Steve Jolliffe : „Naprawdę wierzę, że każdy powinien opowiedzieć swoją historię”

jolliffePolecam wywiad Damiana Koczkodona ze Stevem Jollife – znanym instrumentalistą występującym z zespołem Tangerine Dream oraz Klausem Schulze.

Steve Jolliffe – muzyk Steamhammer, Tangerine Dream i przyjaciel Klausa Schulze. Autor około 30 solowych płyt z piękną muzyką elektroniczną. Spełnił moje marzenie udzielając mi obszernego wywiadu.
D.K : Czytałem Twoją biografię. Opisałeś kilka smutnych wydarzeń, więc powiedz  jakie chwile w życiu pamiętasz jako wyjątkowo dobre i dni które były szczęśliwe?
S.J.: Życie jest pełne smutku, szczęścia, dobra i zła. Przeczytaj moją Autobiografię aby uzyskać pełen obraz tego o czym mówię. Biografia zamieszczona na stronie internetowej to tylko mały skrót, napisany z przymrużeniem oka. Lata sześćdziesiąte w szkole artystycznej były magiczne, podobnie jak lata siedemdziesiąte w Grecji. Także czas spędzony w kościele w Somerset. Kluczem do wszystkiego jest w moim przekonaniu zdanie się na intuicję i słuchanie głosu serca, inaczej życie staje się pasmem szukania kolejnych siatek bezpieczeństwa. Mój ojciec zawsze mi mówił, że twoje życie to jedyne w swoim rodzaju wakacje i staram się zachować i realizować ten pogląd. Jestem teraz szczęśliwy realizując swoje chałupnictwo. To wielka zabawa decydować co i  kiedy stworzyć, cieszyć się procesem tworzenia i wyjść z tym do moich słuchaczy. Kocham też podtrzymywać kontakt i reakcje z każdym kto do mnie pisze.
D.K. :  W naszym kraju słuchacze poznali Cię  po radiowych prezentacjach płyty „Journeys out of the body”.  Bardzo lubię tę muzykę. Czy z perspektywy lat uważasz tę płytę za ważną w swojej dyskografii?
S.J.: Napisałem to w Somerset gdy mieszkałem w kościele Bruton Church. To był dla mnie bardzo magiczny okres. Ten album zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w moim sercu. Został stworzony tylko z użyciem czterościeżkowca, syntezatora Pro One i pianina. Nie spodziewałem się, ze ktoś ktokolwiek to wyda. Mój przyjaciel wysłał kopię do wydawnictwa Nada Pulse a Dave odpisał mi, że już kaseta leżała spakowana aby ją do mnie odesłać, ale coś go podkusiło, żeby ją rozpakować i przesłuchać ponownie. Kolejne przesłuchania kompletnie zmieniły jego zdanie i wtedy podjął decyzję aby zapytać mnie o pozwolenie na wydanie tego materiału. Wciąż dostaję listy od ludzi, którzy mają z tego radość, chociaż minęło już ponad 30 lat. Album był inspirowany moimi duchowymi przeżyciami i przygodami, jakie miały miejsce w tym czasie. To portret mnie z tamtego okresu, podobnie jak przy pozostałych albumach. Co roku pojawiała się kolejna płyta, co oznacza, że to ponad 30 albumów, które tworzą swego rodzaju muzyczny pamiętnik. Frustrujące jest dla mnie tylko to, że przez te wszystkie lata nie miałem żadnego wsparcia ze strony wydawnictw. Jednak patrząc wstecz, pozwoliło mi to zachować szczerość przekazu i możliwość pisania bez żadnych ograniczeń. Pozwoliło to na wyrażanie myśli z mojej podróży przez życie.
D.K. : Flight and returning to the body – ostatni utwór z tej płyty ma ekspresyjne zakończenie  (gong i efekty z Emulatora 1). Jak rozumiem  obrazuje powrót jaźni do ciała… Miałeś jeszcze później takie dziwne przeżycia?
S.J,: Miałem te wszystkie doświadczenia i one wciąż niespodziewanie płoną w mojej świadomości. Mam nadzieję, że będzie się to dziać dalej, nawet gdy mojemu fizycznemu ciału ostatecznie zabraknie pary. Było to bardzo ekscytujące gdy po raz pierwszy sobie na to pozwoliłem. Możliwość, że możemy przetrwać poza fizycznością dało mi szansę na ocenę faktów, porównanie jednego świata do drugiego. Wspomnienia z tamtych chwil są oczywiście ujęte w Autobiografii i rzecz jasna zawarte są też na płycie.
D.K. Nieco później  w 1984 nagrałeś świetną muzykę na „Beyond The Dream”. Całkiem inne nastroje i zmiana stylu. Zgrabnie zaśpiewane piosenki. Co było tego inspiracją?
S.J.: Zaczęło się od utworu instrumentalnego i jest słyszalne w tej postaci w Temmenu. Małe wydawnictwo zasugerowało aby dodać tam nieco wokalu, dlatego też napisałem słowa i dodałem ścieżkę wokalną do tego utworu. Podobnie stało się na płycie „Cyclone” Tangerine Dream. Album początkowo nie miał linii wokalnych ale stało się tak, że w końcu jeden z poetyckich pomysłów i eksperymentów został wcielony w życie. Piszę słowa utworów w ten sam sposób jak muzykę, prawie automatycznie. Od tego czasu wydałem też książkę, która jest oparta na moich tekstach i obrazach.
D.K. W 1986 nagrałeś z Klausem Schulze płytę Miditation. Jak doszło do tego spotkania?
