ElectroDay2 [20 czerwiec 2015, Wejherowo]

electroday2

20 Czerwca o godzinie 18.30 W Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie początek święta muzyki elektronicznej. Zagrają Władysław Komendarek, Soundwalker, Marek Manowski, Dieter Werner. Bilety do nabycia na stronie www.wck.org.pl. Serdecznie zapraszam !

On 20th June at 18:30 hour in the Philharmonic Hall in Wejherowo will be Kashubian electronic music festival. Wladyslaw „Gudonis” Komendarek, Lukasz „Soundwalker” Sobczak, Marek Manowski and Dieter Werner will play this evening. Tickets can be purchased only www.wck.org.pl. I am cordially invited!

Marcin Melka 

Cekcyn Electronic Music Festival, dzień drugi – 12 lipiec 2014 r.

cekcyn

O występie Przemysława Rudzia w pierwszym dniu Festiwalu Muzyki Elektronicznej w Cekcynie pisałem tutaj. Niestety, z przyczyn losowych nie mogłem wziąć udziału w tegorocznej edycji Festiwalu. Na szczęście dzięki Internetowej transmisji (podziękowania dla Marka Kwiatkowskiego za realizację) miałem możliwość uczestniczenia w wydarzeniu.  W drugim dniu Festiwalu Muzyki Elektronicznej wystąpili m.in. laureat konkursu, Maciej Braciszewski, zespoły „Operators”, „Electronic Revival”, oraz gwiazda wieczoru „Kombi Łosowski”. Laureatem konkursu był zespół KS’80. Był to zespół, który po raz pierwszy wystąpił na Festiwalu w Cekcynie. Muzyka zespołu przypadła do gustu publiczności. Grupa zagrała tylko jeden utwór w klimacie  synth-pop z lat osiemdziesiątych. Kolejnym uczestnikiem Festiwalu był Maciej Braciszewski. Artysta zagrał utwory ze swoich ostatnich płyt studyjnych. Większość utworów zagranych przez muzyka z Gniezna były  rytmiczne  i dynamiczne. Występ Braciszewskiego spotkał się z wielkim aplauzem zgromadzonej publiczności. Po chwili rozpoczęła się trzecia część odsłony Festiwalu Muzyki Elektronicznej w Cekcynie. Kolejnym wykonawcą był zespół Piotra Dygasiewicza „Operators”. Następnie „Operators” zagrali ciekawe dźwiękowe kolaże, wspomagane wokalem oraz automatem perkusyjnym. Było bardzo intrygująco. Występ „Electronic Revival”, to już stały punkt Festiwalu Muzyki Elektronicznej w Cekcynie. Byłem bardzo zaskoczony repertuarem. Zespół zagrał muzykę, której melodie oraz klimat były bliższe elektronicznemu  popu z domieszką jazzu. Mimo tej przemiany koncert „Electronic Revival” spodobał się licznie zgromadzonej publiczności. Na koniec drugiego dnia Festiwalu wystąpił zespół „Kombi Łosowski”. Grupa wykonał najlepsze swoje utwory oraz zaprezentowała też nowe, premierowe. Dwudniowy Festiwal Muzyki Elektronicznej w Cekcynie na długo zapadnie w pamięci miłośnikom muzyki elektronicznej. To była jedna z najlepszych edycji Festiwalu.

Marcin Melka

The Day Of Electronic Music, 13-14 lipiec 2012 r.

8-org_2012Serdecznie zapraszam do obejrzenia i posłuchania fragmentów koncertów wykonawców muzyki elektronicznej, którzy wystąpili podczas VII edycji Festiwalu The Day Of Electronic Music w Cekcynie. W dniach 13-14 lipca 2012 roku wystąpili Marek Manowski, Dieter Werner, Operators, Electronic Revival oraz Robert Kanaan. W czasie Festiwalu doszło do załamania pogody i w tym czasie przez Cekcyn i okolice przeszła trąba powietrzna, która spowodowała wiele szkód. W sierpniu 2012 roku odbyła się charytatywna impreza, o której wspominałem tutaj.





