Tim Blake : „Zawsze na końcu tunelu jest światło”

tim blakeTim Blake, urodzony w Londynie muzyk legendarnych formacji Gong, Hawkwind. Jako pierwszy wprowadził laserowe oświetlenie na koncertach. Znany również z ciekawych solowych płyt z muzyką elektroniczną, przede wszystkim „Crystal Machine”. Od 40 lat mieszka we Francji.

 1) Zanim zacząłeś grać, kogo wcześniej słuchałeś? Jakich muzyków?
T.B.: Do czynienia z muzyką miałem od całkiem młodego wieku. Nie było to zainteresowanie jakimś konkretnym gatunkiem, lecz bardziej ogólne. Swojego rodzaju pierwszy trening miałem w wieku 8 lat, jako chórzysta. Dzięki temu zapoznałem się z prostym zapisem nutowym i nauczyłem podstaw pracy na nutach. Muzyka kościelna także miała spory wpływ na muzykę zachodnią (zapewne z powodu tego, że to właśnie władze kościelne przez dłuższy czas były najlepszymi klientami dla kompozytorów, głównie w epoce Baroku). W związku z powyższym miałem okazję zapoznać się z utworami Bacha, Haendela, Purcela i wielu innych, w tym angielskich kompozytorów którzy tworzyli scenę muzyczną na początku XX wieku – Elgara, Vaughan-Williamsa, itd. W szkole z własnej chęci zacząłem uczyć się gry na trąbce. Był tam świetny wydział muzyczny. Mogłem pobierać lekcje u tak inspirujących nauczycieli jak Derek Bourgeois, który był kompozytorem i późniejszym dyrektorem Narodowej Orkiestry Młodzieżowej Wielkiej Brytanii. Uczył mnie także Jared Armstrong, który później zajmował się edukacją muzyczną w szkole Charterhouse, gdzie sięgają początki Genesis. Naprawdę inspirujący człowiek. Dorastając w latach 60. szybko poznałem Rhythm & Blues, Rock’n Roll, zaś później muzykę pop i inne gatunki. Myślę że największy wpływ, swoisty skarb mojej muzycznej edukacji, miał otwarty umysł na fakt, że istnieje tak wiele form muzyki i muzycznej ekspresji. Dało mi to solidne podstawy jak grać, jak zrozumieć podstawy Harmonii i kompozycji, podobnie jak granie i występowanie. Miałem też szczęście, że objął mnie plan nauki Nuffield, w którym stawia się bardziej na praktykę niż teorię. Dzięki temu w wieku 16 lat miałem podstawową wiedzę z zakresu elektryki, fal dźwiękowych, itp., którą mogłem wykorzystać jako muzyk i inżynier dźwięku. Mając te 16 lat moja wiedza z zakresu muzyki poszerzyła się o Rock: The Who, Hendrix, Cream, The Blues (uwielbiałem grać na ustnej harmonijce, kiedy byłem mały), The Beatles, itd. Poznałem także „Muzykę konkretną” – zwłaszcza chodzi mi o Delię Derbushire i Pierre’a Henry’ego – oraz muzykę elektroniczną w wykonaniu Berio. W 1969 roku zacząłem pracować jako inżynier dźwięku, z własnym wyobrażeniem dość „obszernej” muzyki, łączącej znane przeze mnie elementy. W tamtym czasie w grę wchodziło inspirowanie się twórczością Simona House’a (grającego w High Tide), Soft Machine, Kelvin Awers (znajomości dzięki którym poznałem Gonga) i wiele innych. W 1969 roku miały miejsce dwa ważne wydarzenia:
– usłyszałem „Switched on Bach” Waltera Carlosa;
– podczas prac nad moim systemem dźwiękowym na potrzeby koncertu High Tide podeszło do mnie kilku muzyków informując, że zakładają grupę. Zapytali, czy mogą zagrać i… tamtego wieczora narodził się Hawkwind.
 2) Wziąłeś udział w nagraniu pierwszej solowej płyty Steve Hillage – Fish Rising. Czy jest możliwa jeszcze współpraca z tym bardzo ciekawym muzykiem?
T.B.: Czas jaki spędziłem z Gongiem był dla mnie inspirujący z wielu powodów. Dostarczył niestety także wielu rozczarowań! Jednak najważniejszy w tym wszystkim jest „flow”, który wyrabia się współpracując z innymi twórcami. Przykładowo Didier Malherbe jest jednym z najwspanialszych muzyków jakich kiedykolwiek słyszałem, nie licząc tych z którymi grałem! Poznaliśmy Steve’a poprzez naszego znajomego, Kevina Ayersa. Steve brał udział w odtworzeniu Gonga po tym, jak zespół Daevida Allena rozpadł się w trakcie nagrań Flying Teapot. Wydaje się, że wtedy wydarzyło się coś magicznego i miejsce miała wspaniała muzyczna fuzja między naszą dwójką. Chciałem kontynuować tę współpracę, ale sprawy nie potoczyły się po mojej myśli. Co prawda było po drodze Fish Rising, ale wydaje mi się, że gdyby Steve włożył więcej pracy w kolejne nagrania po You, sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej. Nagranie Steve’a Hillage’a w którym czuć największą inspirację moją twórczością jest Green, w którym nie brałem udziału, ale dzięki pracy Nicka Masona w roli producenta odczuwamy tę iskierkę twórczości Steve’a, a początek tego można datować na erę Hillage’Blake. Od prawdziwego rozpadu „GONG” w 1975 roku zawsze czekało wolne miejsce na Steve’a w moich projektach, a niedługo z mojej strony pobrać będzie można nagranie z sesji na żywo dla francuskiego radia. Miałem nadzieję, że będziemy współpracować ze Steve’em na zasadzie kontynuowania okresu pracy Gong z roku 73, kiedy to zreformowaliśmy tworzenie muzyki bez swojego rodzaju retrogradacji wpływu Daevida lub jako coś zupełnie innego. Taki w sumie był plan kiedy żegnałem się z Gongiem, ale nic z tego nie wyszło. Mimo wszystko cieszę się, że miałem możliwość pokazania twórczości Steve’a światu syntezatorów i muzyki elektronicznej – moich znaków towarowych. Przez ostatnie 35 lat Steve włożył mnóstwo wysiłku w nauczenie swojej dziewczyny, Miquette Giraudy, grania na syntezatorach. W efekcie chyba nawet ja stałem się już za stary by uczestniczyć w jego planach. Podobała mi się współpraca ze Steve’em nad projektem Gong 2006, ale przerażał mnie jego/ich pomysł, aby pozostać wiernym formie z przeszłości. Mam wrażenie, że każdy potrzebuje iść naprzód, co nie jest łatwe gdy pracujemy z kimś, z kim współpracowało się przed czterdziestu laty! Zauważyłem, że Steve oraz Miquette w wywiadach udzielanych obecnie wskazują mnie jako źródło ich zainteresowania muzyką elektroniczną. To pierwszy projekt od 36 lat, nigdy nic nie wiadomo! Planuję stworzyć wyjątkowe widowisko, aby uczcić moje 60. urodziny. Oboje są na nie oczywiście zaproszeni!
 3) Crystal Machine – ta płyta podoba mi się do dziś. Czy ludzie często ci o tym piszą? Że jest wyjątkowym dziełem? Last Ride Of The Boogie Child – skąd pomysł na taki tytuł utworu?
Tak, Crystal Machine najwidoczniej miało spory wpływ na wiele osób, poza tym, że nie było to coś udoskonalonego. W sumie to różne fragmenty spontanicznych i improwizowanych bitów, uchwycone „przy okazji”. Muzycy próbują stworzyć coś kompletnego, dającego do myślenia, ja zauważyłem, że najlepsze są te chwile najczystszej kreacji! Crystal Machine sprzedaje się po dziś dzień i wciąż jest komentowane. Last Ride? To kawałek improwizowany, zagrany na żywo, kiedy mikrofon był włączony! W pewnym momencie zacząłem śpiewać „Ride, Ride on, Boogie Child”. Tytuł powstał w ten sposób.
 4) Nie masz gdzieś w archiwum starych solowych koncertów, które warto byłoby opublikować?
T.B.: Zacznijmy od Waterfalls ze Space recordings – razem z Jean-Philippem stworzyliśmy go na przełomie lat 78/79. Można pobrać go w dwóch częściach stąd: http://moonweed.free.fr/store.htm Spotkałem Jean-Philippe’a kiedy miał 12 lat, a przyprowadził go do mnie jego ojciec. Był obecny w wielu ważnych dla mojej kariery solowej momentach. W 2006 roku nagraliśmy “Waterfalls – New Jerusalem”, które także graliśmy na żywo. Można ten album pobrać z sieci… Jak być może wiesz lub nie, moje życie zmieniło się w 2004 roku w wyniku wypadku. Przez jakiś czas byłem sparaliżowany i zacząłem tworzyć nowe, zremasterowane wersje moich starych nagrań. Jest ich dużo – przynajmniej 14 albumów, niestety w związku ze zmianami w moim życiu spowodowanymi wypadkiem zaufałem komuś, kto nadużył mojego zaufania i zagrabił moje archiwa! Sprawę bada obecnie francuska policja.
 5) Blake’s New Jerusalem nagrałeś wiosną podczas pełni księżyca na Ridge Farm. To było jakieś szczególne miejsce? Podobnie Magic. Masz w nocy lepsze natchnienie, inspirację?

T.B.: “New Jerusalem” powstawało w Ridge Farm, później zaś w Barclay Studios w Paryżu, „Między pełniami księżyca wiosną i latem” – to pokazuje w jakich warunkach powstawał album! Ridge Farm było wyjątkowym miejscem, na pewno. Było to miejsce, gdzie przeprowadzano próby i miałem szczęście, że mogłem tam wybudować swoje studio, ale sprzęt wynajmowałem, np. nowiutki magnetofon Amper 24 Mike’a Oldfielda. Później stworzono tam studio, gdzie nagrywało wiele osób zainspirowanych moimi działaniami. Z pewnością wiele z tych nagrań miało miejsce w nocy. Co było tego powodem? Większość kawałków Crystal Machine stworzono, aby były grane w ciemnościach. Patrice Warrenem stworzył świetne oświetlenie, doskonale współgrające z muzyką! Będąc młodszym uważałem, że za dnia mogły powstać pewne „zaburzenia”, bowiem w nocy człowiek o wiele lepiej słyszy. A może po prostu młodsi twórcy wiodą nocne życie? Jeśli posłucha się Crystal Island, z albumu Tide of the Century, to na początku słychać dźwięki nocy, świerszczy nagranych w studio Windmill, na końcu zaś słyszymy poranny śpiew ptaków. Jak we śnie! Dla kontrastu muszę wspomnieć o nagrywaniu „Caldea”. Musiałem skończyć to bardzo szybko, przez co wstawałem o 4:30 każdego dnia i pracowałem do południa – nagrania odbywały się od świtu do południa.
  6) Magic została nagrana  bez żadnych dogrywek. Gratuluję, to nie lada sztuka! Inni muzycy często miesiącami poprawiają nagranie i nie osiągają tak dobrych efektów.
T.B.: Jak wspomniałem przy okazji Crystal Machine, czasami oczekiwania artysty i odbiorców różnią się. Słuchacze preferują spontaniczność, zaś artyści wolą dopracowane utwory. Ale takie doszlifowywanie trwa! Dave Brock z Hawkwind także preferuje pierwsze wersje, przepełnione często oryginalną energią, niż późniejsze, poprawiane wersje.
Jeśli chodzi o wyjątkowość “Magick”, to w grę wchodzi fakt, że po wielu miesiącach nagrań wszystko w obroty bierze komputer. Przy tym albumie pracowałem na ATARI, na pro-24 przy minimalnej konfiguracji midi. To było dość śmiałe ze strony Robina Aylinga, który stanął kiedyś w progu mojego domu z rejestratorem DAT. Ustawiliśmy mikrofon, włączyliśmy sekwencer, zaś ja zagrałem wszystkie solówki i improwizacje. Niczym się to nie różniło od występów w trakcie koncertów. Największym osiągnięciem był głos, polifonia i odpowiednie zarządzanie, które pozwoliło mi nagrać wszystko na dwubarwowym sprzęcie. Dwukrotnie miałem okazję grać w ten sposób podczas trasy w USA. Instalacja wykorzystana w latach 70. przy Crystal Machine była ogromnych rozmiarów, przez co później miałem obsesję na punkcie „małe jest piękne”. Teraz, współpracując z Hawkwindem wszystko zminimalizowaliśmy, ale co ciekawe, możliwe, że jest to moja najpotężniejsza instalacja!
7) Na UK ELECTRONICA grałeś z Chrisem Franke, utrzymujecie kontakt do dziś? Byłby z was ciekawy duet, myślałeś kiedyś o tym?

