnię, może zwrócę uwagę i skoncentruję się na popularnych ostatnio e-bookach z ich bezpośrednim dostępem do Czytelnika, bez pośrednictwa żadnego wydawnictwa.
 DK: Tworzysz muzykę dla ludzi lubiących rozmyślać, penetrujących swoje ego. Na swojej stronie piszesz: „Kontrola nad każdym aspektem brzmienia, tworzenie nowych barw i modyfikowanie już istniejących (…), daje poczucie pełnej wolności”. A  jednak niedawno postanowiłeś to rozszerzyć i nawiązać współpracę z Władysławem Komendarkiem „geniuszem egzystującym w podziemiu”. Jak do tego doszło?
PR: Zacytuję tu fragment tekstu, jaki pojawi się we wkładce do naszego albumu, a który doskonale w moim odczuciu odda atmosferę, w jakiej doszło tej współpracy:
„Kulisy powstania tego albumu są niezwykłe. Wystarczyło jedno spotkanie i krótka wymiana zdań z okazji koncertu Władka, aby po jakimś czasie pomysł wspólnej płyty nabrał realnych kształtów. Znając i ceniąc muzyczny dorobek Gudonisa wiedziałem, że im bardziej progresywny materiał przygotuję, tym chętniej weźmie On udział w przedsięwzięciu. Gdy miałem już wstępnie zmiksowane utwory, to choć brzmiące świetnie i pełne rozmachu, oczywiste było, że sporo w nich jeszcze brakuje, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Gdy odebrałem wreszcie długo wyczekiwaną płytę DVD ze ścieżkami nagranymi przez Władka, po wstępnym miksie niemal nie spadłem z krzesła. To było to, o co chodziło! Internet pokazał tu swe jasne oblicze. Płyta duetu Komendarek & Rudź to efekt ciężkiej i sumiennej pracy, dyscypliny czasowej i, co niezwykle istotne, wymiany ponad setki e-maili, bez których trudno byłoby nam przekazać jeden drugiemu uwagi, osobiste życzenia i sugestie.”
 D.K: Przesłuchałem fragment Waszych nowych wspólnych dokonań. Kapitalna muzyka. Wiem, że ta płyta będzie dużym wydarzeniem w naszym małym światku fanów muzyki elektronicznej. To ciekawe połączenie: nieujarzmiony sceniczny szaman Komendarek i skupiony na swojej pracy, „okresowo” dyscyplinujący się Przemysław Rudź.  Łączy Was jednak kilka spraw: obaj dysponujecie dużym potencjałem i rewelacyjnie miksujecie różne brzmienia. Co powstaje z takiego zderzenia jasno świecących komet?
PR: Jak na razie powstała płyta „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, która jest muzyczną ilustracją tego, co chyba każdemu z nas przytrafia się podczas marzeń sennych. Cudowna byłaby świadomość, że nasi Słuchacze, ciepło odebrali zawartość krążka i włączyli do swego żelaznego kanonu ulubionych el-muzycznych albumów. Osobiście uważam, że płyta jest godna większej uwagi nie tylko ze względu na udział legendarnego Władka Komendarka, ale może też dlatego, że rzadko w naszych czasach można spotkać tak eklektyczne i świeże podejście do tematu. Może to brzmi nieskromnie, ale gdybym nie czuł, że to może być coś naprawdę dobrego, nigdy nie zdecydowałbym się na publikację materiału. Czy kiedyś jeszcze zrobimy coś wespół z Gudonisem? Czas pokaże, choć frajda ze współpracy z nim prędzej czy później przypomni mi ten niesamowity projekt. Muzyczne przyjaźnie zawiązywane są wszak na lata!
DK: Bardzo jestem ciekaw w jakim kierunku rozwinie się Twoja kariera. Życzę Ci, abyś siłą swojego talentu przebił dla tej muzyki mury ludzkiej ignorancji i pozyskał jej wielu nowych wielbicieli.