 

Marcin Melka

Dieter Werner : „Inspiruje mnie dosłownie wszystko”

dieterJako tradycjonalista z postacią Dietera Wernera nie zetknąłem się na Jamendo, gdzie dostępna jest jego muzyka, tylko w audycji Jerzego Kordowicza „Tragarze Syntezatorów”. Jakiś fragment mojego umysłu zarejestrował wtedy fakt, że oto na niewielkim poletku rodzimych El – twórców pojawił się kolejny człowiek z dużą wyobraźnią. W końcu postanowiłem poznać bliżej autora trzech bardzo ciekawych płyt. Pytania o konkretne tytuły dotyczą ostatniej z nich pt. „Epoka dywergencji”.
 – Imię Dieter to, jak mi wyjaśniłeś pseudonim artystyczny. Czy oddzielenie prywatności od życia zawodowego jest po prostu zdrowym nawykiem, czy obawą przed atakiem internetowych wampirów, ludzi spaczonych, którzy korzystając z anonimowości sieci często nękają innych?
D.W: Na wstępie chciałbym powitać wszystkich czytających ów wywiad ze mną u Ciebie Damianie i serdecznie podziękować za zaproszenie. Śledzę Twoje wywiady i czytam z ogromną ciekawością, tym bardziej miło mi, że mogę się tu wypowiedzieć. Wracając do pytania – nie boję się absolutnie takich ludzi, niech sobie piszą co chcą na mój temat. Myślę, że każdy artysta jest ciekawy, co mają odbiorcy do powiedzenia na jego temat. Osobiście bardzo sobie cenię konstruktywną krytykę, jeśli zaś jest to typowa chęć poniżenia bez żadnych uzasadnień, to trudno – takie postępowanie świadczy tylko o autorze. Na mnie, póki co, nie robi to wrażenia.
 – Cechą charakterystyczną Twoich dokonań jest niesamowita, godna podziwu różnorodność. Całe te mnóstwo sampli, ozdobników, fantastycznie wzbogaca każdy utwór. Wszystkie je wyszukujesz w sieci, czy zdarzyło Ci się wykorzystać prywatne, domowe rejestry zdarzeń?
DW: Oczywiście. W moich utworach korzystam czasami z nagrań dokonywanych kilka lat temu z moją byłą żoną wokalistką, mam na jednym z utworów zarejestrowany głos mojego syna jak był mały. Ale ogólnie źródła pochodzenia moich sampli są bardzo różne. Z sieci korzystam raczej rzadko, mam swoje prywatne zbiory, w postaci bibliotek sampli i również sporo nagrywam. Zaopatrzyłem się w tym celu w specjalne urządzenie, dzięki któremu mogę nagrać cokolwiek i gdziekolwiek z bardzo dobrą jakością. Ostatnio stworzyłem sobie coś w rodzaju przenośnego studia nagrań z laptopem, dzięki czemu mogę pojechać do kogoś i np. nagrać wokal do utworu.
 – W twojej wcześniejszej muzyce słyszę dużo odwołań do czasów średniowiecza, rycerzy i zakonów, ba, umieszczasz nawet fragmenty obrządków kościelnych. Wiem że nie jest to deklaracja wiary, tylko po prostu dźwiękowe obrazy. Powiedz mi, czy ich obecność wynika może z wcześniejszej lektury, ciekawych filmów lub podobnego źródła inspiracji?
DW: Średniowiecze, jako epoka ma według mnie wyjątkowy klimat. Ale mnie inspiruje dosłownie wszystko. Nie wiem czemu tak się dzieje. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Czy to będzie film, jakieś dawne wspomnienie, czy też codzienne prozaiczne życie, to wszystko wywołuje u mnie jakieś skojarzenia i pomysł gotowy ;). Modlitwy w moich utworach są często pewnym symbolem, ale również jest to kapitalny materiał dźwiękowy wywołujący właśnie, jak wspomniałeś, pewne obrazy w umyśle odbiorcy. A ja widocznie muszę te obrazy wywoływać :). Lubię np. stworzyć w wyobraźni słuchacza wizję mrocznego średniowiecznego zamczyska i nagle wplątać w to obcy pierwiastek odwołujący się do zupełnie innej epoki, albo wręcz do nadprzyrodzonego zjawiska :).
 – I znakomicie Ci się to udaje. Bardzo mi się podoba swoboda z jaką łączysz różne gatunki muzyki i klimaty. Wydaje mi się to obecnie najlepszym pomysłem na wzbudzenie zainteresowania. Czy kryje się za tym odbicie Twoich wcześniejszych pasji, czy efekt grania przez kilka lat muzyki popularnej?