T.B.: Nasza znajomość z Tangerine Dream oraz Klausem Schulze sięga początku lat 70., – jako Gong jeździliśmy będąc supportem dla Tangerine, Klausa i Agitation Free. Później, wraz z  początkami Virgin Record, mogłem ich zareklamować jako śmietankę europejskiej sceny muzyki elektronicznej. Pamiętam występ z Gongiem w Berlinie, kiedy Klaus przysłuchiwał się próbom, z kolei Chris powiedział w Londynie: „Tim, to właśnie definicja stwierdzenia >minęło kopę lat!<”. Nie jesteśmy w stałym kontakcie, ale wszyscy kontaktujemy się z francuska siecią „Cosmic Cagibi” Oliviera Beague, gdzie dbamy o naszą przyjaźń.
8) Jakiego używasz teraz instrumentarium?
T.B.: Obecnie używam najmniejszego, najbardziej praktycznego systemu jaki stworzyłem. Kręci się on wokół dwóch głównych elementów – kontrolerów podpiętych do komputera oraz źródłach dźwięku. Kontrolerami są dwa keyboardy, oczywiście AX, na którym gram w Hawkwind, oraz główny keyboard, przy czym oba są marki Roland. Jest też Theremin, którego używam od 2006 roku, korzystający z kontrolerów Midi, dzięki interfejsowi Sonuus 12m Musicport. Nie ma co prawda „pokręteł i guzików”, więc eksperymentuję z kontrolerem nożnym „Soft Step” od Kevina Mckillena. Pozwala mi to poznać zewnętrzne kontrolery używane w oprogramowaniu z którego korzystam. Mam nadzieję, że w 2012 roku będę miał okazję wrócić do starszego sprzętu, mam tu na myśli Creamware Midi-Max jako kontroler, co jednak będzie wymagało sporo przeprogramowywania. Dopiero zaczynam się w tym wszystkim orientować. Opieram się na doświadczeniu z Soft Stepem i tym, jakie możliwości daje to wszechstronne urządzenie.
 Jest sporo plug-inów często dostarczanych przez twórców oprogramowania sekwencerów, ale mam swoje sprawdzone, bez których nie wyobrażam sobie pracy. Zamieniłem na nie sprzęt z lat 70., Modular Moog, Mini Moog od G-force MiniMonstah – gdybym je miał w postaci prawdziwych urządzeń, byłby to znaczny postęp w kwestii mojego mini „D”. Co ważniejsze, jest jeszcze syntezator XILS, bez porównania lepszy od mojego starego, podwójnego zestawu EMS. Oczywiście taki zestaw ma swoje plusy i minusy, ale te pierwsze – możliwość własnego programowania dźwięków i sekwencji a przede wszystkim tuning na którym naprawdę można polegać – przeważają szalę.
Są spore problemy z synchronizacją Midi na systemach bazujących na komputerach. Nawet w kwestii Live wydaje się niemożliwym odpowiednia korekta bitów, mimo wielu plug-inów w komputerze 4 G0, ponieważ jest ścisły związek między taktowaniem audio i midi, co niezbyt odpowiada systemowi działającemu jako „slave”. Weźmy na przykład wspomniane Live, gdzie pojawia się drobna niedogodność gdy puszcza się pliki audio, ale kiedy skorzystamy z plug-inów podczas improwizacji i małego „podkręcania”, ustawienia jako „slave” gryzą się z obecnie używaną przez nas technologią. Nie jest to jednak dużym problemem, jak na przykład w Hawkwind, gdzie sekwencjowaniem zajmuje się Nial Hone, a ja pilnuję taktowania midi. W Crystal Machine jestem odpowiedzialny za główny zegar, co stanowi drobny problem który chciałbym wyeliminować, ponieważ moje doświadczenie nadaje się idealnie do partii improwizowanych, a nie chcę używać synchronizowania sprzętowego. Czas (i zapewne pieniądze) pokaże.
 9) Czy zdajesz sobie sprawę z tego że miałeś wpływ na innych francuskich muzyków?
T.B.: No cóż, nie zwracałem na to uwagi, ale skoro mieszkałem i pracowałem we Francji – przez 40 lat – to pewnie nieuniknione. Wygląda na to, że miałem wpływ na muzyków z całego świata, ale najczęściej spotykam muzyków właśnie z Francji! Byłem także pierwszą osobą która grała na syntezatorze w tym kraju, przez co mogłem właśnie tam mieć największy wpływ na innych niż gdziekolwiek indziej. Jak już wcześniej wspomniałem, za młodu słuchałem sporo utworów Pierre Henry’ego, jeszcze w Wielkiej Brytanii, a dzięki byciu blisko z Michelle Tcou-Seignuret, tancerką partnerującą Bejartowi w większości sztuk baletowych Henry’ego, miałem wiele okazji do rozmów z nim, kiedy miałem jakieś 19 lat. Chociaż mało w tamtym czasie miałem do czynienia z praktyczną częścią muzyki, może poza Crystal Presence. Mam wrażenie, że Henry miał większy wpływ na generację „samplującą” oraz „DJów” (zaczynał od płyt, nim przerzucił się na taśmy!) niż na osoby grające na syntezatorach. We Francji było jednak coś, co pozwoliło rozwinąć się muzyce elektronicznej – była to ojczyzna wielu pionierów, jak na przykład Xanakis, Boulez – otworzył państwowy IRCAM w Beaubourg, Schaeffer i Henry prowadzili GRM [Groupe de Recherche Musicale – przyp. tłumacza] w państwowym radiu. Muzyka elektroniczna – czy też ogólnie wiele rzeczy związanych z elektroniką, np. oświetlenie – dawały we Francji ogrom możliwości.
10) Miałeś kiedyś okazję poznać interesujących Polaków?
T.B.: Nie miałem okazji być w Polsce, poza wizytą na krakowskim lotnisku w 2008 roku, kiedy to byłem w drodze do Czech razem z Hawkwindem. Co ciekawe, Jean-Philippe Rykiel oraz Bernard Sazjner (który uczył się podstaw laserowej technologii i pracy z syntezatorami podczas pracy nad Crystal Machine) mają polsko-żydowskie korzenie, tak mi się wydaje, tak samo jak Kristoff Kovax, kolejny francuski muzyk grający na syntezatorze, wielki fan Gonga.
11) Twoje  dwie ostatnie płyty wydają mi się mieć pozytywne przesłanie, czy to wyraz szczęścia, zadowolenia z życia, jednym słowem, czy jesteś optymistą?
 Oczywiście, że jestem optymistą, chociaż niekoniecznie zawsze zadowolonym czy usatysfakcjonowanym! Jednak zawsze na końcu tunelu znajduje się światełko, nawet w tak ponurych czasach finansowego kryzysu, gdy kapitalizm, w którym przyszło mi żyć wiele lat, lega w gruzach, wciąż widzę jakąś przyszłość. To jeden z powodów dla których usunąłem swoją twórczość z rynku, umożliwiając jej ściąganie przez moją stronę i sklep internetowy.
 12) Planujesz kiedyś wydać nową płytę?
Po wypadku w 2004 roku wiele aspektów mojego życia uległo pogorszeniu. Wylądowałem na wózku, ciało do połowy sparaliżowane, poważne kłopoty z pamięcią z powodu silnego uderzenia w głowę. Zarówno moje życie jak i kreatywność mogły na tym ucierpieć. Próbowałem najlepiej jak potrafiłem wrócić do aktywności kiedy tylko stanąłem na nogi. Zagrałem koncerty w 2005 i 2006 roku, wraz z Patrice Warren wziąłem udział w Light Work. Dave Brock poprosił mnie o ponowne dołączenie do Hawkwind w 2007 roku. Była to jakaś pociecha dla mnie, w końcu moja osoba ma korzenie w brytyjskim rocku, zaś dzięki trudnym zadaniom jakie zostały mi postawione mogłem odzyskać sprawność jak i pamięć. W 2012 roku stuknie mi 60 lat, będzie też 43-lecie mojej twórczości artystycznej – mam nadzieję, że uda mi się stworzyć nowe kawałki, ale raczej nie będzie to nic na płytach, ponieważ przekonałem się do bezpośredniej sprzedaży poprzez moją stronę internetową. Znowu piszę, po wypadku, który spowodował sporą przerwę w moim życiu. Mam także nadzieję, że więcej czasu spędzę w przyszłym roku w moim domu we Francji, tworząc więcej.
Dziękuję za wywiad!
Damian Koczkodon 

Endorphine : wywiad

endAdam Bórkowski „Smok” (na zdjęciu od prawej), Piotr „Piter” Skrzypczyk (w środku) i Krzyś „Kenny” Kurkowski (wiadomo że po lewej), to członkowie zespołu Endorphine –  grupy internetowych przyjaciół kochających periodyczne, wspólne tworzenie i granie muzyki elektronicznej.

1). Kiedy i jak doszło do powstania grupy Endorphine?

A. B.: Jestem ciekaw, jak na te same pytania będą odpowiadać Piotrek i Krzyś 😉 …  Poznaliśmy się na necie. Podobały nam się grane utwory, komentowaliśmy je na mp3wp.pl. Padł pomysł, żeby spróbować coś wspólnymi siłami. Nazwę wymyśliłem ja. Jakieś kilkanaście lat temu. Nie muszę jej tłumaczyć, wystarczy wpisać hasło na goglach ;). To bylo jak potop. Współpraca, zwłaszcza moja z Kennym (Krzysiem) nad utworami, była rewelacyjna. Kawałki przelewały się przez łącza netowe megabajtami ;). Do tego wchodził Piter i tak się to kręciło, lub odwrotnie, Piter z Kennym, a ja na dokładkę. Lub, jak zauważaliśmy że utwór jest pełny, to nie dodawano nic prócz – skończone. Widzieliśmy się dopiero jak mieliśmy prawie cały materiał ;). Wpierw spotkaliśmy się u mnie, chyba rok później u Piotrka;). Widzieliśmy się w sumie ze trzy razy? ;).

P.S.: Rzeczywiście – połączyła nas strefa wp. Wśród tych tysięcy utworów i wykonawców jakimś cudem trafiliśmy na siebie. Słuchaliśmy nawzajem swojej muzyki, komentowaliśmy i po jakimś czasie uznaliśmy, że nasza zażyłość i rozumienie muzyki uprawnia nas do próby wspólnego jej tworzenia.

K.K.: Ha ha ha ha tak, tak. Patrząc po datach na mp3.wp.pl to ja pierwszy zrobiłem komentarze u Piotra i u Smoka. Nie miałem zamiaru się zapoznawać, a jednak było inaczej. Ktoś później zaproponował powstanie grupy, ale nie potrafię powiedzieć kto. Ważne jest także to, że przy powstaniu grupy brał udział także Adam Związek mieszkający w Belgii. I czy to on przypadkiem nie był głównym prowodyrem… A zresztą.., po kilku wspólnych czatach powstało Endorphine.

2). Pierwsze co wyczułem jako słuchacz, to tę chemię między Wami. I ta pasja grania… Na pierwszą płytę weszło aż 13 utworów …

A.B: Tylko 13 ;). Przy czym ostatni utwór chyba nawet nie w całości ;).

P.S.: Fakt – każdy z nas miał głód tworzenia, a mieliśmy możliwość zaoferować sobie nawzajem pewne muzykalne niuanse, które z całości robiły nie tyle prostą sumę umiejętności a – wydaje mi się – nową jakość muzyczną.

K.K.: Pierwsza płyta pisała się sama. Byliśmy zachwyceni współpracą i utwory lały się strumieniami. Pomysły czekały w kolejce na poczcie, że nawet czasami nie potrafiliśmy wrócić do nich, bądź też zapominaliśmy że to ma być tam, a to tam itd. Tak że pierwsza płyta została sklejona w pośpiechu, i tak jak Smok wspomniał, możliwe nawet że jeden utwór jest nie dokończony.

3). Czyli ta druga sesja unofficial „Between technology and nature”…. to niedokończone projekty?

A.B.: Druga sesja odbyła się bez mojego udziału. Straciłem pracę, świat lekko się pozawalał. Wiesz, kiedy pierwszy raz traci się pracę, nie jest lekko. Wcześniej zacząłem budowę domu… W dniu kiedy miałem załatwiać kredyt, mój szef powiedział: idziesz do zwolnienia, a byłem najbardziej doświadczonym pracownikiem ;). Ale je…ć to i system ;), wróćmy do Endorphine.

P.S. W pewnym sensie można powiedzieć, że to są niedokończone projekty. Tworzyliśmy z Kennym dosyć sporo, a Smok porządkował swoje życie. W końcu postanowiliśmy przedstawić to, co zrobiliśmy akcentując, że nie jest to pełne wydawnictwo Endorphine.

K.K.: I postanowiliśmy dodać więcej agresji. Więcej mrocznych, chrapiących brzmień. Smok miał coś dopisać, jednak czas mu na to nie pozwolił, i utwory wykańczaliśmy tylko we dwóch.

4). „Nowoczesność i oryginalność brzmienia muzyka ta zawdzięcza Smokowi,” to prawda?

A.B.: Do 40. przeżyłem kilka żyć, muzycznie też… Co do całości, nie zgadzam się – może jakieś brzmienia, niektóre kawałki, fragmenty, ale nie całość. Chemia o której wcześniej mówiłeś – Endorphine to kilku mocnych emocjonalnie kolegów ;). To wspólny projekt, najwięcej chyba dawał Krzyś, ale wynikało to z podsyłanych fragmentów, które wykorzystywał do praktycznie gotowych części. Dogranie leada, bądź czegokolwiek innego do tego, to była prześliczna sprawa.

P.S. Stawiałbym tezę, że oryginalność brzmienia to zasługa zarówno Smoka jak i Kennyego. Smok od zawsze – od kiedy go znam – akcentował wagę oryginalności brzmień w kontekście tworzenia muzyki. Kreował je i od samego początku zaskakiwał nimi. Kenny natomiast miał dar dobierania i modyfikowania brzmień.

K.K.: Smok i Piotr mówią prawdę. Jednakże, oryginalność przyznałbym Smokowi. To jego leady, pady i „tra ta tady” brzmiały jak nie z tego świata. To były brzmienia, które słyszałem po raz pierwszy w życiu.

5). Niektóre fragmenty tej muzyki brzmią mocno orientalnie… muzyka dżungli….

A.B.: Piotrek i Krzyś dali upust swoim fascynacjom… Muzyka etniczna? W powiązaniu z elektroniką. Moja współpraca w tych utworach była na zasadzie wsparcia mentalnego, bądź przerywnika;). „Matecznik” w wersji którą dostałem… po przesłuchaniu powiedziałem: Panowie, ja tu nie mam co dodać, to skończony kawałek. Tak samo „Orientalistyka”, dodałem tylko troszkę smaczków gdzieś w tle. Grając w kilku ludzi nie można być nachalnym, trzeba słuchać… Znaleźć swoje miejsce lub, jeśli go nie ma, nie wpie…ć się na siłę. Dlatego uwielbiam grać jamm’iki. Energia 😉

P.S. To prawda – mnie fascynuje połączenie muzyki elektronicznej i etnicznej, folkowej. Starałem się takie elementy umiejscawiać w muzyce Endorphine, jednak w taki sposób aby nie stały się częścią dominującą.

K.K.: Tak, połączenie Etno z elektroniką w tamtych latach miało potężnego kopa. To według mnie było coś świeżego, coś co słuchacz połknie i będzie chciał dokładkę. I udało się.

6). Interakcja?

A.B.: Linia energetyczna w milisekundę po włączeniu. Jakiekolwiek porównanie nie odda prawdy tych odczuć, ale słychać to w muzyce ;).

P.S. Interakcja między muzykami? Wspaniała – połączenie muzyczne przekładało się na połączenie międzyludzkie 🙂 Interakcja ze słuchaczami? Specyfika tworzenia i prezentacji pozwala jedynie na interakcję w słowach, a te były bardzo przychylne dla nas :).

K.K.: Buzowało między nami. Jak ktoś napisał coś dobrego, to budowało chęć do pracy, dodawało skrzydeł i pisało się więcej i więcej…

7). Płyta „End Or Fine” ma wiele przychylnych komentarzy na Jamendo…

A.B.: Ciebie jako słuchacza to dziwi? Nas, twórców – nie ;).

P.S. To właśnie interakcja :). Daje siłę lub osłabia – po to się tworzy – by ludzie pobujali głową, zamyślili się lub zaczęli bawić :).

K.K. Bo to świeżość była. Jak ktoś to zauważył, ze świecą szukać podobnie grającego zespołu. Po za tym trzeba przyznać, że materiał jest dobry. No, może momentami trochę źle przymasterowany, ale dobry, miło się go słucha.

8). Trochę tak… Przebić się przez tę masę muzyki dostępnej w sieci nie jest łatwo…

A.B.: Wybuch bomby atomowej podczas naszych dyskusji o poszczególnych utworach to pikuś. Zwłaszcza w temacie brzmienia, konstrukcji itp itd. Piter odchodził dwa razy z Endorphinki ;). Nie było polityki, ten materiał zanim ujrzał światło dzienne, uwierz, był przewałkowany przez naszą trójkę bez wazeliniarstwa. Jak dwóch miało uwagi, demo szlo do kosza lub szuflady.

P.S. Aż dwa razy? koniec końców był moment, że tylko ja zostałem (smile) Przebić się nie jest łatwo. Muzyka może bronić się sama i tylko taka opcja wchodzi w grę. Myślę, że w tym względzie nie mamy się czego wstydzić 🙂

K.K.: Został, został i trzeba powiedzieć że to właśnie dzięki Piotrowi i jego zapałowi powstała druga płyta. To Piotr pisał wszystko a ja tylko dokładałem. To Piotr miał w tamtym czasie wybuch pomysłów. Pisało się szybko i przyjemnie.

9). Ile w sumie trwała ta współpraca?

A.B.: Cały czas nie mówię o Endorphine w czasie przeszłym ;).

P.S. Pamięć trochę zawodzi bo zaczęło się to daaaawno dawno temu w niezbyt odległej galaktyce ;). Patrząc na pierwszy utwór zamieszczony w strefie wp to było mniej więcej od początku roku 2004. Sporo :). No i wszystko jest jeszcze możliwe 🙂

K.K. Tak, czas przeszły to złe określenie. Ja w każdym momencie jestem skłonny popisać dla Endorphine. Zresztą Smok już zaznaczał telefonicznie, że coś gdzieś tam, bla bla bla, dokładnie nie kojarzę, bo w robocie byłem.

10). No właśnie, planujesz znów skrzyknąć kolegów?

A.B. Współpracujemy od 2004 roku.

P.S. Smok skrzykuje już od jakiegoś czasu 😉 No właśnie… wszystko to kwestia dostępnego czasu ale – jak to mówią – nie ma rzeczy niemożliwych ;).

K.K.: Miło widzieć odpowiedzi kolegów, zanim się wypowiem. To tylko kwestia czasu.

11). Może byście przyjechali na Elektroniczne Pejzaże via Olsztyn?

A. B.: Byłem w 2005 roku jak pamiętasz. Muszę wpierw spytać Piotrka i Krzysia, ale sadzę że na przyszły rok czyli 2013 – dlaczego nie?

P.S. Nie chciałbym rzucać deklaracji na wiatr ale sądzę, że łatwiej będzie wrócić do działalności kompozycyjnej niż koncertowej.

K.K.: Piotr dobrze prawi. Ja jestem całkowicie przeciwny koncertowaniu. Już tłumaczyłem tysiące razy. Czerpię przyjemność z tego że piszę i ktoś tego słucha. Jakoś gęby nie muszę przy tym pokazywać i jest mi z tym dobrze. To mnie satysfakcjonuje w 100%.

12). Byłoby miło…

A.B.: Z pewnością;) Wróćmy do Endorphinki i pytań ;).

P.S. .. I szukania odpowiedzi ;).

K.K. byłoby miło pojechać i posłuchać, zjeść grillowaną kiełbachę napić się piwska i powspominać, ale nie grać (smile).

13). Słucham Waszych nagrań i próbuję określić w czym ich siła… Spontan, chemia, wibracje, eklektyzm?

K.K.: To tylko chemia. Tak jak wspomniałem wcześniej, jeden podbudowywał drugiego. A najbardziej podbudowywaliśmy Piotr,a który dla Endorphine przeszedł metamorfozę i zamiast tradycyjnego dla Piotra „bum, bum, bum” wyszło coś pięknego. Linie basowe wgniatały w fotel.

A.B.: Eklektyzm? Używasz zbyt mądrego słownictwa – proszę prościej, albo użyję googla.

14). Zabrzmiało to groźnie ;). No… łączy rożne trendy i to pasuje w tym miksie…

A.B. Eklektyzm (znalazłem w guglu) jest cały zawarty w słowie Endorphine. Posłuchaj muzyki każdego z nas i będziesz wiedział wszystko. To taki bigos, mniam ;). Ale spontaniczności nie brakowało też, i nocek które kończyły się o 4 rano a o szóstej się przecierało oczy, by wstać do pracy. Każdy z nas (wiem) dał w muzyce Endorphine to co czuł i potrafił najlepiej w muzykowaniu. Ale wysyłaliśmy sobie też kawałki gówniane ;). Z czasem tych gniotów było naprawdę niewiele. Raczej kawałki przy których trzeba było się naprawdę nagimnastykować żeby wziąć je na warsztat ;).