PR: Kolejny album solowy, o roboczym tytule „Back To The Labyrinth” to mój powrót do odległych czasów szkolnego zespołu, który miał aspiracje aby grać rocka progresywnego i dzięki któremu w ogóle zacząłem myśleć poważnie o muzykowaniu. Będzie to próba uchronienia od zapomnienia części tamtych kompozycji, oczywiście w kompletnie zmienionej formie, nowoczesnej aranżacji i instrumentacji. Szkielet kompozycji już jest gotowy, a ostateczny efekt powinien udowodnić, że album duetu Komendarek & Rudź, to nie był przypadek. Bardzo dziękuję za miłe słowa o mojej muzyce oraz możliwość udzielenia odpowiedzi na powyższe pytania. Zainteresowanych moja twórczością zapraszam do kontaktu za pomocą poczty elektronicznej, śledzenia mojej strony internetowej, profilu na Facebooku.
Damian Koczkodon 

 

Mario Schönwälder : „Byłoby wspaniale móc znów odwiedzić Polskę”

Mario –  jesteś znany nie tylko jako muzyk, ale też jako wydawca.  Do tej pory wielu fanów jest Ci wdzięcznych za wydanie muzyki Rofla Trostela czy Nightcrawlers.  Czy masz w planach ocalić coś jeszcze od zapomnienia?

M.S.: Po wydaniu wielu rzeczy z przeszłości nagranych przez Ash Ra Tempel, Manuela Gottschinga, Klausa Schulze, Rolfa Trostela i wielu innych, teraz skupię się na nowych nagraniach muzycznych, szczególnie od Spyry, Rainbow Serpent oraz moich projektach Fanger & Schonwalder oraz Broekhuis, Keller & Schonwalder.
– Posiadasz szczególną umiejętność pozyskiwania przyjaciół. Wielu ciekawych muzyków nagrywa z Tobą wspólnie płyty. Charyzma?
M.S.: Nie mam pojęcia, musisz ich sam zapytać. Może dlatego, że jestem wciąż i zawsze otwarty na nowe pomysły i wpływy? Poza tym robię to z ludźmi, dla których to wszystko jest czymś więcej niż tylko muzycznym projektem. To przyjaźń!
– W jednym z wywiadów mówisz że inspiruje Cię nawet kuchnia Twojej żony, czy macie czas razem słuchać elektronicznej muzyki?
M.S.: Regina osobiście (oraz jej pasta) jest jedną z moich inspiracji. Inspiracje znajduję również w nowych dźwiękach, filmie, moim życiu oraz… tak, słucham wiele innej muzyki. Nie tylko muzyki elektronicznej od znanych artystów. Lubię również SAGA, Pink Floyd, Supertramp, Beatles, oraz dużą ilość rocka i popu z lat 70.
– Nagrałeś cztery fajne solowe płyty, czy zarzuciłeś już całkiem indywidualne komponowanie na rzecz wspólnego muzykowania z przyjaciółmi?
M.S.: Zaczynałem swoją karierę w małym dwuosobowym zespole, ale po krótkim czasie zostałem solistą. Gdy spotkałem Basa i Detlefa (a później Thomasa i Franka), znalazłem muzycznych przyjaciół na całe życie. Wszystkie moje pomysły na album solowy stały się częściami kilku projektów (albumów) formacji Fanger & Schönwälder i Broekhuis oraz Keller & Schönwälder. Może jednak nadejdzie moment na kolejny projekt stricte solo. Kto wie?
– Wiem że planujesz wydać niedługo, lub już wydałeś  sporo różnych płyt, możesz to przybliżyć polskim słuchaczom?