S.J.: Pierwszy raz spotkałem Klausa w latach sześćdziesiątych, gdy Edgar i ja szukaliśmy perkusisty aby skompletować nasze trio. Na początku nie byłem pewien co do jego stylu, był bardzo siarczysty i kipiał energią. Zagraliśmy koncert ze Swedish Fella, który zwykł rzucać blachami po pokoju, a ja wyobrażałem sobie, że w końcu komuś utnie tym głowę. Pomyślałem, że powinniśmy skorzystać z szansy i wprowadzić zmiany. Klaus to świetny facet. Po latach od odejścia z TD napisałem do niego wspominając dawne czasy, a w szczególności stary niemiecki płaszcz żołnierski, który dał mi abym się ogrzał podczas lodowatych berlińskich zim. Klaus zaprosił mnie do współpracy przy jednej z płyt. Pracowaliśmy godzinami jammując pomiędzy sekwencjami, które Klaus programował na jego Moogu Modularze. Powstał z tego świetny materiał i jestem dumny, że część z niego zachowała się do naszych czasów.
D.K. : Płyty Space, Temmenu, Deep Down Far,  i dużo innych… Nagrałeś tyle pięknej muzyki, czy ludzie czasami piszą Ci, że doceniają Twoją  twórczość?
S.J.: Otrzymałem wiele cudownych listów od ludzi i cenię je sobie. To zaszczyt wiedzieć, że ludzie czerpią przyjemność z moich skromnych poczynań.
D.K. W 2004 wziąłeś udział w edycji Ricochet Gathering w Jeleniej Górze. Jak Ci się grało w Polsce? Czy może coś Cię zaskoczyło w naszym kraju?
S.J.: Spędziłem w Polsce wspaniałe chwile i poznałem cudownych ludzi. Polacy, których spotkałem byli prawdziwie głęboko zamyśleni. Zadawali prowokujące i szczere pytania. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym kraju. Koncert został zorganizowany przez Vica Reka, hojnego człowieka, który od tamtego czasu stał się moim bliskim przyjacielem. Jechałem z Londynu autokarem aby uniknąć lotu samolotem. Po czterech godzinach oczekiwania w Victorii i bardzo niewygodnych 16 godzinach w zapełnionym autokarze, dojechaliśmy do granicy, gdzie Vic na mnie już czekał. Byłem potwornie zmęczony, rozbity po bezsennej nocy, kompletnie wyczerpany podróżą. Przysięgam, nigdy tego więcej nie powtórzę. Koncert był zaplanowany w okolicach weekendu, pod szyldem Richochet Gathering. Wysłuchałem tam wiele świetnej muzyki. Przed każdym indywidualnym koncertem Vic zawsze kładzie nacisk na wspólny jam wszystkich muzyków. Muszę przyznać, że nie podobał mi się ten pomysł. To dla mnie jak muzyczny koszmar z dziesiątkami syntezatorów, z których każdy walczy aby być słyszalnym. Zgodziłem się jednak aby wziąć w tym udział w imię tego, co Vic dla mnie zrobił. Moje obawy były całkowicie bezpodstawne. To było niesamowite doświadczenie i mój pierwszy wstęp do syntetycznej orkiestry. Jestem przekonany, że ten pomysł ma przed sobą przyszłość. Pod koniec weekendu, świetny support do głównego koncertu (nazwaliśmy go Boombox) został wyznaczony aby odwieźć mnie na granicę abym złapał autokar powrotny. Po czułych pożegnaniach wyjechaliśmy, ale po około 2 godzinach Boombox patrząc na znaki drogowe zdawał się być coraz bardziej zdezorientowany.  Zacząłem się martwić o moje połączenie. Uparłem się aby się zatrzymać i zapytać miejscowych o wskazówkę. Pamiętam tych ludzi podnoszących ręce i wskazujących na nas. Wiedziałem, że jesteśmy w tarapatach. Zjechaliśmy w dół drogi w przeciwnym kierunku, Boombox stawał się coraz bardziej wzburzony, naciskany przez mój niepokój. Wkrótce po przejęciu kierownicy zdałem sobie sprawę, że nie damy rady być na czas, ruszyliśmy więc z powrotem do punktu startu w sam raz, aby złapać wspólny autokar ze wszystkimi przyjaciółmi, z którymi pożegnałem się wcześniej. Potem była podróż z zaciśniętymi zębami aby zdążyć złapać autokar. Spóźniliśmy się na moje połączenie około 20 minut, postanowiłem więc wrócić tam, gdzie Vic organizował lot z powrotem do Londynu. Pojechałem z Vic’em przez Czechy aby złapać lot z Pragi. To była wspaniała podróż, ale byłem gotowy uderzyć w kimę gdy już będziemy w Pradze. Vic nie zgodził się na to i podkreślił, że przekimamy na mieście. Dzięki jego pozytywnemu myśleniu to była wspaniała noc. Byłem wdzięczy Boomboxowi, że się zgubiliśmy. W nocy wsiadłem do samolotu, stłumiłem swoje lęki i miałem piękny, bezstresowy powrót do Londynu.
D.K. Na Twojej stronie internetowej można kupić cztery książki plus CDR, DVDR,  pamiętniki, wiersze, Twoje obrazy, animacje i zapisy nutowe. Próbowałeś pisać książki beletrystyczne?
S.J.: Nie, zawsze skłaniałem się ku biografii, a w szczególności Autobiografii. Wierzę, że każdy powinien opowiedzieć swoją historię. Nie chodzi o to co robisz albo kim się stajesz, ale jak radzisz sobie z kartami, które są rozdane przed tobą. Obawiam się, że jestem słabym pisarzem, ale cieszą mnie moje starania nawet gdy zacząłem pisać bez wiary w swoje możliwości. Początkowo martwiłem się, że nie będę miał nic do powiedzenia ale w trakcie pisania coraz więcej wspomnień napływało mi do głowy. Czuję, że musiałbym się wstydzić gdybym pozostawił moją historię nieopowiedzianą.
 