P.S. Ano na tym właśnie polegała siła – każdy wnosił coś od siebie – organizm Endorphine albo przyjmował albo odrzucał przeszczep 😉

15). Czy istnieje jakaś płaszczyzna pozamuzyczna między Wami, oglądaliście podobne filmy, nie lubicie systemu?

A B. Nie gadaliśmy na inne tematy częściej niż na muzyczne, może prócz życia osobistego ;). Polityka, filmy… Eeeee, najczęściej było szkoda czasu. Tworzyliśmy i stworzyliśmy inną rzeczywistość. Ponad mizerię „made in Poland”. Na naszą stronę mieliśmy wejścia ze wszystkich stron świata prócz kół polarnych ;). Bez żadnej reklamy. Nasza muzyka poszła w świat jak sztafeta…

P.S. Jakoś nie pamiętam byśmy rozmawiali o polityce, a swego czasu spędzaliśmy ze sobą wirtualnie bardzo dużo czasu. Myślę, że mamy pewien wspólny zbiór zasad życiowych, które w znacznym wg mnie stopniu zacieśniały nasze więzy muzyczne i niemuzyczne.

K.K.: Żadnych tematów pobocznych. Jeszcze by doszło do dyskusji. Było widać po członkach zespołu podczas spotkań, że czasem ktoś się ugina dla dobra ogółu. Jednak to było potrzebne. Nie znaliśmy się. Zielona sałatka była dobra, ale wygląd… hmm… trzeba było się czasem przełamać.

16). Siła przekazu?

A.B.: Nagromadzone emocje. To jak „modlitwa” trzech, bez ogródek i próśb, poszedł konkretny przekaz: nie jesteśmy gorsi, ani lepsi jesteśmy :). Każdy z nas miał w tym czasie rożne problemy życiowe itp. itd. „Endorphine” było jak endorfina na nasze dusze i ciała. Była i jest ;).

P.S. Nie dodam tu nic co, lepiej niż słowa Smoka, zobrazuje sytuację :).

17). Granie jako sposób na odstresowanie?

A.B.: Może inaczej – świat równoległy, bliższy prawdziwemu i naturze rzeczy. Nie powiesz że słuchając ulubionej muzyki, czujesz się jakbyś taplał się w szambie?

P.S.: Na pewno jest to jeden z aspektów grania. Proces twórczy przenosi Cię do innego świata. Najlepiej wie o tym rodzina marszcząca czoło w takich chwilach czasami ;).

K.K.: Granie to życiowa pasja, co dzień pisałem, piszę i będę pisał. Dla siebie czy dla Endorfinki, to bez znaczenia.

18). Nie powiem… odwrotnie.

A. B.: A my nie dość że częściej jej słuchaliśmy, to jeszcze ją współtworzyliśmy. Każdy z nas stał się lepszy… z pewnością.

19). Uszlachetniająca twórczość?

A. B.: Każde tworzenie uszlachetnia i nadaje wyrazu życiu. Dlatego jak wiesz uwielbiam gotować…

K.K.: Może nie uszlachetniająca, ale pouczająca.

20). Jakiego pytania nie zadałem?

A.B.: Wielu,zwłaszcza o muzykę. No i musowo posłuchaj kawałków ze strony http://endorphine.mp3.wp.pl/, jest kilka których nie ma na obu znanych zbiorach… Piotrek i Krzyś nagrywali na programach DAW swoje części, a ja na żywo – były z tego ostre jazdy – synchronizować moje koślawe granie do równego bitu z maszyny ;). Większość nazw utworów była mojego autorstwa ;), chłopaki głosowali zazwyczaj jednoznacznie. Lubili moje podejście do nasłuchiwania i nazewnictwa. Zazwyczaj nazwa dobrze oddawała klimat utworu: Matecznik, Kolejność zdarzeń, Światłość wiekuista, Gusła.

P.S. Ejmen 😉

21). Ale nie uważasz się za nieformalnego lidera?

A.B.: Nie w tym organizmie. Ja byłem i jeśli Ednorphine ma nadal grać, muszę być kołem zamachowym… kiedy mnie zabrakło, Endorphine się zatrzymała. Ale nie mogę powiedzieć ze liderowałem. Bez Krzysia i Pitera nie nagralibyśmy tego materiału. Bez względu na udział procentowy.

P.S. Zawsze musi być ktoś kto nadaje kierunek. Demokracja to fikcja ;).

K.K.: Tak jak Smok powiedział. Koło zamachowe. Bez jednego wszystko staje. A przy drugiej płycie jeszcze się toczyło, bo Smok obiecywał obiecywał, i wydaliśmy bez Smoka. Organizm stanął, ale nawet już nie pamiętam dlaczego.

22). Bo nie było tej ikry, iskry?

A. B.: Spróbuj posłuchać utworów Krzysia Piotrka i będziesz wiedział kto i gdzie się bardziej udzielał.

K.K.: Zatarło się to co pozostało. Wychowywaliśmy dzieci, budowaliśmy domy, teraz to miło wspominamy.

A.B.: Właśnie…wróćmy do dzieci. Wpierw urodziła się córka Piterowi, później mnie syn i na końcu Krzysiowi – to kilka lat w łeb. W sumie dopiero teraz osiągnęliśmy stan w którym kradnąc i tak czas rodzinie, możemy pomuzykować.

Źródło : elmuzyka. 

Damian Koczkodon  

Nagrań zespołu możecie posłuchać tutaj :  

 

Dariusz Pielaciński : „Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej”

ddddddPolecam wywiad Damiana Koczkodona z Dariuszem Pielacińskim :

– Termin El-muzyka Ci nie leży, jak ją więc definiujesz?

D.P.: Space music.

– Czy wśród muzyków grających space music przyjaźnisz się z kim szczególnie?

D. P.: Tak, szczególnie ze wszystkimi z którymi kiedykolwiek grałem na scenie.

– Czy utrzymujesz się z grania muzyki, a jeśli nie, jak godzisz te pasję z resztą spraw?

D.P.: Dobre pytanie. I tak i nie, to kwestia zrozumienia czego oczekujemy i co chcemy osiągnąć. Jestem na etapie poszukiwania pracy. Muzyka z kolei, daje mi dodatkowy dochód do renty socjalnej, a renta jest głodowa.

– Jednym wystarczy nagranie kilku utworów, innym płyty, innym zorganizowanie koncertu. Jaka jest Twoja wizja? Kiedyś chciałeś zrobić widowisko multimedialne w centrum Paryża.

D.P.: Za darmo?

– A tego to nie wiem.

D.P.: No właśnie, to jest pasja i zawsze będzie pasja, niezależnie od tego czy będę na tym zarabiał czy nie.

– Ok. Jak ona determinuje Twoje życie, ile czasu Ci zabiera?

D.P.: Jest taka przypowieść:
Pewna dama podchodzi do Rubinsteina po koncercie i mówi:
– Ach, oddałabym życie żeby grać na fortepianie tak jak Pan…
Na to Rubinstein odpowiada:
– Właśnie tak zrobiłem.

Jeżeli nie jesteś w stanie poświęcić życia swojej pasji, pozostaniesz tylko zwykłym rzemieślnikiem.

– Mieszkasz w stolicy, dużym mieście, gdzie jest paru innych kolegów parających się El-muzyką. Spotykacie się na piwie, jammujecie, planujecie jakieś koncerty, czy to nie ma znaczenia?

D. P.: Prędzej zagrasz koncert w małym mieście niż w stolicy. El-muzyka, choć nie uznaje tej nazwy, ponieważ kojarzy się bardziej z disco polo, muzyka elektroniczna przechodzi pewne ewolucje. Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej, a nie próbować na siłę ją zaszufladkować, jak to zrobiono w Polsce. Nigdzie na świecie nie jest znany gatunek muzyki określany jako El-muzyka, a takie metropolie jak Warszawa nie lubią czegoś, co tak naprawdę nigdy nie istniało w znaczeniu międzynarodowym, poza tym Warszawa lubi rock i zabawę. Jeżeli elektronika – to musi być w najlepszym wykonaniu lub odpowiednie bity. Jak powiem ze gram El-muzykę, to wszyscy robią kwaśne miny, albo mówią ze to bardzo niszowe. Electro, downtempo, ambient, to już jest prędzej przyswajalne.

– Czy po albumie „Future Eye” (2004) wydałeś coś jeszcze, czy satysfakcjonuje Cię fakt że Twoja muzyka krąży po Internecie i to wystarczy.

D.P.: Oczywiście ze nie, ale od czegoś trzeba zacząć a inaczej nie ma możliwości dotarcia do słuchacza w sposób bezpośredni jak przez Internet, tutaj masz możliwość wyboru. W 2006 roku ukazała się „Magia życia” a dwa lata później „Intymność”. „Intimacy” była puszczana w Holandii i w Anglii.  Jedną z moich płyt posiada J.M.Jarre i prezentował ją w swoim radio.

– (Właśnie się dowiedziałem że J.M.Jarre ma swoją stację radiową). Interesujesz się filozofią, psychologią, jak uważasz – w jakim kierunku zmierza muzyka.. Czy granie z laptopa zastąpi klasyczne instrumenty, czy to przejściowa moda?

D.P.: Nic nie zastąpi klasycznych instrumentów, przynajmniej strunowych, zbyt skomplikowany algorytm.

– Czego słuchasz w wolnej chwili?

D.P.: Klasyki i wszystkiego po trochu, nie mam określonych preferencji, jak jest dobry metal to też posłucham.

– Na czym teraz grasz?

D.P.: Jeżeli chodzi o instrumentarium to Korg N5ex i laptop z całą masą wtyczek VST i sterownik midi M-Audio, oraz czasem używam Wii od Nitendo jako sterownika midi. Planuję zakup gitary, to jednak instrument niezbędny w pracy kompozytora.

– Piszesz sztuki teatralne, ktoś już jakąś wystawił, czy to tylko do szuflady?

D.P.: Nie, sztuki były wstawiane w kilku teatrach.

– Jaka tematyka?

D.P.: Ludzka, ukryte marzenia, pragnienia, troski, decyzje, to co nas otacza.

– Powiedziałeś kiedyś że nie lubisz okazywania litości, dalej tak uważasz?

D.P.: Tak, litość to pewna forma upokorzenia.

– Myślę że to zależy od kontekstu sprawy, ale OK. Podobno lubisz poezję, czy zdarzyło Ci się skomponować muzykę pod wpływem jakiegoś wiersza?

D.P.: Owszem, nie tylko wierszy, ale całej prozy i powieści, tak jak np. napisałem cala sztukę, łącznie z muzyką i scenografią do własnego wiersza. Wiersz był tak skomplikowany w deklamacji, że nie dało się jego przedstawić w żaden inny sposób. Następnym krokiem było umuzycznienie prozy Stanisława Lema: Future Eye.

– Czy Twoja narzeczona Monika również podziela tę pasję?

D. P.: Tak, ma dużo wspólnego z muzyką.

– To miłe że muzyka łączy ludzi…

D.P.: I nie tylko.

– Piszesz wiersze, komponujesz muzykę, jesteś fanem prozy Lema.. co jeszcze warto o Tobie wiedzieć?

D. P.: Jestem grafikiem i informatykiem.

– I znasz kilka języków. Nad czym teraz pracujesz?

D. P.: Ostatnio siedzę nad nowym materiałem, roboczy tytuł „Earth!”. Tym razem podjąłem temat: Ziemia, i jej istnienie, historia i życie, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość, będzie trochę downtempo, electro, ambientu i space.

– Ostatnie pytanie Darku: Co lubisz, co kochasz, czego nienawidzisz?.

D.P.: Lubię gotować, kocham piękno Sztuki, nienawidzę głupoty.

Dziękuję Ci za wywiad.

D.P.: Ja również dziękuję.

Damian Koczkodon

Marcin Melka : „Muzyka musi pobudzić zmysły”