Manikin Records był mniej aktywny w ciągu ostatnich dwóch lat, ale to jest dla mnie OK, gdyż mam więcej czasu dla siebie, mojej muzyki i przyjaciół.  Gotowy jest kolejny album Keller & Schönwälder, zatytułowany „Long Distances”. Jego premiera planowana jest na 01.10.2011. W przyszłym  roku w lutym Broekhuis, Keller & Schönwälder wyda album „Red”. Z kolei w kwietniu wydamy „Manikin Records – The second decade 2002 –  2012” – album podsumowujący drugie dziesięciolecie mojego labelu. Fanger & Schönwälder oraz Rainbow Serpent też pracują nad nowym materiałem. Gerd i Detlef planują współpracę, zbliża się też drugie DVD tercetu Broekhuis, Keller & Schönwälder…
– Czy miałeś już okazję słuchać młodych polskich muzyków grających muzykę elektroniczną np. Przemka Rudzia, Vandersona, Dietera Wernera czy też Polarisa?
M.S.: Słyszałem tylko nieco muzyki Polarisa i Vandersona. Fajna muzyka, szczególnie Polarisa.
– Uważasz że  muzyka elektroniczna najlepiej się sprawdza na żywo, grana przed publicznością? Czy niekoniecznie?
M.S.: To trudne pytanie. Lubię grać na żywo, czuć więcej mocy i adrenalinę, które wiążą się z graniem sytuacyjnym. Wielu kompozytorów nie przepada za wykonywaniem swojej muzyki na żywo. Wymaga to pełnej kontroli nad tkanką muzyczną, kontroli w każdej sekundzie jej trwania. Ja lubię improwizować jak w czasie koncertu na żywo coś się nie uda. Dlatego też wiele z naszych „nagrań studyjnych” jest grane i nagrywane tak, jak koncert, tylko bez publiczności.
– Bez Mario Schonwaldera elektroniczna muzyka nie byłaby taka sama. Być może niektórzy ciekawi artyści nie wydali by swoich nagrań. Masz tego świadomość?
M.S.: Jestem tylko małym człowieczkiem, który tworzy muzykę. Myślę, że el-muzyka byłaby taka sam, nawet gdybym nie wydał ani minuty z moich kompozycji. Każdy powinien robić to, co lubi i potrafi robić. Granie dla własnej przyjemności, we własnym pokoju to jedna strona medalu. Nagrywanie, wydawanie płyt to jego druga strona. – uważam, że nie wszystko co jest w dzisiejszych czasach wydawane nadaje się do słuchania. Komputery i CDRy sprawiły iż bardzo łatwym stało się zagranie, nagranie i „wydanie” muzyki. Jest to też jeden z powodów, że zmniejszyłem swój własny biznes.
– Poznałeś ostatnio kogoś ciekawego spoza swojego grona, wytwórni?  Może pragniesz powiększyć  ofertę M. Records?
M.S.: Nie, podsumowałem to w punkcie 8.
– Czy koncert 05.11.2011 w Bad Orb, 10. na  Liquid Sound Festival będzie zarejestrowany na płycie?
M.S.: Nie wiem jak wyjdzie koncert w Bad Orb 🙂 Nie jestem w stanie przewidzieć jak wyjdzie nagranie – mam nadzieję że dobrze. Wszystkie koncerty są nagrywane i słucham ich po dłuższym czasie. Wtedy zadecyduję co z tym zrobić – nie wszystko co gramy nadaje się do wydania – wracamy do mojego punktu widzenia w  8.)
– Jest szansa usłyszeć Cię kiedyś na żywo w Polsce?
M.S.: Byłoby wspaniale móc znów odwiedzić Polskę. Ludzie są tam bardzo entuzjastyczni, mają otwarte umysły i lubią słuchać moich koncertów. Mam nadzieję, że znajdzie się promotor, który zorganizuje występ Broekhuisa, Kellera & Schönwäldera. Byłoby wspaniale, gdyby udało się zagrać w planetarium lub kościele.
– Dziękuję serdecznie  za poświęcony mi czas.