D.K. Jakie dzieła z muzyki klasycznej uważasz za wybitne? Czy Bach dalej jest Twoim liderem?
S.J.: Bach jest jak wszystkie emocje jakie doświadczyłem, spakowane w pudełko i czekające na eksplorację kiedykolwiek nadarzy się okazja i potrzeba. Jest dla mnie niedoścignionym w muzycznej ekspresji. Ustanawia emocje w zupełnie nieosiągalny sposób, nic nie jest tam przemilczane, nic niedopowiedziane, nie ma żadnej brakującej lub nadmiarowej nuty. On jest największym powodem dla którego mógłbym uwierzyć w istnienie Boga – jak inaczej człowiek mógłby kreować taki geniusz? Bach wydaje się komunikować z siłami wyższymi. Jego czystość i skala ekspresji wydaje się być ponad możliwości ludzkiego umysłu.
D.K. W 2010 wydałeś kilka płyt: Heart And Soul, Amuletum, a w 2011 Purple Dream.  Napisałeś że to minimalistyczna muzyka gdzie głosu udzielił Twój ojciec. Możesz powiedzieć o niej kilka słów więcej niż na stronie WWW?
S.J.: Jak już wspomniałem wcześniej, wszystkie albumy są wyrazem pewnego czasu w moim życiu. Napisałem Heart&Soul krótko po utracie matki. Opiekowałem się nią podczas walki z rakiem. Oglądanie ukochanej matki, której stan się stopniowo i nieubłaganie pogarsza jest katastrofalne. Pozostawiło to wyrwę w mojej duszy. Zacząłem wtedy głęboko myśleć o jej życiu, życiu jej matki i życiu matki jej matki. Moja matka zostawiła trochę pieniędzy dla jej czterech synów aby mogli iść na obiad. Stało się to okazją, aby brat John zaskoczył nas nagraniem, które zrobił z naszym ojcem prawie pięćdziesiąt lat wcześniej. To zainspirowało mnie, aby dodać jego głos do ostatniego utworu na Purple Dream, kończąc go z odrobiną mojej mamy z poprzedniego albumu. Purple Dream również wychodzi także z płytą DVD, która jest tak naprawdę kolażem mojego codziennego życia i fragmentów animacji. Zwróć uwagę na mój wygląd w 1967 roku, tuż przed moim pierwszym spotkaniem z TD.
D.K.  Czy jako artysta czujesz się spełniony, zadowolony ze swojego dorobku? Grasz ambitną muzykę,  odkrywasz nowe rejony.. jesteś szczęśliwy?
S.J.: Jestem szczęśliwy pozostawiając ślad po mnie tak szczery, jak tylko jestem w stanie. Jeżeli komuś przyniesie to choć odrobinę przyjemności – warto było to robić.
Damian Koczkodon

 

Dodaj komentarz