02_kadrMariusz Wójcik : Na początek pytanie, które dotyczy największej twojej muzycznej pasji czyli: Klaus Schulze i jego obrazy malowane dźwiękiem. Wiem, że jesteś jednym z największych fanów Klausa w Polsce i chciałbym ci utrudnić opowieść o swoim el guru. Marcin opisz album Klausa, który ciągle rozgryzasz, proszę opowiedz o takowym wydawnictwie  mistrza Schulze, jeśli taki w ogóle jest ?
Marcin Melka : Muzyka Klausa Schulze zawsze trafiała w mój gust. Lubię taką muzykę, która potrafi być bardzo tajemnicza, abstrakcyjna, nieprzewidywalna oraz jest przede wszystkim wielobarwnym, muzycznym opisem krajobrazów, postaci, obrazów. Nie lubię łatwej muzyki. Wolę, kiedy artysta wymaga  od słuchacza wnikliwego przesłuchania swojego dzieła.  Dla przeciętnego słuchacza muzyka elektroniczna jest  niezrozumiała i dziwna. I taką muzykę prezentuje Klaus Schulze. Jak zacząłem słuchać, to w pierwszych latach bardzo mi się podobała jego muzyka z lat 80. ubiegłego wieku („Audentity”, „Dziekuje Poland”, „Drive Inn”). Późniejszy okres, to była muzyka z lat 70. („Mirage”, „Timewind”, „Blackdance” , „Moondawn”, „Body Love”). Następnie zacząłem słuchać jego  kompozycji z pierwszych płyt („Irrlicht”, „Cyborg”) oraz   nielubianego przez większości fanów klasycznej muzyki elektronicznej okresu muzyki Schulze’a: lata 1990-1994. I tu się zatrzymam troszeczkę na dłużej. Wychowałem się w duchu muzyki klasycznej oraz opery. Gdybym nie znał tego gatunku muzyki, to nie słuchałbym dzisiaj klasycznej muzyki elektronicznej, ani tym bardziej płyt Klausa Schulze. Na pewno słuchałbym dzisiaj popularnej muzyki, jaka jest emitowana w radiu czy w telewizji. Muzyka  tego niemieckiego wykonawcy z lat 1990-1994 kiedyś dla mnie stanowiła trudny orzech do zgryzienia. U mnie  najdłużej trwało poznawanie muzyki  z takich płyt jak „Royal Hall Festival” , „The Dome Event Live”,  box „Silver Edition”  – nagrania z lat 1992/1993 (m.in. obydwie części „Picasso geht  spazieren”, „The Music Box”. „Machine De Plaisir”, „Narren des Schicksals”) „Totentag”, „Goes Classic”.To trwało  mniej więcej rok czasu, kiedy  przekonałem się do tej muzyki. Bardzo lubiłem słuchać jego muzyki z lat 70-tych i 80-tych. Kiedy już się jej nasłuchałem, wówczas sięgnąłem po muzykę z lat 1990-1994. W późniejszych latach zrozumiałem, że jest to jeden z najbardziej dojrzałych okresów i najlepsza muzyka  po „X”, „Mirage”  czy „Timewind” w jego twórczości. Zrozumiałem też, że Schulze chciał przedstawić swoje muzyczne zainteresowania w sposób bardzo ambicjonalny. Wielu jego fanów chwali jego dokonania. Szczególnie lata 70. i 80-te ubiegłego wieku, kiedy nagrał znane płyty, m.in. „Timewind”, „Mirage”, „Moondawn” czy wspomniane już „Dziękuje Poland”. Muzyka z tego czasu stała się jego znakiem rozpoznawczym: rozbudowane kompozycje, sekwencje, perkusja, mellotron, itd. Dla wielu jego fanów  było szokiem, kiedy dowiedzieli się o nagraniu muzyki klasycznej i opery („Goes Classic, „Totentag”). Mówili, rozpisywali się, że to już koniec Klausa Schulze’a takiego, jakiego znamy. Okazało się, że bardzo się mylili, kiedy wyszły w następnych latach np. takie albumy jak „Dosburg Online”, „Are You Sequenced?” czy „Moonlake”. Był to powrót do sekwencyjnej muzyki, a nagrania z muzyką klasyczną, czy jak to bardziej precyzyjnie określić, nowoczesną muzyką klasyczną, było odskocznią. I sam artysta też zrozumiał, że raczej ani typowo klasyczna muzyka zagrana na syntezatorach ani elektroniczna opera w takim wykonaniu się nie sprzeda. A szkoda. Jestem zagorzałym fanem muzyki Klausa Schulze’a. Ja się temu dziwię, ponieważ ja sam odkryłem kilka lat temu, że Klaus Schulze już w latach 70. i 80. wielokrotnie zaznaczał, że muzyka klasyczna inspirowana muzyką Ryszarda Wagnera jest w jego utworach (m.in. „Timewind”), muzyka z orkiestrą symfoniczną : „X”, „Irrlicht”, „Cyborg”,  oraz uwaga:  „Stahlsinfonie”, klasyczny chór (np. „Thor (Thunder)”, „Synthasy”, „Mindphaser”, „Dune”). Nie rozumiem innych fanów muzyki Klausa Schulze, że tego nie spostrzegli. Muzyka klasyczna czy opera była w muzyce Schulze od zawsze!.  Należy także pamiętać, że muzyka w twórczości Klausa Schulze przeżywała swoją ewolucję. Niby odczuwa się, że jest ten sam styl, podobne początki utworów, pady, ale jednak to nie zawsze jest to samo. Za każdym razem, kiedy odtwarzam jego płytę staram się coś wychwycić, lecz nie zawsze mi się to udaje. Myślę, że już chyba wszystko odkryłem.  Mam praktycznie wszystko, co wydał na płytach winylowych, oraz na płytach kompaktowych. Na swoim blogu, w niedalekiej przyszłości zaprezentuję moim czytelnikom  kolekcję płyt popularnych wykonawców klasycznej muzyki elektronicznej.
——————————————————————————————————————–
MW.: Twój blog „Phaedra” i jego angielska wersja „Klaustrophony” cieszą się ostatnio dużą popularnością. Bardzo  się cieszę, ale powiedz mi, co sądzisz o takich publikacjach recenzji czy innych artykułów dotyczących muzyki raczej dla elity, czy w tych konsumpcyjnych czasach jest szansa na to, aby zwłaszcza te młode pokolenia poznały tą wyjątkowo uduchowioną muzykę?
MM: Recenzje płyt z klasyczną muzyką elektroniczną są doskonałą reklamą tego gatunku muzyki. Już w czerwcu tego roku wpadłem na pomysł, aby założyć bloga. Nie było to podyktowane tym, że jest to teraz modne. Moje pierwotne zamierzenie było takie, że chciałem mieć coś swojego w Internecie. Myślałem o własnej  stronie Internetowej, na której będę prezentował kolekcję płyt moich ulubionych wykonawców. Pamiętam, że pewnego czerwcowego dnia, podczas budowania wizji  nakreśliłem sobie strukturę strony. Wówczas narodził się pomysł, który jest aktualnie realizowany. Chciałem połączyć moje pierwotne zamierzenia, tj. zaprezentować swoją kolekcję płyt winylowych, kompaktowych wraz z recenzjami oraz wywiadami ze znanymi wykonawcami polskiej i zagranicznej muzyki elektronicznej. Na jednym z forum poświęconym muzyce elektronicznej kilka lat temu zamieszczałem recenzje niektórych płyt zagranicznych artystów, o czym czytelnicy się niedawno przekonali. Przesłuchałem je jeszcze raz oraz nieznacznie zmieniłem brzmienie pierwszych wersji recenzji. Do recenzji zamieszczanych na blogach „Phaedra” oraz „Klaustrophony” dołączam zawsze spis utworów, zdjęcie okładki oraz cytat, który stanowi słowo-klucz do zrozumienia muzyki. Jest to trudne, ponieważ jak wiadomo, każdy z nas ma różne gusta lub preferencje. Jedni lubią nowoczesną odmianę muzyki elektronicznej, np. trance, techno, house, rave, dark ambient, elektro-jazz, a inni lubią wyłącznie klasyczną muzykę  w wykonaniu takich klasyków jak Klaus Schulze, Tangerine Dream, Jean-Michel Jarre, Vangelis, Kitaro czy Kraftwerk, a z polskich wykonawców, których jest bardzo wielu np.  Władysław Komendarek, Marek Biliński. Ja zaliczam się do tych drugich, chociaż staram się słuchać i poznawać to, co tworzą młodsi wykonawcy. Moje blogi są skierowane przede wszystkim do młodszych słuchaczy, którzy jeszcze nie znają, lub są w trakcie poznawania klasycznych utworów popularnych wykonawców. Swoje recenzje oraz artykuły kieruję także do starszych czytelników, którzy już doskonale znają tę muzykę  i orientują się w tym temacie.  To coś w rodzaju takiego przypomnienia. Każdą płytę staram się ocenić inaczej. Do każdej oceny podchodzę rzetelnie i nieraz zdarza się, że tę muzykę czuję i opisuję inaczej niż inni moi znajomi recenzenci. Mojego bloga kieruję też do przyjaciół, aby przybliżyć namiastkę  moich muzycznych  zainteresowań. Oficjalnie swoją przygodę z klasyczną muzyką elektroniczną zacząłem latem 1986 roku, kiedy rodzice kupili mi kasety „Dziękuję Poland” Klausa Schulze i Rainera Blossa. Mam je do dziś. Wcześniej jeszcze był Czesław Niemen – („Dziwny jest ten świat”), Marek Biliński („Ucieczka z Tropiku”)  oraz Kraftwerk („The Model”). Miałem około 6-7 lat i nie znałem jeszcze konkretnych nazwisk wykonawców. Dopiero później skojarzyłem sobie, że kiedyś to już słyszałem! Jeszcze wcześniej była muzyka klasyczna oraz opera. Muzyka z płyty „Dziękuje Poland” – to było dla mnie wielkie muzyczne przeżycie i odkrycie ! Powiedziałem: „To jest muzyka, którą chcę słuchać!” Miałem wówczas niecałe 11 lat, a dla moich rówieśników był to szok i niedowierzanie, że słucham w tym wieku tak dojrzałej i uduchowionej muzyki.  Pamiętam, jak moje koleżanki i moi koledzy dziwili się: „Co to jest ? Czego Ty słuchasz? To jest dno kompletne do kwadratu”. Przyznam się, że kilku osobom z mojego kręgu znajomych spodobała się moja muzyka.  Moi rówieśnicy około 25 lat temu słuchali popularnej muzyki dyskotekowej: m.in. Sandra, Modern Talking. Były to całkiem inne czasy:   inna muzyka, niż ta która jest obecnie tworzona komercyjnie. Około 30-40 lat temu jeszcze ludzie byli nastawieni na emocjonalne przeżywanie muzyki. Wtedy nagrywano naprawdę piękną muzykę, nie tylko związanych z muzyką elektroniczną, ale też innych gatunków. Muzyka musi pobudzać zmysły, wyobraźnię słuchaczy oraz  przedstawiać inne spojrzenie na świat, na refleksję tego, co nas otacza. Zawsze jest to jakiś zamysł artysty, ale przede wszystkim ważne jest to, co odczuwa słuchacz. I na  tym polega piękno i siła klasycznej muzyki elektronicznej, która jest częścią progresywnego rocka. Czy jest szansa na dalszy rozwój muzyki elektronicznej w klasycznym jej wykonaniu ? Myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że za niedługi czas tak będzie.  Obecnie w muzyce rockowej obserwuje się wielkie powroty zespołów, które kiedyś dominowały na scenie, np. Led Zeppellin. Sygnałem do powrotu dobrej muzyki są ponadto  reedycje płyt innych zespołów, np. Pink Floyd, King Crimson oraz reedycje płyt Klausa Schulze lub  reedycje pierwszych płyt niemieckiego zespołu Tangerine Dream. Instrumenty muzyczne, które są wykorzystywane podczas tworzenia muzyki są w obecnym stopniu mocno skomputeryzowane. Technika poszła naprzód, lecz nie zawsze jest to dobre rozwiązanie. W poprzednich latach trzeba było się mocno napracować, aby stworzyć unikalne dzieło.  Obserwuje się w obecnych czasach powrót do analogowych syntezatorów. Owszem, będą laptopy, komputery, ale to tylko przez pewien czas.  Moim zdaniem kiedyś skończy się etap  tworzenia i lansowania taniej, komercyjnej muzyki. Młodsi słuchacze zaczną poszukiwać innej drogi w muzycznym świecie i zainteresują się klasyczną muzyką elektroniczną oraz rockiem progresywnym. Być może ten proces już się zaczął, a właściwie następuje jego odnowienie.
——————————————————————————————————————–
MW.Wiem, że nie są ci obce inne style muzyczne choćby rock progresywny. Opowiedz coś więcej, jak to młody Marcin wchodził w świat muzyki rockowej czy progresywnej. Co tak naprawdę w tej muzyce jest ujmującego według ciebie ?
MM: Rock progresywny nie jest mi obcy. Moja przygoda z tym gatunkiem muzyki zaczęła się ponad 30 lat temu.  Miałem wtedy wówczas 7 lat. Na taśmach szpulowych miałem nagrane same różne rzeczy, piosenki, bajki oraz nawet nagrania z ówczesnych seriali filmowych. Mój ojciec nagrał kiedyś na magnetofonie szpulowym piosenkę Pink Floyd „Another Brick in The Wall”. Już mi wtedy mówił, że Pink Floyd to świetny zespół i wspominał, że najlepsza ich płyta to „Ciemniejsza Strona Księżyca”. W 1987 roku, czyli pięć lat później, ojciec nagrał na magnetofonie „Kasprzak” wszystkie utwory z koncertu w Pompejach z 1972 roku. Jakość nagrania była taka sobie, ale przeżycia bardzo wielkie. To było moje kolejne muzyczne odkrycie, ponieważ muzyka brytyjskiego zespołu bardzo mi do gustu przypadła. Bardzo polubiłem ten koncert, a w szczególności utwór „Echoes”. Moje zainteresowanie muzyką Pink Floyd wzrosło bardzo w latach 1988-1994. Miałem muzykę wydaną na kasetach, które kupiłem podczas wakacji w Świnoujściu w latach 1988-1990. Były to zachodnie wydania, które kosztowały wówczas bardzo drogo. Przez cały rok zbierałem na to fundusze: zbiórka szkła, makulatury oraz kieszonkowe od rodziców. W tamtym czasie zainteresowałem się też muzyką Yes, King Crimson, Genesis, Emerson Lake and Palmer, Ricka Wakemana oraz Electric Light Orchestra. Z polskich wykonawców: SBB, Józef Skrzek, Czesław Niemen, Z tych wszystkich wymienionych wykonawców najbardziej lubię Pink Floyd. Z tego powodu też się cieszę, że w przyszłym roku odbędzie się koncert Australian Pink Floyd Show, który wystąpi w rocznicę nagrania wielkiego albumu „The Dark Side Of The Moon”.  Bardzo mi się podoba podejście artystów, którzy grają rocka progresywnego. Piosenki tych zespołów zawierają bardzo poważne utwory o problematycznych aspektach życia, przemijaniu, miłości, niepewności w życiu, złym kulcie pieniądza, złych charakterach ludzi. I mnie to bardzo ujmuje. Nie lubię banalnych tekstów w muzyce. Cechą charakterystyczną progresywnego rocka, która lubię są długie, bardzo rozbudowane kompozycje. To jest zdecydowany plus tego gatunku muzyki. Nie bardzo przepadam w muzyce rockowej za krótkimi 2-3 minutowymi utworami, które bardzo szybko się zaczynają i kończą. Mam też swoje ulubione zespoły w muzyce rockowej, np. Boston, Led Zeppelin, Black Sabbath, AC/DC. Lubię czasami sięgać po inne gatunki muzyki:  po bluesa (np. Mayall, Waters, Clapton), jazz (np. Davis, Hancock)  new romantic (np. Depeche Mode, Visage, Midge Ure, Ultravox) czy po takich wykonawców jak  Bryan Adams, Tina Turner, ZZ TOP. Jest wiele zespołów, ale to już jest inny temat.
——————————————————————————————————————–
MW. Wiesz, że mam słabość do Tangerine Dream .Opowiedz o swoich ukochanych płytach Edgara Froese i kolegów. Jak ty odbierasz ten muzyczny mandarynkowy świat?
MM: Twórczość zespołu Tangerine Dream poznałem gdzieś pod koniec lat 80. Była to muzyka z singla „Warsaw in the Sun”  oraz  z filmu „Firestarter”. Singla kupiłem w kiosku za dosłownie parę groszy, a muzykę filmową nagrałem z audycji radiowej Jerzego Kordowicza. Bardzo lubię słuchać utworów z okresu „Pink Years”, „Virgin Years” i „Blue Years”. Według mnie to najlepsze okresy w twórczości tego zespołu. Wspaniała muzyka, wspaniałe płyty oraz składy. W pewnym momencie było tak, że przez okres 2-3 lat  szukałem tylko i wyłącznie nagrań  tego zespołu. Bywało tak, że kupowałem wszystko, co było związane z tym zespołem. Uważam, że w latach 1970-1984 zespół nagrał znakomite płyty. Moje ulubione płyty, to m.in.: „Ricochet”, „Rubycon”, „Encore”, „Logos”, „Livemiles”. Jest ich wiele. Już w mniejszym stopniu nagrania z drugiej połowy lat 80., z lat 90. oraz obecne (poza nielicznymi wyjątkami). Wspomniałem na początku, że Klaus Schulze tworzy obrazy malowane dźwiękiem. Ta sama sytuacja była w początkowych latach działalności zespołu. Przykładów jest wiele i mógłbym je wymienić. Okresy Pink Years – nagrania inspirowane filozofią, narodzinami świata, muzyczny opis pozaziemskiego układu słonecznego, czy barwny opis organizmu człowieka, okres Virgin Years : „Ricochet” – muzyka z Kosmosu, „Rubycon” – bitwa w starożytnych czasach, czy „Stratosfear” – o Ziemi, „Poland” – Polska podczas stanu wojennego, „Underwater Sunlight” – oceany, wieloryby oraz „Tyger” – metafizyczna muzyka z niesamowitą recytacją wierszy Wiliama Blake’a. Lata 1970-1988 to właściwe lata świetności tego zespołu.  Szkoda, że to tak wszystko się źle skończyło – odejście Chrisa Franke, zmiana stylu muzyki zespołu na lekki, przyjemniejszy. Z drugiej strony rozumiem intencje lidera zespołu Edgara Froese, że chciał zmienić muzykę oraz że nie  chciał grać ciągle tego samego. Po latach okazuje się, że fani są bezlitośni i źle oceniają dzisiejsze nagrania. Powiem tak: są nagrania, które są bardzo udane. Np. w okresie „Melrose Years” najlepszymi płytami tego zespołu są „Melrose” oraz „Optical Race”, w okresie „The Seattle Years” : „Canyon Dreams”,”Quinoa”, następny okres „TDI Years” : „Goblins Club”, „Oasis”, „Mars Polaris”, „Great Wall Of China”, „Seven Letters From Tibet”, „Jeanne D’Arc oraz okres „Eastgate  Years”: „Springtime in Nagasaki”, „Purple Diluvial”, „Bells Of Accra”.
——————————————————————————————————————–
MW:  Muzyka elektroniczna dość mocno zakorzeniła się w rożnych filmach dokumentalnych czy tez fabularnych, masz swoje ukochane filmy z tego typu muzyką? A może inspiruje ciebie inne kino niekoniecznie z tą muzyka?
MM: Tak, mocno się zakorzeniła. Świetnym przykładem jest tutaj muzyka Vangelisa. Bardzo mi się podoba podejście tego artysty do tworzenia muzyki filmowej. Na pewno czytelnicy domyślają się, że chodzi tu o takie filmy jak „Łowca Androidów” czy „Rydwany Ognia” Vangelis nie popełnia błędów przy produkcji takich projektów. Większość muzyków tworzy najpierw tło, a potem dopiero ta muzyka jest dodawana do motywu z filmu. Vangelis podszedł całkiem inaczej, otóż artysta nakazywał wręcz, aby aktorzy poruszali się w rytm muzyki. To bardzo trudne, ale proszę zauważyć, że wówczas i muzyka oraz aktorzy współgrają na planie filmowym. Stanowią, jedną, zharmonizowaną całość, jeden monolit. Przykład: motyw pocałunku w filmie „Łowca Androidów”, czy bieg sportowców przygotowujących się do Olimpiady w filmie „Rydwany Ognia”. Bardzo udanie zaprezentowała się także muzyka Tangerine Dream: muzyka do filmu „Sorcerer”, „Thief”, „Legend”, „Near Dark” czy Klausa Schulze:  „Body Love”, „Angst”, „Le Moulin De Daudet”. Raczej nie lubię innej muzyki do filmów niż instrumentalną. Klasyczna muzyka elektroniczna jest doskonałym tłem do różnego rodzaju filmów, słuchowisk, audycji, spektakli teatralnych, baletu. Należy tylko odpowiednio ją wykorzystać.
——————————————————————————————————————–
MW:  Dziękuję za odpowiedzi. Ja Ci życzę zdrowia i dalszego trwania w swojej muzycznej pasji.
MM: Ja również życzę Tobie wszystkiego dobrego. Dziękuję bardzo i do usłyszenia.
Mariusz  Wójcik 

Jakub Fijak : „Cały czas poszukuję nowych inspiracji”

jakubJakub Fijak – młody muzyk ze Szklarskiej Poręby, chętnie  podzielił się ze mną kilkoma swoimi przemyśleniami:

D.K :  Powiedz kilka słów o sobie które można bezpiecznie opublikować 🙂
J. F: Jestem pasjonatem muzyki, który uwielbia poznawać nowe dźwięki. Stale poszukuję nowych płyt i wykonawców, którzy dostarczą mi wielu wewnętrznych wrażeń. Tworzenie muzyki jest dla mnie formą wyładowania emocji, sposobem na powiedzenie czegoś, czego nie chcę lub nie potrafię przekazać werbalnie. Na co dzień jestem raczej kameralnym chłopakiem, który nie wyróżnia się niczym spośród tłumu, zwyczajnym człowiekiem z gór, z natury raczej samotnikiem. Lubię obserwować ludzi, czerpać z nich inspirację. Staram się odnajdować niezwykłość w zjawiskach lub przedmiotach, które dla wielu z nas są czymś oczywistym i nie wartym chwili zastanowienia.
D.K. : To podobnie jak ja. Jakie było Twoje pierwsze spotkanie z muzyką elektroniczną, czy pamiętasz płyty lub wykonawców którzy zrobili na Tobie szczególne wrażenie?
J.F. : Od zawsze bliskie memu sercu były klimaty new age, ethno czy world music, więc muzykę elektroniczną sensu stricto poznałem dosyć późno, a było to w momencie kiedy zacząłem udzielać się w EL-Stacji. Wprawdzie próbowałem słuchać  J.M.Jarre’a czy Klausa Schulze, jednak wtedy nie udało mi się złapać elektronicznego bakcyla. Patrząc z perspektywy czasu musiałem nauczyć się słuchać takiej muzyki, zdobyć umiejętność jej kontemplacji, więc tak naprawdę moje pierwsze wrażenia el-muzyczne były sprawką polskich wykonawców el-muzyki, szczególnie myślę tu o płycie Marka Bilińskiego “Wolne Loty”, czy też “Romantic-On” Tomasza Ostrowskiego.
 