DW: Wierz mi, że gdyby chodziło mi jedynie o wzbudzenie zainteresowania, wypiąłbym gołe d… na scenie, albo stanął z syntezatorem na dachu Marriotta i groził, że skoczę. Z pewnością w TVN 24 już by o tym mówili :). Niestety doczekaliśmy się czasów, w których muzyka jest często tylko dodatkiem do kiełbasy i sztucznych ogni podczas festynu, a artystów niedługo będzie więcej niż odbiorców. Dlatego ci, którzy tworzą np. pop, rock czy dance, aby odróżnić się od 15 000 podobnych produkcji muszą wyróżnić się czymś innym, nie samą muzyką. Koncepcja tej mojej eklektycznej muzyki zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu, w latach 90. Ale wtedy nie miałem sprzętu by to zrealizować. Jednak może i dobrze się stało, bo granie muzyki pop przez te wszystkie lata nauczyło mnie wielu rzeczy i z pewnością wywarło duży wpływ na to, co w tej chwili słyszysz na moich płytach. Co najbardziej mnie wkurzało w muzyce „popularnej”, jak ją nazwałeś, to ta skłonność do podrabiania jednych przez drugich, np. ktoś wymyślił taką zagrywkę czy efekt który się spodobał szerokiej publiczności, to od razu znalazło się stu innych z identycznymi wstawkami. Tego nie lubię. Ja zdaję sobie sprawę, że w muzyce już wszystko zostało powiedziane. To znaczy: można stworzyć zapewne jeszcze wiele nowych nurtów, lecz każdy z nich będzie brzmiał podobnie do czegoś już istniejącego. Poprzez takie połączenia pomyślałem sobie, może uda się stworzyć choćby jakąś namiastkę czegoś nowego, albo przynajmniej zaskoczyć nieco słuchacza, jednak nie jest to absolutnie głównym celem mojego tworzenia.
 – Kompozycja „Szpitalny korytarz” powstała na kanwie rzeczywistych wydarzeń, czy to wytwór Twojej fantazji?
DW: To taka opowieść o życiu widziana z perspektywy osoby będącej już na granicy życia i śmierci. Tu posłużyły mi za inspirację różne wspomnienia z życia, które akurat w tym przypadku są na tyle uniwersalne, że każdy może się z tym utożsamiać. Częściowo też inspiracją były moje niedawne wizyty w instytucjach typu NZOZ, związane z moją „tajemniczą” chorobą, resztę dopisała wyobraźnia :).
 – Gdy słyszę rosyjskie dialogi i ludowe przyśpiewki na ”Zmierzchach i świtach” rozumiem że dajesz tym dowód braku uprzedzeń. Jesteś więc pozytywnie nastawiony do całego świata?
DW: Dokładnie tak. Nie mam nic przeciwko żadnym gatunkom muzycznym, szanuję każdą kulturę i cieszę się, że mogę z niej czerpać inspiracje. Fascynują mnie bardzo rożne kultury na świecie i obyczaje, a także minione epoki i wszelkie religie. Ze wszystkiego czerpię i cokolwiek nie usłyszę, jest w stanie mnie zainspirować. Wszystko traktuję jako materiał dźwiękowy, nawet konkretny przekaz werbalny traktuję czasem bardziej jako dźwięk niż treść.
 – W utworze „Immunoglobulina” można usłyszeć jazzujące fragmenty. To przypadek czy fascynacja?
DW: Fascynacja oczywiście. I to sprzed wielu lat. Był taki okres w moim życiu, że zaraziłem się mocno jazzowymi klimatami i w tę stronę też część mojej dawnej twórczości podążała. Było to jednak tylko przejściowe zauroczenie, ale czemu mam nie skorzystać z tego w mojej eklektycznej muzyce ? :).
 – „Trzynasty wezyr Kalifatu” – gdyby ten utwór trafił do Polskiego Radia i był odpowiednio promowany, mógłby stać się przebojem. Masz czasami takie pragnienie?
DW: Kiedy zajmowałem się muzyką nazwijmy to ”bardziej komercyjną”, było moim marzeniem zrobić takiego hita, który byłby popularny w całym kraju. Chyba każdy zespół, czy też artysta marzy o czymś takim, wstępując na tę, nie usłaną bynajmniej różami drogę. Dzisiaj myślę trochę inaczej. Artysta chce być doceniony przez odbiorców. Mieć przebój – z pewnością jest synonimem tego docenienia. Moim marzeniem jednak jest to, aby być docenionym za muzykę, którą tworzę. A to czy ma się przebój, czy nie, często jest wynikiem innych czynników, tak jak wspominałem – pozamuzycznych. Jak ktoś ma cięty język, lub jest skandalistą, albo jest nastolatkiem z ładną buzią, uwielbianym przez damską część publiczności, ma 100% więcej szans na przebój. Oczywiście ja na to nie narzekam, tak już jest i ok. Tyle, ze w tym kontekście ja nie muszę mieć przeboju. Mnie nie o to chodzi. Każdy musi ustalić sobie swoje priorytety i cele, dzięki którym czuje się spełniony.