M.S.: Dzięki za pytania Damian – baw się dobrze! Mario
Damian Koczkodon 

Krzysztof Horn : „Ograniczenia pobudzają kreatywność”

k2

– Płyta „Silos” była ostatnią studyjną edycją w dyskografii zespołu?
K.H.;Tak. „Silos” pierwotnie miał ukazać się jako dwupłytowe wydawnictwo, bo nagraliśmy aż tyle materiału. Jednak wydawca, czyli Requiem Studio zdecydował się na jednopłytowy standard. Pewnie dlatego, że styl muzyczny promowany przez wytwórnię był bardziej bliski rzeczom eksperymentalnym, ambientowym niż muzyce elektronicznej wzorowanej na latach 70, 80. XX-wieku. Jednak okazało się, że to był strzał w 10-tkę. Miałem okazję rozmawiać na ten temat z Łukaszem Pawlakiem z RequiemRec podczas tegorocznego MPM Ambient w Gorlicach. Mówił, że płyta spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem. Wiele lat po wydaniu, jest pamiętana w różnych kręgach muzycznych. Łukasz powiedział, że nawet ludzie grający deathmetal dobrze wspominają ten album :). Sądzę, że dobrze trafiliśmy w tamten czas. Teraz trudno byłoby powtórzyć ten sukces. Materiał z drugiej płyty leży gdzieś zakurzony i czeka na lepsze czasy :). Gdyby zespół dalej istniał, to w tym roku mielibyśmy 15-lecie działalności. Hmm, może przy sprzyjających wiatrach jeszcze jakaś twórczość spod szyldu RS ujrzy światło dzienne. Muzyka na „Silosie” była nagrana w domowych warunkach na kanapie :). Nie dysponowaliśmy wtedy najlepszym sprzętem rejestrującym. Całość został zgrana przez stary, szumiący mikser na midisc. Jakość była tragiczna, za co dostało się nam od JerzyKa 3N’a. Na szczęście okazał się on dźwiękowym czarodziejem i wyciągnął z tego co najlepsze. Potem nasze drogi muzyczne rozeszły się definitywnie. Konrad nagrał materiał pod nazwą a.ero, który także leży i czeka na wydanie.
– Kiedy umarło Remote Spaces?
K.H.: Około 2002r.
– Jednym słowem – od 9 lat grasz solo lub spontaniczne nagrywasz z przyjaciółmi?
K.H.: Powiedzmy, bo miałem długą przerwę w muzyce i dopiero gdzieś tak od dwóch lat wracam do tej pasji. Co do Remotów, to zespół rozpadł się z mojej przyczyny. To, co na początku nas scalało, czyli odmienność zainteresowań muzycznych, po paru latach zaczęło przeszkadzać. Próby nie były już spontaniczne. Zaczęły się odbywać długie „sporne” dyskusje dotyczące rożnych detali w powstających utworach. Gdzieś ten duch, który towarzyszył nam na początku, stopniowo się ulotnił. Dlatego Konrad i ja zaczęliśmy powoli iść w kierunku solowych nagrań, ale życie trochę pokrzyżowało nam muzyczne plany. Konrad miał parę lat temu poważny wypadek, w tej chwili można powiedzieć, że jest osobą niepełnosprawną. U mnie z kolei, pierwsza żona zachorowała na raka piersi. Jej leczenie, potem śmierć – to były wyczerpujące przeżycia. Muzyka która powstała w tamtym czasie, niesie echa ówczesnych emocji. Dopiero gdzieś od dwóch lat wracam do muzyki. Mogę powiedzieć, że właściwie w tym roku znów złapałem kontakt z własnym muzycznym Ja.
  
– Wcale się nie dziwię…
K.H.: Dlatego też w moich ostatnich nagraniach przeważa ambient, ponieważ dawał mi on emocjonalne wytchnienie. To co na początku omijałem szerokim lukiem, teraz często słucham.