D.K. : A jak jest teraz? Czytałem Twoją recenzję płyty Rudzia i Komendarka…
 J.F. : Dzisiaj jest trochę inaczej. Na pewno bardziej otworzyłem swój umysł na nowe doznania  dźwiękowe nie ograniczając się tylko do elektroniki czy też  moich niezmiennych zamiłowań do new age. Obecnie więcej słucham muzyki filmowej i rocka progresywnego. Co do płyty “Unexplored Secrets Of REM Sleep” – myślę, że recenzja to za duże słowo, nazwałbym to raczej zbiorem odczuć i refleksji jakie mi towarzyszyły podczas odsłuchiwania i kontemplacji tego materiału. W dobie nihilizmu jaki obecnie panuje w el-muzyce ten nietuzinkowy duet pokazuje nam, że warto próbować tworzyć coś dźwiękowo indywidualnego, bo jak się okazuje nie jest to niemożliwe – wystarczy otworzyć umysł i nie bać się dewastować kanonów powszechnie panujących w el-muzyce. To może oczywiście skutkować okrzyknięciem kompozytora mianem “antychrysta syntezatorów” co koniec końców może być tylko i wyłącznie preludium do elektronicznej rewolucji.
D.K: Fajnie że słuchasz progresywnego rocka. Jak trafiłeś do Mogilna i El- Stacji, sam szukałeś kontaktu czy zostałeś „odkryty”?
J.F. : Cóż, nie wiem czy mogę mówić o jakimś odkryciu ponieważ był to w zasadzie jeden z efektów współpracy z Maciejem Braciszewskim. W prawdzie o EL-Stacji słyszałem już dużo wcześniej, ale nie sadziłem, że enigmo-pochodne klimaty jakie dominują w moich utworach przyjmą się w radiu nastawionym na określony gatunek muzyczny, więc jeśli mam być szczery, nie próbowałem nawet zapytać o emisję swoich nagrań u Marqsa. Jak się później okazało mogileńskie radio przyjęło mnie z otwartymi ramionami i cały czas chętnie publikuję tam swoje prace. Jeśli zaś chodzi o mój debiut sceniczny to organizatorzy Elektronicznego Weekendu zdecydowali się postawić na młodych i początkujących twórców el-muzyki, w związku z tym dostałem szansę pokazania się. Wraz ze mną otrzymali ją między innymi Aleksander Lasocki ze Szczecina i Piotr Lewandowski z Warszawy.
D.K: Ten koncert  z Elektronicznego Weekendu Mogilno 2011. Co Ci dała obecność na nim, jakie pozostawił za sobą wrażenia, przyjaźnie i plany?
J.F: Tamten weekend spędzony w Mogilnie był dla mnie bardzo szczególny. Przede wszystkim dlatego, że mogłem po raz pierwszy zaprezentować na dużej scenie to, co przeszło 3 lata powstawało w domowym zaciszu mojego pokoju. Miałem okazję poznać wielu życzliwych ludzi skupionych przy EL-Stacji, jak również związanych z el-muzyką. Niesamowitym przeżyciem było zagranie na jednej scenie wraz z żywą legendą –  Robertem Kanaanem. Był to dla mnie wielki zaszczyt. Jeśli zaś chodzi o plany to myślę, że cały czas są stałe i niezmienne. Trzeba  patrzeć w przód i myśleć o tym ile jeszcze można zrobić, niż bazować na tym co już zostało zrobione.
D.K: Też lubię muzykę Roberta Kanaana. Szczególnie tę starszą.  Tworzysz muzykę ciepłą, rozrywkową, taką która ma sprawiać radość i przyjemność  słuchaczom. Tak na razie zostanie czy planujesz się rozszerzać w różne strony?
 J.F. : Słyszałem wiele różnych opinii na temat mojej muzyki. Jedni twierdzą, że jest pozytywna, inni zaś określają ją mianem dekadenckiej i pesymistycznej. Sam nie potrafię ocenić jaka jest tak naprawdę, tę kwestię pozostawiam słuchaczom. Ciężko mi również powiedzieć czy tak zostanie czy się zmieni. Muzyka jest dla mnie idealnym sposobem komunikacji ze światem, więc sądzę, że w zależności od tego, co w danym momencie będę chciał wyrazić i opowiedzieć, tak też będzie ewoluować moja muzyka. Cały czas poszukuję nowych inspiracji i rozwiązań. Nie robię raczej nic nowatorskiego, zwyczajnie próbuję sił w różnych konwencjach i stylach muzycznych. Staram się jednoczenie mierzyć zamiary na siły i nie podejmować się rzeczy, których nie będę w stanie wykonać. Nie jest również moim celem aby na siłę udowadniać światu swoja oryginalność, pasąc przy tym swoje ego. Liczy się tylko muzyka, bo dzięki niej mogę mówić, często nawet w sposób jasny o rzeczach oczywistych.
D.K. :  Z Twoich ośmiu płyt  znam na razie tylko 3. Czy zawartość pozostałych jest podobna?
 J.F. : Na pewno moja muzyka ma w sobie cechy wspólne, lecz każda następna produkcja w mniejszym lub większym stopniu różni się od poprzednich. Lubię powracać co jakiś czas do danej konwencji, o czym może świadczyć ostatnie wydanie pt. “Expedition”. Chyba najbardziej wyróżniającym się albumem jest “Soldiers Of Heaven”. Po koncercie w Mogilnie, gdzie prezentowałem materiał właśnie z tej płyty podszedł do mnie Darek Długołęcki. Przyznał wtedy, że nie spodziewał się czegoś co brzmi jego zdaniem podobnie do “Fire” Marka Bilińskiego.

D.K. :  Jakiego sprzętu i wyposażenia używasz przy realizacji nagrań?

J.F.: Pracuję na syntezatorze Roland Juno-D. Jeśli zaś chodzi o oprogramowanie to korzystam głównie z produktów Cakewalk by Roland (Z3TA+1, Dimension LE, Sonar X1 Le).
D.K: Kto jest dla Ciebie największym wsparciem?
 J.F. Zdecydowanie jest to osoba Macieja Braciszewskiego, mojego przyjaciela i opiekuna muzycznego. Bardzo wiele się od niego nauczyłem, a dzięki jego pomocy w moim odczuciu wiele osiągnąłem. Są także inne życzliwe mi osoby, które wierzą we mnie i cały czas mnie dopingują [ czasem nawet chcą mi nakopać 🙂 ] i za to serdecznie im dziękuję!
D.K. : Jak reagują na Twoją muzykę Twoi znajomi z rodzinnego miasta?
J.F. : To jest dobre pytanie, też chciałbym to wiedzieć! Prawda jest taka, że niewiele osób z moich rodzinnych stron wie o tym co robię w wolnych chwilach, natomiast Ci którzy wiedzą, reagują raczej pozytywnie choć nie traktują tego nazbyt poważnie.
D.K. Zdarza Ci się wziąć odtwarzacz na jakieś wzniesienie poza miastem i tam przeżywać muzykę, albo odwrotnie wracasz i coś nagrywasz bo akurat Cię „natchnęło”?
 J.F. Idąc w góry szukam spokoju, chwili refleksji, chcę odpocząć. W związku z tym wolę słuchać muzyki lasu, szmerów strumieni i w takiej atmosferze poszukiwać natchnienia. Doskonale więc rozumiem Mr Smoka, który na każdym kroku podkreśla wspaniałość dźwięków natury.
D.K. Mr.Smok jest rzeczywiście oryginalnym i wrażliwym człowiekiem. Co Cię pasjonuje poza muzyką, o ile masz na to jeszcze czas…
 J.F. : Moją wielką pasją jest ratownictwo medyczne, któremu teraz poświęcam większość swojego czasu. Oprócz tego zdarza mi się czasem pisać opowiadania, wiersze, a nawet swoje quasi-filozoficzne rozważania. Sprawia mi to dużą frajdę.
D.K. : Czy widzisz sens wydawania płyt na CD czy wystarczy ci Internet?
J.F. : Jak każdy twórca marzę o zmaterializowaniu swojej pracy w postać muzycznego krążka, jednak nie jest to takie proste, więc siłą rzeczy Internet musi mi wystarczyć. Nie mniej jednak, jako środek masowego przekazu jest na pewno znakomity dla ludzi takich jak ja, którzy dzięki niemu mogą pokazać swoje produkcje szerszej rzeszy odbiorców, a w innym przypadku mogliby nie mieć takiej szansy. Mam tylko nadzieję, że z czasem wydania digital download nie wyprą całkowicie z rynku materialnych nośników.

D.K. : Twoje plany i marzenia na najbliższe miesiące, czy może żyjesz bardziej z prądem?

J.F. Nie jestem zwolennikiem dalekosiężnych planów. Życie jest zbyt dynamicznym procesem i w zasadzie nigdy nie wiadomo w jakim momencie i czym nas zaskoczy. Na chwilę obecną mogę powiedzieć tylko tyle, że nadal chciałbym rozwijać swoje pasje.
D.K. : To prawda… Życzę Ci więc pomyślnej samorealizacji!
Damian Koczkodon

Tomasz Pauszek (Odyssey) : „Muzyka służy do wywoływania i przywoływania różnych uczuć”

Mariusz Wójcik :  Już sam tytuł albumu sugeruje, że wracasz do historii el-muzyki. Kiedyś jeden z twoich idoli, J.M. Jarre nagrał „Muzykę Dla Supermarketów”, a Brian Eno, „Muzykę Dla  Portów Lotniczych”. Ty nawiązujesz troszkę do tej koncepcji, choć to zupełnie inny środek komunikacji. Powiedz jaka była twoja główna inspiracja przy tworzeniu tej muzyki?