 – Utwór z płyty Rtęć i limfa pt. „Bóg i szatan” – przewrotny, dowcipny i odwołujący się do popularnych skojarzeń – ma jakąś ciekawą historię?
DW: Historię taką jak większość moich utworów, czyli w pewnym momencie zrodził się taki a nie inny pomysł i przelałem go na dźwięki. Ale utwór ten ma jeszcze dla mnie pewne inne znaczenie. Mianowicie był dla mnie lekcją, gdzie mogę przekroczyć pewną granicę eklektyzmu, poza którą te zlepki przestają być spójne i zaczynają być w pewien sposób komiczne. Ja cały czas się uczę i wyciągam wnioski ze swoich produkcji… czy trafne? To już ocenią odbiorcy po kolejnych płytach 🙂
 – Czy taką muzykę jak Twoja da się zagrać na koncercie tak, aby nie była ona tylko odtworzeniem programu? Grałeś już jakieś koncerty?
DW: Jak oglądam fragmenty występów Władysława Komendarka to szczęka mi spada i nie wiem czy uda mi się chociaż w 50% dorównać mistrzowi. Ale odpowiadając konkretnie na pytanie – tak. Jak najbardziej. Właśnie nad tym pracuję: teraz układam repertuar i tworzę wersje koncertowe, bym mógł grać w nich żywe partie. Najbliżej mam w planach koncert inauguracyjny i akurat tak się stało, że chyba obok mnie wystąpią na nim jeszcze inni muzycy z Łodzi i mam nadzieję, że do tego wkrótce dojdzie, ale nie zapeszajmy.
 – Dobrze by było zarejestrować taki koncert na dobrej jakości sprzęcie. Gdybyś otrzymał propozycję współpracy od innego muzyka zgodziłbyś się nagrać z nim płytę, czy tworzysz tylko sam?
DW: Taka współpraca byłaby myślę, bardzo trudna dla drugiej strony… Odwrotnie bowiem niż w codziennym życiu, gdzie jestem niezwykle ugodowy i potrafię się dogadać z każdym, to w przypadku tworzenia i nagrywania muzyki wychodzi jakaś moja druga natura, zupełnie odmienna, jestem bezwzględnym tyranem i uzurpatorem, nie akceptuję niczyich pomysłów, wszystko musi być tak jak ja chcę i dlatego nie podejmuję się na razie współpracy, co pewnie jest złe i głupie. Pamiętam jak Roger Subirana zaproponował mi, abyśmy coś wspólnie nagrali, a ja nic nie odpowiedziałem i drugi raz pytał, a ja nic i nic… Choć to dla mnie byłby zaszczyt, bo Rogera niezwykle cenię, ale niestety. Może kiedyś się przełamię. Na razie nie potrafię. Przepraszam.
 – Jestem pod wrażeniem Twoich nagrań, kiedy nowa płyta, oraz czy wydasz je wszystkie na CD? Koniecznie powinieneś to zrobić.
DW: Dziękuję za miłe słowa. Na razie publikuję swoje utwory w Internecie, najczęściej na Jamendo. Nie planuję wydawnictwa na CD, chyba, że ktoś, w domyśle jakiś wydawca, zapragnie mieć je w swoim katalogu, wtedy się ukażą ;). Nie chciałbym jednak z tego powodu rezygnować z możliwości dotarcia do odbiorców przez Internet, bo chcę się przynajmniej na razie, dzielić swoją muzyką z innymi właśnie w takiej formie. Nowa płyta oczywiście się robi, ale jeszcze sporo czasu zajmie zanim ją opublikuję.
 – Jeśli pozwolisz spytam się Ziemowita Poniatowskiego, szefa Generatora czy nie byłby tym zainteresowany, oraz właścicieli dwóch zagranicznych labeli, bo sprawa jest warta zachodu. Jesteś dla mnie prywatnie, obok Przemka Rudzia, najciekawszym muzycznym odkryciem tego roku, chociaż oczywiście gracie znacznie dłużej. Twoje nagrania reprezentują wysoki poziom techniczny i są świadectwem niebanalnej wyobraźni. Życzę Ci więc coraz liczniejszego grona słuchaczy.
DW: Ja również bardzo Ci dziękuję.
Damian Koczkodon 