– Ale teraz jesteś szczęśliwy, masz nową żonę, więc tworzysz…
K.H.: Tak, nowa żona, nowe życie – tak można krótko powiedzieć. To jest miłość mojego życia, postawiła mnie na nogi, mocno we mnie wierzy i wspiera. Dzięki niej znowu gram.
– Prześledziłem Twoje nagrania zamieszczone na Jamendo. Sześć projektów. I, jak mi niedawno wspomniałeś, leżący na Twoim dysku ubiegłoroczny Frozen Planet. Który z nich oceniasz najwyżej, czy też darzysz szczególnym uczuciem?
K.H.: Trudno mi powiedzieć. Każdy projekt był dla mnie ważny w czasie w którym powstawał. Jeśli już wracam do swojej muzyki to raczej wybierałbym pojedyncze utwory z których jestem zadowolony niż całe projekty.
– Duże wrażenie zrobiły na mnie 3 utwory z „White Heart”. Ta muzyka niesie ze sobą dość szczególne klimaty. To naprawdę dobry materiał. Powiedz może coś jednak o tym projekcie co leży na Twoim dysku – Frozen Planet. Czy to muzyka ambient?
K.H.: Tak, mogę powiedzieć, że to jest ilustracyjny ambient. Ale więcej w nim melodii niż plam. Zahacza też o stylistykę Vangelisa, przynajmniej ja mam takie skojarzenia wynikające z doboru instrumentów i sposobu budowy utworów w kilku utworach na tej płycie. Zresztą, jest to artysta, który odcisnął na mnie swoje piętno jak nikt inny, dlatego siłą rzeczy inspiracje jego muzyką mogą i będą pojawiać się w moich utworach. Nie wypuściłem tego materiału, bo chcę go jeszcze dopracować. Jak nastanie zima, będzie odpowiedni klimat, żeby wrócić do pracy nad nim :).
– Na starej stronie R.S. napisałeś o sobie: hobby – komputery, filozofia wschodu, nowe technologie; marzenia – nagrać solową płytę i żyć z muzyki; instrumentarium – didgeridoo, korg microkorg, creamware scope project, evolution uc-33e, behringer eurorack ub-1002 fx, pc z masą softu. Co z tego się zmieniło, dokonało?
K.H.: Hobby – bez zmian, nadal są to nowe technologie i trendy. Filozofia wschodu, a właściwie buddyzm odcisnął na mnie swoje piętno jakiś czas temu i nadal jest ważną rzeczą w moim życiu. Marzenia zrealizowały się w dużym stopniu. Nagrałem solowy materiał. Nie jest może wydany w tradycyjny sposób, czyli na CD, ale jest łatwo dostępny dla każdego. Również muzyka staje się powoli moim zawodem. Instrumentarium wymienione kompletnie. W tej chwili posiadam tylko dwie klawiatury, jedna fortepianowa, druga to typowy midi keyboard z gałkami. Komputer stał się moim nośnikiem dźwięku i za jego pomocą realizuję pomysły. Oprogramowanie muzyczne ograniczyłem tylko do kilku programów i wtyczek. Wyznaję zasadę – ograniczenia pobudzają kreatywność. Dlatego sprzętu i softu mam niewiele.
– Jakieś plany na przyszłość?
K.H.: Plany na przyszłość, to ciągle nagrywać nową muzykę. Nic szczególnego prawda? :). Prawdę mówiąc to w planach mam 2 nowe albumy na przyszły rok. Chcę już odejść od ambientu w stronę bardziej konkretnych, dynamiczniejszych form. Chciałbym też zagrać kolejne wspólne koncerty z Polarisem. Te nasze „muzyczne starcia” jakoś mnie nakręcają pozytywnie do kolejnych takich spotkań.
Cieszę się że mogliśmy przybliżyć sobie te sprawy. Obyś zawsze realizował swoje marzenia. Dziękuję za poświęcony mi czas.
K.H.: Również dziękuję za wywiad.
Damian Koczkodon