Tomasz Pauszek : Masz rację, w przeszłości pojawiły się albumy „Music For Supermarkets”, czy „Music For Airports”. To kultowe płyty, które inspirowały wielu, odegrały ważną rolę w rozwoju muzyki. I dla mnie to też ważne albumy. Chcąc powrócić do stylu i klimatu lat 70-tych XX wieku, chciałem odnieść się poniekąd to tych albumów, stąd „Music For Subway” i pewna próba kontynuacji pomysłu na albumy z serii „Music For….”.A tak na poważnie, to jest to album, który w pewien sposób ma pokazać etapy mojego muzycznego rozwoju, źródła i fascynacje. Więc trudno podać tutaj jedną czy główną inspirację. Można powiedzieć, że inspiracją do tej płyty były wszystkie kompozycje, utwory czy albumy moich ulubionych artystów, od Bacha zaczynając, przez Jarre`a, Vangelisa, Kitaro, Bilińskiego, na Royksopp kończąc.
M.W : Kolejne stacje metra dla mnie to wspaniała wycieczka nie tylko metrem, ale mam wrażenie, że skupiłeś się mocno na wygrzebaniu ze swojego studia te cudnych stareńkich analogowych cacek. Bardzo jestem ciekaw jak w dobie cyfryzacji udało ci się wyprodukować tak natchnioną el- muzykę daleką od tych zabiegów komputerowych, które według mnie zabijają ducha muzyki w tych czasach?
 T.P : Z zamiarem nagrania płyty stworzonej wyłącznie na starych instrumentach analogowych z lat 70-tych ub. wieku nosiłem się już od dłuższego czasu. Chciałem się sprawdzić. Zobaczyć czy w dzisiejszych skomputeryzowanych czasach, można jeszcze skomponować muzykę używając dawnych, prostych jakby się wydawało narzędzi, stworzyć ją od podstaw, tylko przy pomocy wyobraźni i w większości monofonicznych syntezatorów. Chciałem na własnej skórze przekonać się, co mogli czuć pionierzy gatunku, a obecnie ikony, jak Vangelis, Tangerine Dream, Jean Michel Jarre, czy Wendy Carlos, tworząc czy nagrywając całe płyty na tych instrumentach. To niesamowite przeżycie, uczące pokory i szacunku do instrumentów i właśnie, dlatego ta płyta jest niejako hołdem dla tych artystów, którzy w latach 70-tych wynieśli muzykę elektroniczną na szczyt.
M.W : Jest stacja metra gdzie wchodzę niemalże w uduchowioną muzykę oscylującą o transkrypcje dzieł wielkich kompozytorów muzyki klasycznej. Ten utwór udowadnia nam o twoim talencie i wszechstronności czy bliska ci jest wobec tego twórczość muzyki klasycznej? Opowiedz coś więcej o wpływie klasyków na twoją muzykę ? No jeśli takowy istnieje?
T.P : Oczywiście, muzyka klasyczna bardzo na mnie oddziaływała przez długi czas i nadal oddziałuje. Uwielbiam ją. Jestem dyrygentem z wykształcenia i z racji studiów muzycznych, przerabiałem całą historię muzyki. To fascynująca podróż. Zawsze inspirowała mnie muzyka Bacha, Beethovena, Haendla, Vivaldiego czy później utwory impresjonistyczne, np. Debussy`ego. W ogóle uwielbiam impresjonizm, zarówno w malarstwie, jak i muzyce. Ale także bardzo cenię sobie perfekcję i motorykę muzyki baroku. Na płycie MUSIC FOR SUBWAY niekiedy starałem się pokazać odniesienia do Bacha, jednego z moich idoli okresu baroku. Był geniuszem.
M.W :  Czy to prawda, że tą płytą masz zakończyć wydawanie płyt? Mam nadzieje, że nadal będziesz wydawał, a zadaję ci te pytanie w związku z radiem Rona Bootsa „Dreamscape”. Ostatnio właśnie Ron zaprezentował jeden z utworów z twojej nowej płyty. Myślę, że to znakomita motywacja by dalej tworzyć choćby dla garstki wiernych fanów. Co myślisz o tym ?
T.P : Zaprezentowanie jednego z moich utworów w radiu Rona Bootsa oczywiście poczytuję sobie za wielki komplement i honor. To bardzo miłe, że moja muzyka jest doceniana również w tak poważanych audycjach, bardzo się z tego cieszę i dziękuję. Takie gesty oczywiście motywują i czasami skłaniają do refleksji nad dalszą drogą muzyczną. Ale prawda jest taka, że doszedłem do takiego momentu w życiu, że chcę zrobić coś więcej w muzyce, trochę inaczej, szerzej, nie ograniczając się tylko do klasycznej muzyki elektronicznej. Wszystko, co chciałem osiągnąć i zakładałem sobie, jako cel, tworząc projekt, ODYSSEY, osiągnąłem. Czuję, że w tzw, „el-muzyce” nic nowego nie zrobię i niczego nowego nie wniosę. I w związku z tym, faktycznie zamierzam zakończyć działalność projektu ODYSSEY. MUSIC FOR SUBWAY – Symphony For Analogues była ostatnią studyjną płytą ODYSSEY`a. Obecnie przygotowuję jeszcze płytę kompilacyjną, podsumowującą jedenaście lat twórczości. Będzie to dwupłytowy album pt. THE ESSENTIAL, zawierający najważniejsze utwory z wszystkich dotychczasowych płyt, ale w nieco innych wersjach. Więc polecam. Nie jest jednak prawdą, że przestaję wydawać płyty w ogóle. Ponieważ mam zamiar teraz skupić się na działalności mojego drugiego projektu pod nazwą RND i pod tym szyldem teraz wydawać i realizować swoje pomysły. Obecnie czekam na wydanie trzeciej już z kolei płyty, która ukaże się nakładem jednej z wytwórni z Hong Kongu. Mam też w głowie pomysły już na kolejny album lub dwa albumy. A wracając jeszcze do el-muzyki, mam w planach współpracę, jako producent i współkompozytor płyty jednego z bardzo zdolnych polskich muzyków elektronicznych. Więc jest co robić i najbliższe miesiące będą na pewno pracowite.  Koniec ODYSSEY`a jest tylko końcem pewnego etapu, projektu. Teraz będę działał muzycznie pod szyldem RND i jak już wspomniałem zajmę się także produkcją innych el-muzyków.
 M.W : Opowiedz coś więcej o swojej przygodzie z twórczością Jarre`a. Wiem, że Damian Koczkodon ( blog el music) ciebie wypytał odnośnie pasji to muzyki mistrza Jarre`a, ale właściwie, co ciebie ujmuje w jego muzyce ?
T.P : Jean Michel Jarre był w moim życiu praktycznie od zawsze. Słucham jego muzyki od dziecka. Inspirowało i nadal inspiruje mnie jego podejście do muzyki, jego poszukiwania sonorystyczne z czasów pracy z Pierrem Schaefferem, szukanie dźwięków w otaczającym świecie, tworzenie pejzaży dźwiękowych niczym malarz na płótnie. To podejście bardzo artystyczne, głębsze niż zwykłe granie nut. Sam uwielbiam awangardę, zwłaszcza przedstawicieli muzyki konkretnej. Czasami sam czerpię w mojej twórczości z ich dokonań. Jarre jest artystą absolutnym. On widzi świat, jako jedno wielkie twórcze podwórko, tak pod względem muzycznym, jak i plastycznym, wizualnym. Podoba mi się przesłanie, które idzie też za jego muzyką, jej głębszy wymiar. Chwytliwe melodie niektórych jego utworów dają popularność, ale oprócz nich, jest na jego płytach jeszcze wiele muzyki dla prawdziwych koneserów. Zawsze jest to drugie dno. I to mi się bardzo podoba.
M.W : Zawsze mnie intryguje niezwykła współzależność i zarazem spójność twojej muzyki z okładkami. Cenię sobie bardzo twórczość Michała Karcza. Jak myślisz czy w dobie bezdusznego wpatrywania się w TV oprócz muzyki okładka jeszcze może ludzkie oko zachęcić do tego, aby wgryźć się bardziej w muzykę czy koncepcje albumu? Jak widzisz tą kwestie z punktu widzenia MUZYKA?
T.P : Bardzo mnie cieszy, że jeszcze ktoś zwraca uwagę na okładki. Faktycznie, mam wrażenie, że dziś dla wielu okładki stają się często zbędnym balastem. Człowiek zrobił się „konsumpcjonistyczny”, chce mieć produkt, a nie dzieło artystyczne, które można potrzymać w rękach, powąchać, poczytać. Tak jest z samą muzyką, grafiką, okładkami czy książkami. To wszystko zeszło na dalszy plan. Często tez widzę, że popularne płyty mają bardzo proste okładki, nic niewnoszące, ot tak, żeby sprzedać produkt. Ja widzę to trochę inaczej. Jako, że staram się tworzyć muzykę „do myślenia”, gdzie czasami trzeba przysiąść, zatrzymać się, wsłuchać, a nie do bezmyślnego słuchania, myślę, że wszystkie czynniki są ważne w odbiorze danego albumu, od muzyki oczywiście poczynając, przez okładkę, grafikę, na zawartości tekstowej kończąc? Tak jak mówisz, zawsze staram się wybierać takie okładki, które odzwierciedlałyby w pośredni lub bezpośredni sposób to, co mam zamiar przekazać daną muzyką. Z mojego punktu widzenia, okładka to wizytówka płyty, jeśli będzie mizerna, nikt się nie zatrzyma i nie zainteresuje. Jeśli będzie ciekawa i frapująca, to może ktoś się skusi, może coś dostrzeże, przeczyta wkładkę, posłucha i zrozumie, „co autor miał na myśli”. Okładki płyt są małymi dziełami sztuki i należy to pielęgnować.
M.W : Opowiedz o wpływie lektury SF na twoje tworzenie muzyki. Może podasz jakieś konkretne tytuły, które ciebie na tyle zaintrygowały, iż postanowiłeś spłodzić swoje przemyślenia w formie muzyki elektronicznej czy klasycznej?
T.P :  Literatura SF oczywiście była obecna w moim życiu i zainteresowanie nią wpłynęło na moje postrzeganie pewnych spraw. Nietrudno też zgadnąć, że w głównej mierze na moją muzykę wpłynęła twórczość Arthura C. Clarke`a. Jego wyobraźnia prześcigała epokę, w której żył. Wizje rozciągane w nowelach czy powieściach, takich jak „Songs Of Distant Earth”, „Śniegi Olimpu” czy mojej ukochanej „Odysei Kosmicznej” do dziś mogą służyć, jako wzór geniuszu, pomysłowości i umiejętności syntezy wielu gatunków, techniki, sztuki i duchowości. Do Odysei Kosmicznej wracam dość często i zawsze znajduję jeszcze coś. To piękne. Jak wspominałem w wywiadzie dla Damiana Koczkodona (http://elmuzyka.blogspot.com/ ), praca z syntezatorami ma dużo wspólnego z zagłębianiem się w świat literatury SF? To jest zawsze zagadka, którą można porównać z odkrywaniem tajemnic kosmosu. Zaczynając pracę, nie wiesz, dokąd ona cię zaprowadzi.
M.W : Właściwie, co to jest MUZYKA? Jak możesz zinterpretować to słowo – czym dla ciebie jest Muzyka ?
T.P :  Muzyka to najprościej mówiąc, emocje. Muzyka przez swoje piękno, ale też poprzez wachlarz brzmień może wyrażać wszystko to, czego pragniemy, chcemy, kochamy, boimy się, itd. To piękne „narzędzie”, dzięki któremu, twórca wprowadza nas w swój bogaty a czasami przerażający świat wyobraźni. Muzyka służy do wywoływania i przywoływania różnych uczuć i to jest jej nadrzędna rola i siła. I to jest w niej piękne. Muzyka jest pięknem
M.W : Dziękuję Tomaszu za udzielenie mi wywiadu i życzę dalszego trwania w swojej muzycznej pasji 🙂
T.P : Ja również dziękuję i pozdrawiam.
Mariusz Wójcik

Konrad Kucz : „Kolaboracje dają twórczego kopa”

Konrad Kucz – artysta grafik oraz instrumentalista i kompozytor specjalizujący się w muzyce elektronicznej. Tworzy muzykę rozrywkową, poważną oraz filmową.

D.K Od lat jesteś znany jako autor spokojnych nagrań w klimacie ambient, swobodnie poruszasz się w stylistyce tradycyjnej Szkoły Berlińskiej, nie boisz się też współpracy z innymi muzykami, wokalistkami (Futro, Kozak, Kulka, Steczkowska, Kożuchowska). Czym  tłumaczysz tę artystyczną różnorodność?
K.K: Zawężanie horyzontów poprzez skupianie się na jednej artystycznej dziedzinie nie jest dla mnie twórcze. Paradoksalnie jest to też mój problem ponieważ nie potrafię się samookreślić stylistycznie, choć podobno jestem rozpoznawalny. W dzisiejszych czasach jest to o tyle niedobre że środowiskowo jestem niczyj. A to powoduje że nie jestem zapraszany personalnie na festiwale, przeglądy, sam muszę o to zabiegać. Medialnie postrzegany jestem jako FUTRO, NOVIKA, KULKA. Jest jeszcze jeden aspekt, nigdy nie sądziłem że muzyka stanie się moim zawodem wykonywanym, żyję z produkcji muzycznych. Nie ukrywam że się w tym odnalazłem, i to wbrew losowym ograniczeniom. Poznałem wielu ciekawych i zdolnych ludzi. Kontakt z nimi bywa niezmiernie inspirujący. Właśnie dlatego wzorem dla mnie zawsze pozostaną muzyczne kolaboracje Briana Eno.
 Wyobraźmy sobie że masz dobry pomysł, ale jakoś czujesz że własna realizacja nie satysfakcjonuje Cię do końca. Jest jakiś niedosyt, niezadowolenie. Wtedy kontakt z twórczą osobowością powoduje że ten dobry pomysł zaczyna nabierać blasku, potrafi się rozbudować, zmienić. Tak było przy wspólnej pracy z Bogdanem Kondrackim i Gabą Kulką. Takie kolaboracje dają też dystans do tego co robię sam. Słucham uważnie opinii innych.
D.K. : Pamiętam Twój występ z Remote Spaces sprzed wielu lat, to było bardzo ciekawe przeżycie słuchanie tych nagrań. Czy można usłyszeć Cię teraz gdzieś na żywo?
K.K: Jak wspomniałem, z chwilą kiedy zniknęły festiwale typu ZEF jako wykonawca muzyki elektronicznej nie koncertuję. Powodów jest wiele. Z pewnością klasyka elektroniczna przestała mnie interesować. Myślę że w tym zakresie powiedziałem chyba wszystko. Takim zwieńczeniem mojej epoki el-muzyki jest Generatorowa płyta. Otóż kilka lat temu nabyłem ARP’a ODYSSEY’a na którym nagrałem RAILROAD PATH’S. Wszystkie sekwencje realizowałem na tym instrumencie. Jak słucham płyt Klausa Schulze to odnajduję jego brzmienia. Okazuje się że nie trzeba mieć od razu BIG MOOGa żeby osiągnąć piękne sekwencerowe „mięsa”. Twierdzę jednak że ten instrument jak i wiele innych analogowych, stworzony jest do takiego właśnie grania. Nie odnajduję już jego estetyki w moich obecnych preferencjach artystycznych.
D.K. : Twoje płyty mają dobre recenzje na Zachodzie. Jak doszło do tego że można kupić Twoją muzykę w Anglii?
K.K: Doprawdy? Nic o tym nie wiem. Choć jedną recenzję czytałem, a dotyczyła RAILROADS PATHS.
D.K: Z jakich nagrań jesteś najbardziej dumny?
K.K: Oczywiście że z ostatnich jeszcze nie wydanych. Pytasz zapewne o te związane z elektroniką? Myślę że przez te dwadzieścia kilka lat z kilku płyt jestem z pewnością zadowolony. Bardzo lubię BABIE LATO, WRZOSOWISKA i TATRA. Niestety, te wszystkie pierwsze produkcje bardzo źle brzmią technicznie. Wówczas gdybym miał taki sprzęt jak teraz i determinację żeby wszystko robić porządnie i profesjonalnie, może udałoby się tą muzykę jakoś wypromować za granicą. Choć może się mylę, i nie są to na tyle dobre propozycje, trudno mi dziś o dystans. Myślę że Ziemkowa LITANIA zamknęła definitywnie pewną medytacyjną estetykę którą uprawiałem przez ubiegłe dekady.
D. K : W Internecie w kliku miejscach można przeczytać taką Twoją wypowiedź „Staram się promować w Polsce muzykę minimal ambient”, dalej to robisz? Możesz podzielić się swoimi odczuciami co do tego typu muzyki?
K.K: To jest wypowiedź sprzed 20 lat. Wówczas niewielu u nas grało w tym stylu. Wydawało mi się że skoro ja robię coś z pogranicza tego stylu to ją promuję. Pamiętam takie wydawnictwo dwu kasetowe Konikiewicza „Muzyka Nowej Przestrzeni”. To był czysty ambient zrealizowany zdaje się tylko na jednym syntezatorze. Świetna rzecz. Szkoda że kompletnie zapomniana. Dzisiaj technologia daje wszystko „na tacy”. Te tzw. gotowce, brzmienia, sample, wszystko dziś można kupić na CD. Resztę wystarczy skleić w komputerze. To musiało zabić tę muzykę. Oczywiście w tej skrajnej opinii jestem niesprawiedliwy, bo jednak co jakiś czas słyszę fajne produkcje ambient. Ale to są skromne wyjątki. Ta muzyka stała się schematyczna stylistycznie, estetycznie i ideowo.
D.K. : Często dajesz wyraz swojemu upodobaniu do starych analogowych syntezatorów. Obecnie coraz częściej muzycy korzystają z wirtualnych symulatorów i klasycznej klawiatury. Co Ty o tym myślisz?
K.K: Stare analogi zawsze miały niepowtarzalny dźwięk. Brzmiały miękko i ludzko. Dziś zbytnio postrzega się te zagadnienia dźwięku optyką komputera. Pozwólmy dźwiękom analogowym pozostać analogowymi. Te wirtualne odpowiedniki brzmią wg. mnie fatalnie, twardo, plastikowo, stają się parodią syntezatorów analogowych. Natomiast zdecydowanie stałem się zwolennikiem całej koncepcji wirtualnej w komputerze. Praca w moim ulubionym programie LOGIC z jego bankiem brzmień cyfrowych daje komfort technologiczny – żadnych kabelków, przełączników itp. Zgrywanie, miksowanie praktycznie stało się bezstratne. Ostatnio absolutnie zafascynowany jestem programem EAST/WEST. Jakość akustycznych brzmień orkiestry symfonicznej i chóru (także efekty wokalne) jest prawie nie odróżnienia. Jestem w tej chwili na etapie realizowania się w świecie brzmień akustycznych. W sumie grupa POPOL VUH poza pierwszą płytą w ogóle nie używała syntezatorów, a mimo to zespół ten jest wynoszony słusznie na piedestał przez miłośników muzyki elektronicznej. Tak więc to chyba naturalna kolei rzeczy, że po 20 latach kręcenia gałami mam ochotę na coś kompletnie innego.
 D.K. Kolejny cytat: „Muzyka grupy Nemesis i jej członka Konrada Kucza została wykorzystana w przedstawieniu teatralnym Teatru Academia”.  Skomponowałeś również muzykę do reklam, czołówek ale też filmów dokumentalnych: „Bezprizorni”, „Aripol”. To przypadek że Twoja muzyka „pasuje” do tematyki społecznej, czy po prostu dobrze rozumiesz  zagadnienie?
K.K: To przypadek. To prace zlecone, co nie znaczy że traktuje je inaczej. Te formy są bardzo trudne, ponieważ wolność artysty jest nieco zawężona o sugestie zamawiającego któremu trzeba bezwzględnie się podporządkować.
 
D.K : Na Twojej stronie internetowej można obejrzeć ponad dwadzieścia prac graficznych. Nie zdziwiła mnie ich tematyka tylko dosyć mroczny ton. Czy to wyraz artystycznych niepokojów? Co chcesz przez przez nie powiedzieć?
K.K: Moja konserwatywna natura odbiera współczesny świat jako pełen realnych zagrożeń, a sztuka zawsze ilustrowała stan duchowy artysty.
D.K: Właściwie to jesteś już weteranem polskiej muzyki elektronicznej, czy zgodzisz się ze mną że widać pewne ożywienie w małym do tej pory środowisku?
K.K: No właśnie. Zacząłem to dostrzegać że już się robię stary ramol. Może dlatego tak rozglądam się stylistycznie żeby nie zostać zaszufladkowany jako klasyk, co czasem ma złe konotacje. A ożywienie środowiskowe to optymistyczny sygnał. Młodzi robią niesamowite rzeczy, może nie zawsze oryginalne, ale produkcyjnie rewelacyjne.
D.K. Nad czym teraz pracujesz, jakie masz plany na najbliższe miesiące?

K.K.: Te wspomniane kolaboracje dają takiego twórczego kopa. Płyta KUCZ/KULKA zaowocowała masą nowych i ciekawych kontaktów z muzykami. W marcu Requiem Records wydaje mi taki dziwny eksperyment na zwielokrotnioną perkusję i wiolonczelistę. To będzie połączenie muzyki współczesnej z hałaśliwym rockiem progresywnym i industrialem. Jeszcze w grudniu powinna pojawić się nowa płyta NEMEZIS. To z kolei podobny pomysł ale zrealizowany dosłownie. Dokonaliśmy swego rodzaju adaptacji fragmentów muzyki Pawła Mykietyna (gwiazda muzyki współczesnej) z brzmieniami industrialnej elektroniki. Projekt już wzbudza ogromne zainteresowanie. 2 grudnia gramy ten materiał w Gdańsku na festiwalu C3 w kościele św. Jana, a w marcu w Poznaniu. Pod koniec przyszłego roku prawdopodobnie pojedziemy do Nowego Yorku na Dni Kultury Polskiej. 4 grudnia zapraszam do Wrocławia na FESTIWAL AMBIENTALNY. Zagram 40 minutową suitę z zastosowaniem wspomnianego programu orkiestry symfonicznej i wiolonczelistę Mateusza Kwiatkowskiego. Zadowoleni powinni być miłośnicy muzyki współczesnej, Messiaena i Arvo Parta. Na przyszły rok EMI POLSKA wydaje projekt KUCZ/KLAKE. Występuję tu głównie jako producent piosenek Bartka Ujazdowskiego „Klake’a” a także jako współkompozytor. Polecam tą pozycję miłośnikom chilloutu i ambientu, relaksujących spokojnych piosenek na elektronikę i wirtualny kwartet smyczkowy. W niedalekiej przyszłości mam nadzieje ukończyć dawno już rozpoczęty projekt z KAROLINĄ KOZAK.  Tak więc dzieje się niezmiernie dużo.

D: K.  Dziękuję za odpowiedzi.
Damian Koczkodon

Steve Jolliffe : „Naprawdę wierzę, że każdy powinien opowiedzieć swoją historię”

jolliffePolecam wywiad Damiana Koczkodona ze Stevem Jollife – znanym instrumentalistą występującym z zespołem Tangerine Dream oraz Klausem Schulze.

Steve Jolliffe – muzyk Steamhammer, Tangerine Dream i przyjaciel Klausa Schulze. Autor około 30 solowych płyt z piękną muzyką elektroniczną. Spełnił moje marzenie udzielając mi obszernego wywiadu.
D.K : Czytałem Twoją biografię. Opisałeś kilka smutnych wydarzeń, więc powiedz  jakie chwile w życiu pamiętasz jako wyjątkowo dobre i dni które były szczęśliwe?
S.J.: Życie jest pełne smutku, szczęścia, dobra i zła. Przeczytaj moją Autobiografię aby uzyskać pełen obraz tego o czym mówię. Biografia zamieszczona na stronie internetowej to tylko mały skrót, napisany z przymrużeniem oka. Lata sześćdziesiąte w szkole artystycznej były magiczne, podobnie jak lata siedemdziesiąte w Grecji. Także czas spędzony w kościele w Somerset. Kluczem do wszystkiego jest w moim przekonaniu zdanie się na intuicję i słuchanie głosu serca, inaczej życie staje się pasmem szukania kolejnych siatek bezpieczeństwa. Mój ojciec zawsze mi mówił, że twoje życie to jedyne w swoim rodzaju wakacje i staram się zachować i realizować ten pogląd. Jestem teraz szczęśliwy realizując swoje chałupnictwo. To wielka zabawa decydować co i  kiedy stworzyć, cieszyć się procesem tworzenia i wyjść z tym do moich słuchaczy. Kocham też podtrzymywać kontakt i reakcje z każdym kto do mnie pisze.
D.K. :  W naszym kraju słuchacze poznali Cię  po radiowych prezentacjach płyty „Journeys out of the body”.  Bardzo lubię tę muzykę. Czy z perspektywy lat uważasz tę płytę za ważną w swojej dyskografii?
S.J.: Napisałem to w Somerset gdy mieszkałem w kościele Bruton Church. To był dla mnie bardzo magiczny okres. Ten album zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w moim sercu. Został stworzony tylko z użyciem czterościeżkowca, syntezatora Pro One i pianina. Nie spodziewałem się, ze ktoś ktokolwiek to wyda. Mój przyjaciel wysłał kopię do wydawnictwa Nada Pulse a Dave odpisał mi, że już kaseta leżała spakowana aby ją do mnie odesłać, ale coś go podkusiło, żeby ją rozpakować i przesłuchać ponownie. Kolejne przesłuchania kompletnie zmieniły jego zdanie i wtedy podjął decyzję aby zapytać mnie o pozwolenie na wydanie tego materiału. Wciąż dostaję listy od ludzi, którzy mają z tego radość, chociaż minęło już ponad 30 lat. Album był inspirowany moimi duchowymi przeżyciami i przygodami, jakie miały miejsce w tym czasie. To portret mnie z tamtego okresu, podobnie jak przy pozostałych albumach. Co roku pojawiała się kolejna płyta, co oznacza, że to ponad 30 albumów, które tworzą swego rodzaju muzyczny pamiętnik. Frustrujące jest dla mnie tylko to, że przez te wszystkie lata nie miałem żadnego wsparcia ze strony wydawnictw. Jednak patrząc wstecz, pozwoliło mi to zachować szczerość przekazu i możliwość pisania bez żadnych ograniczeń. Pozwoliło to na wyrażanie myśli z mojej podróży przez życie.
D.K. : Flight and returning to the body – ostatni utwór z tej płyty ma ekspresyjne zakończenie  (gong i efekty z Emulatora 1). Jak rozumiem  obrazuje powrót jaźni do ciała… Miałeś jeszcze później takie dziwne przeżycia?
S.J,: Miałem te wszystkie doświadczenia i one wciąż niespodziewanie płoną w mojej świadomości. Mam nadzieję, że będzie się to dziać dalej, nawet gdy mojemu fizycznemu ciału ostatecznie zabraknie pary. Było to bardzo ekscytujące gdy po raz pierwszy sobie na to pozwoliłem. Możliwość, że możemy przetrwać poza fizycznością dało mi szansę na ocenę faktów, porównanie jednego świata do drugiego. Wspomnienia z tamtych chwil są oczywiście ujęte w Autobiografii i rzecz jasna zawarte są też na płycie.
D.K. Nieco później  w 1984 nagrałeś świetną muzykę na „Beyond The Dream”. Całkiem inne nastroje i zmiana stylu. Zgrabnie zaśpiewane piosenki. Co było tego inspiracją?
S.J.: Zaczęło się od utworu instrumentalnego i jest słyszalne w tej postaci w Temmenu. Małe wydawnictwo zasugerowało aby dodać tam nieco wokalu, dlatego też napisałem słowa i dodałem ścieżkę wokalną do tego utworu. Podobnie stało się na płycie „Cyclone” Tangerine Dream. Album początkowo nie miał linii wokalnych ale stało się tak, że w końcu jeden z poetyckich pomysłów i eksperymentów został wcielony w życie. Piszę słowa utworów w ten sam sposób jak muzykę, prawie automatycznie. Od tego czasu wydałem też książkę, która jest oparta na moich tekstach i obrazach.
D.K. W 1986 nagrałeś z Klausem Schulze płytę Miditation. Jak doszło do tego spotkania?
S.J.: Pierwszy raz spotkałem Klausa w latach sześćdziesiątych, gdy Edgar i ja szukaliśmy perkusisty aby skompletować nasze trio. Na początku nie byłem pewien co do jego stylu, był bardzo siarczysty i kipiał energią. Zagraliśmy koncert ze Swedish Fella, który zwykł rzucać blachami po pokoju, a ja wyobrażałem sobie, że w końcu komuś utnie tym głowę. Pomyślałem, że powinniśmy skorzystać z szansy i wprowadzić zmiany. Klaus to świetny facet. Po latach od odejścia z TD napisałem do niego wspominając dawne czasy, a w szczególności stary niemiecki płaszcz żołnierski, który dał mi abym się ogrzał podczas lodowatych berlińskich zim. Klaus zaprosił mnie do współpracy przy jednej z płyt. Pracowaliśmy godzinami jammując pomiędzy sekwencjami, które Klaus programował na jego Moogu Modularze. Powstał z tego świetny materiał i jestem dumny, że część z niego zachowała się do naszych czasów.
D.K. : Płyty Space, Temmenu, Deep Down Far,  i dużo innych… Nagrałeś tyle pięknej muzyki, czy ludzie czasami piszą Ci, że doceniają Twoją  twórczość?
S.J.: Otrzymałem wiele cudownych listów od ludzi i cenię je sobie. To zaszczyt wiedzieć, że ludzie czerpią przyjemność z moich skromnych poczynań.
D.K. W 2004 wziąłeś udział w edycji Ricochet Gathering w Jeleniej Górze. Jak Ci się grało w Polsce? Czy może coś Cię zaskoczyło w naszym kraju?
S.J.: Spędziłem w Polsce wspaniałe chwile i poznałem cudownych ludzi. Polacy, których spotkałem byli prawdziwie głęboko zamyśleni. Zadawali prowokujące i szczere pytania. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym kraju. Koncert został zorganizowany przez Vica Reka, hojnego człowieka, który od tamtego czasu stał się moim bliskim przyjacielem. Jechałem z Londynu autokarem aby uniknąć lotu samolotem. Po czterech godzinach oczekiwania w Victorii i bardzo niewygodnych 16 godzinach w zapełnionym autokarze, dojechaliśmy do granicy, gdzie Vic na mnie już czekał. Byłem potwornie zmęczony, rozbity po bezsennej nocy, kompletnie wyczerpany podróżą. Przysięgam, nigdy tego więcej nie powtórzę. Koncert był zaplanowany w okolicach weekendu, pod szyldem Richochet Gathering. Wysłuchałem tam wiele świetnej muzyki. Przed każdym indywidualnym koncertem Vic zawsze kładzie nacisk na wspólny jam wszystkich muzyków. Muszę przyznać, że nie podobał mi się ten pomysł. To dla mnie jak muzyczny koszmar z dziesiątkami syntezatorów, z których każdy walczy aby być słyszalnym. Zgodziłem się jednak aby wziąć w tym udział w imię tego, co Vic dla mnie zrobił. Moje obawy były całkowicie bezpodstawne. To było niesamowite doświadczenie i mój pierwszy wstęp do syntetycznej orkiestry. Jestem przekonany, że ten pomysł ma przed sobą przyszłość. Pod koniec weekendu, świetny support do głównego koncertu (nazwaliśmy go Boombox) został wyznaczony aby odwieźć mnie na granicę abym złapał autokar powrotny. Po czułych pożegnaniach wyjechaliśmy, ale po około 2 godzinach Boombox patrząc na znaki drogowe zdawał się być coraz bardziej zdezorientowany.  Zacząłem się martwić o moje połączenie. Uparłem się aby się zatrzymać i zapytać miejscowych o wskazówkę. Pamiętam tych ludzi podnoszących ręce i wskazujących na nas. Wiedziałem, że jesteśmy w tarapatach. Zjechaliśmy w dół drogi w przeciwnym kierunku, Boombox stawał się coraz bardziej wzburzony, naciskany przez mój niepokój. Wkrótce po przejęciu kierownicy zdałem sobie sprawę, że nie damy rady być na czas, ruszyliśmy więc z powrotem do punktu startu w sam raz, aby złapać wspólny autokar ze wszystkimi przyjaciółmi, z którymi pożegnałem się wcześniej. Potem była podróż z zaciśniętymi zębami aby zdążyć złapać autokar. Spóźniliśmy się na moje połączenie około 20 minut, postanowiłem więc wrócić tam, gdzie Vic organizował lot z powrotem do Londynu. Pojechałem z Vic’em przez Czechy aby złapać lot z Pragi. To była wspaniała podróż, ale byłem gotowy uderzyć w kimę gdy już będziemy w Pradze. Vic nie zgodził się na to i podkreślił, że przekimamy na mieście. Dzięki jego pozytywnemu myśleniu to była wspaniała noc. Byłem wdzięczy Boomboxowi, że się zgubiliśmy. W nocy wsiadłem do samolotu, stłumiłem swoje lęki i miałem piękny, bezstresowy powrót do Londynu.
D.K. Na Twojej stronie internetowej można kupić cztery książki plus CDR, DVDR,  pamiętniki, wiersze, Twoje obrazy, animacje i zapisy nutowe. Próbowałeś pisać książki beletrystyczne?
S.J.: Nie, zawsze skłaniałem się ku biografii, a w szczególności Autobiografii. Wierzę, że każdy powinien opowiedzieć swoją historię. Nie chodzi o to co robisz albo kim się stajesz, ale jak radzisz sobie z kartami, które są rozdane przed tobą. Obawiam się, że jestem słabym pisarzem, ale cieszą mnie moje starania nawet gdy zacząłem pisać bez wiary w swoje możliwości. Początkowo martwiłem się, że nie będę miał nic do powiedzenia ale w trakcie pisania coraz więcej wspomnień napływało mi do głowy. Czuję, że musiałbym się wstydzić gdybym pozostawił moją historię nieopowiedzianą.
 
D.K. Jakie dzieła z muzyki klasycznej uważasz za wybitne? Czy Bach dalej jest Twoim liderem?
S.J.: Bach jest jak wszystkie emocje jakie doświadczyłem, spakowane w pudełko i czekające na eksplorację kiedykolwiek nadarzy się okazja i potrzeba. Jest dla mnie niedoścignionym w muzycznej ekspresji. Ustanawia emocje w zupełnie nieosiągalny sposób, nic nie jest tam przemilczane, nic niedopowiedziane, nie ma żadnej brakującej lub nadmiarowej nuty. On jest największym powodem dla którego mógłbym uwierzyć w istnienie Boga – jak inaczej człowiek mógłby kreować taki geniusz? Bach wydaje się komunikować z siłami wyższymi. Jego czystość i skala ekspresji wydaje się być ponad możliwości ludzkiego umysłu.
D.K. W 2010 wydałeś kilka płyt: Heart And Soul, Amuletum, a w 2011 Purple Dream.  Napisałeś że to minimalistyczna muzyka gdzie głosu udzielił Twój ojciec. Możesz powiedzieć o niej kilka słów więcej niż na stronie WWW?
S.J.: Jak już wspomniałem wcześniej, wszystkie albumy są wyrazem pewnego czasu w moim życiu. Napisałem Heart&Soul krótko po utracie matki. Opiekowałem się nią podczas walki z rakiem. Oglądanie ukochanej matki, której stan się stopniowo i nieubłaganie pogarsza jest katastrofalne. Pozostawiło to wyrwę w mojej duszy. Zacząłem wtedy głęboko myśleć o jej życiu, życiu jej matki i życiu matki jej matki. Moja matka zostawiła trochę pieniędzy dla jej czterech synów aby mogli iść na obiad. Stało się to okazją, aby brat John zaskoczył nas nagraniem, które zrobił z naszym ojcem prawie pięćdziesiąt lat wcześniej. To zainspirowało mnie, aby dodać jego głos do ostatniego utworu na Purple Dream, kończąc go z odrobiną mojej mamy z poprzedniego albumu. Purple Dream również wychodzi także z płytą DVD, która jest tak naprawdę kolażem mojego codziennego życia i fragmentów animacji. Zwróć uwagę na mój wygląd w 1967 roku, tuż przed moim pierwszym spotkaniem z TD.
D.K.  Czy jako artysta czujesz się spełniony, zadowolony ze swojego dorobku? Grasz ambitną muzykę,  odkrywasz nowe rejony.. jesteś szczęśliwy?
S.J.: Jestem szczęśliwy pozostawiając ślad po mnie tak szczery, jak tylko jestem w stanie. Jeżeli komuś przyniesie to choć odrobinę przyjemności – warto było to robić.
Damian Koczkodon

 

Maciej Braciszewski : „Mogę przybliżyć historię w inny sposób”

P1060863

Maciej Braciszewski – kompozytor z Gniezna grający energetyczną muzykę elektroniczną, często inspirowaną polską kulturą ubiegłych wieków.

D.K.: Od jakich nagrań zacząłeś słuchać muzyki elektronicznej?

M.B.: Marek Biliński i Robert Kaanan – wychowałem się na ich nagraniach. Wśród nich pojawiały się też utwory Irka Dregera i Sławka Łosowskiego, potem szukałem innych… był też duet z Poznania – UPSTREAM Roberta Łuczaka i Krystiana Kołakowskiego. Z nagraniami Irka Dregera kiedyś, w szkole muzycznej, nauczyciele mnie gonili (smile) – na przerwach, w jednej z sal puszczałem te nagrania na cały regulator!

D.K.: Kiedy dałeś pierwszy koncert?

M.B.: Po raz pierwszy zagrałem w Gnieźnie przed kilkutysięczną publicznością, na scenie stanąłem z… Robertem Kanaanem! Dla mnie było to coś bardzo ekscytującego, że na scenie stoję ramię w ramię z muzykiem, o którym w świece elektroniki jest już głośno. Parę lat później w Olsztynie, stanąłem na scenie z Markiem Bilińskim! Dla muzyka, który wychował się na nagraniach Marka Bilińskiego i potem stanął z nim na jednej scenie – to niezwykłe przeżycie, dla mnie to był szok! Słyszysz o kimś tyle lat, słuchasz jego nagrań i w pewnym momencie stoisz kolo niego. Pewnie każdy odbiera to inaczej, ale dla mnie to było coś niesamowitego… Teraz grałem z Robertem w Mogilnie po tylu latach i czułem się świetnie. Zresztą Robert to dusza człowiek, więc poczułem się jak równy z równym. Może to zabrzmi jak przechwałki, ale strasznie się cieszę że mogę stać na jednej scenie z takimi osobowościami – oczywiście nie ujmuje tu żadnemu muzykowi z którym grałem. Opisuję swoje osobiste przeżycia – szanuję wszystkich którzy robią muzykę, malują, itd. Wkładają w to co robią cząstkę siebie i przekazują to następnym pokoleniom.

D.K.: Wiem że pomagasz Kubie Fijakowi w powstawaniu jego nagrań, jesteś dla niego przyjacielem, trochę jakby mentorem?

M.B.: Jakuba Fijaka poznałem mieszkając w Irlandii. Zapoznałem się z jego nagraniami i postanowiłem mu pomoc. Już wtedy wiedziałem że Jakub ma duży potencjał muzyczny i bardzo fajne pomysły. Jestem dla niego bardziej przyjacielem i ‘’muzycznym aniołem stróżem’’ niż mentorem. I tak jest po dziś dzień. Przez moje studio przeszła większość nagrań Kuby. Nabrały koloru i brzmienia.

D.K.: Bardzo mi się podoba fakt że wspierasz innych, młodszych kolegów, to rzecz coraz rzadziej spotykana w obecnym egoistycznym świecie.

M.B.: Prawda jest taka, że wielu młodych muzyków jest zapatrzonych w siebie, albo uważają się za nie wiadomo kogo… Nie docierają do nich rady doświadczonych muzyków. Problem polega na tym, że oni jakoś nie przyjmują wiedzy, może nie chcą? Jest naprawdę wielu fajnych chłopaków którzy w domowym zaciszu robią ciekawą muzykę, ale jakoś albo nie mają odwagi, albo po prostu nie chcą zdobywać wiedzy, więc jestem otwarty na młodych aby im pomagać. Może mówię to dlatego, że mam wykształcenie muzyczne, że jestem realizatorem dźwięku, akustykiem? No, nie da się ukryć, ale młodzi są często odporni na wiedzę. Dla nich spełnienie marzeń to emisja nagrań w internetowym radio, albo kilka wywiadów. No ok… ale co dalej? To są właśnie moim zdaniem, ludzie jednego sezonu. Jedna płyta, emisja w radio, dwa wywiady i ich nie ma. Dlatego trzeba pomagać młodym z potencjałem, my – starsi muzycy, kiedyś odejdziemy, zostaną po nas płyty, nagrania, ale może i coś więcej. Właśnie taką małą pomoc młodym mogę zaoferować – przekazać im choć trochę wiedzy i doświadczeń.

D.K.: Wspomniałeś że masz muzyczne wykształcenie…

Skończyłem szkołę muzyczną w klasie fortepianu, później studiowałem organistykę. Zawsze ciągnęło mnie do syntezatorów, ich możliwości i brzmień. Nigdy nie przypuszczałem ze będę mógł komponować i dawać radość innym. Nagrania czasami powstają spontanicznie czasami to wynik kilku tygodni pracy.

D.K.: Ile w sumie nagrałeś projektów?

M.B.: Od roku 2007 powstało kilka projektów. Pierwszym z nich był „Moonlight”. Kolejnym, „A.D.966”, „A.D.1000” i „Beatyficare”. Powstały również małe produkcje: „Mistic World” i „The Gods”. Płyta „Moonlight” to kompilacja kilku nagrań jakie powstały między 2007 a 2009 rokiem. „A.D.966”  i „A.D.1000” to płyty z muzyczną wędrówką w początki państwa polskiego. „Beatyficare” powstała z okazji beatyfikacji Jana Pawła II. „Mistic World” to singiel dla jednej ze stron internetowych. Ostatnia powstała wspólnie z Jakubem Fijakiem. Opowiada o skandynawskich bóstwach.

D.K.: „A.D. 966” i „A.D.1000”, opowiadają o historii Polski…

M.B.: Podczas pobytu w Irlandii, kiedy pojawiły się u mnie nowe instrumenty i oprogramowanie, myślałem co by tu zrobić, żeby poprzez muzykę przybliżyć początki państwa polskiego. Ponieważ urodziłem się w Gnieźnie, mieście z bogatymi tradycjami historycznymi, przyszła mi do głowy myśl o zrobieniu płyty, która w sposób muzyczny przedstawi początki państwa i tak powstawały nagrania na płytę ”A.D. 966”. Płyta spodobała się słuchaczom i to bardzo. Dostali coś niecodziennego, historię Polski bardziej ”kolorową”, bardziej przyjazną. Po wydaniu tej płyty nie myślałem o kontynuacji, jednak zostałem silnie zmobilizowany i zacząłem pracę nad drugą częścią ”A.D.1000”. Obie produkcje powstawały średnio 2 lata. Pierwsza opowiadała o samych początkach, miejscach i postaciach związanych z data 966 roku oraz tamtych wydarzeniach, druga przeniosła nas w czasy zjazdu gnieźnieńskiego. W trakcie prac nad ”A.D.1000” postanowiłem ze będzie to tryptyk i zakończy się płytą ”A.D.1025″. W ten sposób wiele osób będzie miało okazję poznać postaci, miejsca i wydarzenia w sposób bardziej obrazowy. Nie jest to ”szkolne” uczenie historii, ale tryptyk. Da możliwość wyobrażenia sobie podczas odsłuchu pewnych miejsc, postaci czy wydarzeń… za każdym razem może to wyglądać inaczej w zależności od fantazji słuchającego.

D.K.: Czy te nagrania są dostępne na Jamendo?

M.B.: Nie… żadna produkcja nie jest dostępna na Jamendo, tylko w M-Rec jest demo „Moonlight”, „A.D.966” i „A.D.1000”. Nagrania z demo „A.D.1000’” zostały przearanżowane i różnią się od nagrań z CD.

D.K.: Czy w „Beatyficare” zmieniasz trochę styl na bardziej … sakralny?

M.B.: Podaj maila, zaraz Tobie ją podeślę.

D.K:. Jak to dobrze znać muzyków – pomyślałem sobie. Po paru minutach słuchałem już najnowszej płyty Macieja….

Widzę ze miasto Gniezno Cię docenia: http://moje-gniezno.pl/artykuly/czytaj/1332/maciej-braciszewski-tworca-muzyki-elektronicznej-i-autor-hejnalu.html

M B.: Tak. Cieszą się że promuję te tereny i początki państwa polskiego, wszak Gniezno to pierwsza stolica, miasto, powiat. Dla mnie fajne jest to, że mogę przybliżyć historię w inny, muzyczny sposób…

D.K.: To dobrze mieć poparcie regionu, nawet jeśli byłoby tylko mentalne… Ty pomagasz Jakubowi Fijakowi, a kto Ciebie wspiera?

M.B.: Roland Corporation oddział w Polsce. Od 1996 roku do dnia dzisiejszego gram na sprzęcie Rolanda, na beatyfikację zostały udostępnione mi Roland AX –Synth Black oraz Gaia SH-01, teraz na koncert „A.D.1000” silnikiem będzie – Roland Octacapture. W studio pracuje na V-Synth 2 ver.2.0 z kartami VC-1 i VC-2 oraz na Rolandzie V-Synth GT 2.0. Oprogramowanie to Cakewalk Sonar X1 Producer Expanded. Oprócz Rolanda pomagają mi zaprzyjaźnieni muzycy, sklepy muzyczne i firmy z nagłośnieniem i oświetleniem.

D.K.: Masz jeszcze czas coś czytać?

M.B.: Tak, ale w jakim sensie: książki? komiksy? Zazwyczaj to czytam instrukcje obsługi sprzętu lub publikacje o nowych instrumentach, o sofcie… Staram się być na z tym na bieżąco. Tym bardziej, że jestem akustykiem i realizatorem dźwięku w centrum kultury w Gnieźnie.

D.K.: W jaki sposób powstają Twoje kompozycje? Budujesz najpierw jakiś szkielet?

M.B.: Najpierw jest tak, że nucę sobie melodię, potem siadam i na brzmieniu fortepianu nagrywam to, co sobie nuciłem. Jak już mniej więcej mam w głowie cały aranż, powstają kolejne ścieżki i rozbudowuje to, co ”chodzi mi po głowie”. To proces długotrwały. Zanim powstanie produkt finalny, potem mix – mastering, nagrania są rożne – na płyty koncepcyjne inne, jeśli to jest do radia – jeszcze inne, jingle – jeszcze inne – muza powstaje do konkretnych celów.

D.K.: Fajnie… nie kusi Cię tworzenie własnych sampli, nie biegasz po mieście i polach z mikrofonem?

M.B.: Tak, tworze sample, ale na zupełnie innych zasadach, nie biegam z mikrofonem, ale sampluje i miksuje brzmienia z rożnych instrumentów, VTS czy też z klawiszy, potem wpisuje do Rolanda V-Synth GT, i gram nimi.

D.K.: VST, co to takiego?

M B.: VST to wirtualne instrumenty które są tylko w komputerze. Takie wtyczki, pluginy… Wybieram jakąś barwę z niego i ją sobie moduluję, zmieniam potem, z drugiego VST biorę kolejne brzmienie i sobie miksuje i tak powstają nowe brzmienia…

D.K. Myślisz o jakimś materiale specjalnie pod koncerty?

M.B. Staram się na koncerty nagrywać nowy materiał lub taki, którego słuchacze nie mieli okazji posłuchać np. w Olsztynie grałem materiał z „A.D.966” krótko po premierze, oraz w podziemiach katedry w Gnieźnie – „A.D.966” i kilka nagrań z „Moonlight”. Teraz „A.D.1000”, w katedrze „Beatyficare” też było na specjalną okazję.

D.K. M-Rec to label?

M.B.: Tak, M-Rec to netlabel z płytami lub demówkami rożnych wykonawców, nie tylko z polski http://m-rec.eu/.

D.K.: Widzę na tej stronie sporo znajomych nazwisk… To miłe że są takie przyjazne miejsca dla muzyki elektronicznej. Mówiłeś na początku o swoich „samodzielnych” nagraniach. Czyli zagrałeś już w ducie lub zespole, a może lepiej się czujesz będąc samemu sobie sterem i okrętem?

M.B.: Tak powstały takie produkcje – „Mistic World” oraz „The Gods”. Nagrałem je wspólnie z Jakubem Fijakiem. Na razie komponuję jednak głownie „samodzielne” nagrania. Nie wykluczone, że w przyszłości powstaną wspólne płyty z innymi wykonawcami.

D.K.: Co sądzisz o obecnej scenie polskiej elektroniki, jest coraz więcej młodych twórców, jak myślisz, stworzą za jakiś czas nowy standard? Są następcy Skrzeka, Bilińskiego czy Komendarka (choć oni nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa)?

M.B.: Muzyka elektroniczna moim zdaniem, ma duże szanse na rozwój. Wszak elektronika ma w sobie rożne podgatunki. Owszem, jest dużo obiecujących młodych muzyków. Nie wykluczone, że to Oni wyznaczą w przyszłości nowe tory muzyki elektronicznej. W dużej mierze zależy to od ich pomysłowości i fantazji. Czy są następcy takich ludzi jak Skrzek, Biliński czy Komendarek… moim zdaniem – czas pokaże.

D.K.: Dziękuję Ci za rozmowę i do zobaczenia na którymś z Twoich koncertów.

M.B.: Dziękuję również za możliwość udzielenia wywiadu.

Źródło : http://elmuzyka.blogspot.com

Zapraszam do posłuchania niektórych nagrań Maćka Braciszewskiego :

Marcin Melka

Dariusz Wilk : „Nowa technologia pomaga i ogranicza w tworzeniu muzyki”

dawiPolecam wywiad Mariusza Wójcika z Darkiem Wilkiem :

Mariusz Wójcik : Przyznam szczerze Darku, że zbytnio nie angażowałem się w wysłuchanie twojej el twórczości. Ale kiedy bardziej się zagłębiam się w Twoje mp3 na Jamendo, coraz bardziej mnie ujmuje twoja muzyka, raczej przewidywalna, ale… No właśnie, charakteryzująca się romantycznym podejściem do twoich el aranżacji. Utwór osobistyKołysanka Dla Julci  mnie ujął bardzo. Opowiedz o okolicznościach powstania tej uroczej kompozycji?
Dariusz Wilk : To fakt, utwór jest bardzo osobisty i zrobiony po kilku miesiącach po tym, jak córcia się urodziła. Chciałem wyrazić uczucie dla Niej, nie tylko duchowe, ale i  poprzez inspiracje muzyczne. Emocje, które się pojawiły, musiałem wyrazić dźwiękiem
M.W : Jak widzisz rozwój el muzyki dzięki nowej technologii? Czy w tych czasach kryzysu, ceny keyboardów nie są zbytnio wygórowane? Jest mnóstwo ciekawych młodych muzyków, którzy marzą o nagraniu swojego albumu. Jak myślisz, czy Internet, a konkretnie pliki mp3 wystawione na Jamendo, będą takim światełkiem w tunelu dla artystów chcących pojawić się na szerszym forum muzyków grających tak niszową muzykę jak muzyka elektroniczna?
D.W : Nowa technologia pomaga i ogranicza w tworzeniu muzyki, zwłaszcza w przypadku stosowania w instrumentach elektronicznych gotowych aranżacji i fraz muzycznych. Dla wielu utalentowanych ludzi zasób gotówki jest pewnym ograniczeniem do zakupu wymarzonego instrumentu, co powoduje szukanie rozwiązań w korzystaniu z tanich klawiatur sterujących i darmowych wtyczek VST na komputer. Jak wiadomo, pojęcie muzyki elektronicznej jest w dzisiejszych czasach szeroko rozumiane i znalezienie z gatunku muzyki elektronicznej tak zwanej klasycznej muzyki elektronicznej na portalach muzycznych o szerokiej tematyce muzycznej jest trochę uciążliwe, więc i samo pokazanie muzyki i dotarcie do właściwego odbiorcy jest utrudnione.  Słuchanie muzyki z takich portali polega na krótkim wysłuchaniu pierwszych kompozycji z listy i pomijaniu kolejnych nagrań.
M.W : Bardzo zaintrygowała mnie kompozycja  „Galaxy M82”, to taki spory kontrast w stosunku do bardziej strawnych Twoich kompozycji oscylujących wokół muzyki elektro popowej. Ujmuje mnie te niezwykłe video dodane do tej muzyki. Stać Ciebie na tworzenie bardziej wysublimowanej muzyki penetrującej eklektyczne obszary muzyki. Czy masz jakiś el muzyczny projekt w „głowie”  czy może koncept album, który będzie stanowił album w całości złożony z takich bardziej ambientowych kompozycji?
D.W : Już od jakiegoś czasu miałem zamiar zrobić album typowo tematyczny. U mnie problemem jest to, że grany utwór w danej chwili nie pasuje tematem do całości powstałych kompozycji. Mam nadzieję, że jakoś wybrnę z tematem.
M.W :  Utwór „Gravity” jest bardzo kołyszący, i odnoszę wrażenie, że te dźwięki juz kiedyś słyszałem. Myślę, że nie są Ci obce ciekawe czasy muzyki New Romantic, czuje takie podobne klimaty oraz wibrujące motywy ocierające się o muzykę klubową, rave, elektro pop techno. Taki fajny koktajl nowoczesnej muzyki el.  Jak będzie wyglądała Twoja następna płyta, czy podążysz dalej w tym kierunku?
 D.W : Nagrania, które powstają, są czasami odległe od zamierzonego celu, więc można się spodziewać jakiejś mieszanki utworów. Obecnie na YouTube jest nagranie z obecnie powstającej płyty „Digital transmission”, myślę, że pod ten kawałek płyta mniej więcej będzie oscylować.
M.W : Jak widzisz kwestie promocji Twojej muzyki i w ogóle el muzyki w naszym kraju? Media takiej niszowej muzyki nie chcą promować. Wiem, że El Stacja jest przychylna twojej twórczości… Jak sądzisz, czy tego typu muzyka to już podziemie czy jest szansa na promocje o bardziej globalnym zasięgu?
D.W : Samo mówienie, że ten gatunek muzyczny jest niszowy, prowadzi do pogłębiania przekonania przez większość, że tak jest! Więc róbmy wszystko, żeby to się zmieniło na lepsze, a nie uświadamiam , że jest gorzej. Przez takie przekonania właśnie taka muzyka traci na wartości w mediach. Obecnie machina medialna jest ustawiona na zyski i tak zwane branie, czyli to, co jest popularne i wypromowane, dobrze się sprzedaje.
M.W : Dziękuje serdecznie Darku za uświadomienie mi pewnych kwestii odnośnie Twojej twórczości jak i meandrów naszej rodzimej el muzyki. Co chciałbyś przekazać  Twoim słuchaczom?
D.W : Pragnę gorąco podziękować wszystkim odbiorcom mojej muzyki i Tobie Mariuszu za zainteresowanie i wywiad. Muzyka daje wiele radości w codziennym życiu, więc życzę Wam wielu wspaniałych muzycznych emocji. Pozdrawiam serdecznie.Zapraszam na stronę Dariusza Wilka tu :  http://dawi.el-stacja.pl/

Mariusz Wójcik