Linki do stron związanych z muzykiem :

 

Ania Sójkowska : „Proces tworzenia to uzewnętrznienie emocji”

ania_sojkowska– W którym momencie  zadecydowałaś że będziesz zajmować się muzyką elektroniczną na poważnie? Czy stało się to podczas koncertu w ramach  „VI Ogólnopolskiego Konkursu Muzyki Elektronicznej – Tuchola 2008” a może wcześniej?

A.S.: Muzyka towarzyszy mi od czasu kiedy skończyłam 7 lat, a z konkursami mam styczność od 2004 roku. To jednak zupełnie coś innego, takiego konkursy to granie typowo keyboardowe: styl plus melodia, a nazwa z repertuarem ma wspólne jedynie to, ze wykonawcy grają na instrumentach elektronicznych. Fascynacja muzyką typowo elektroniczną zaczęła się w roku 2007 od muzyki Jean Michel Jarre’a. Jeszcze w tym samym roku pojawił się mój pierwszy syntezator, Roland D50. Właściwa decyzja zapadła, kiedy zdecydowałam się podjąć studia muzyczno-pedagogiczne (kierunek Edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej z pedagogiką wczesnoszkolną i przedszkolną), czyli w ostatniej klasie liceum w 2008r. Wtedy nawet nauka do matury odeszła na drugi plan. Zaczęło się inwestowanie, pojawił się Fantom, oraz pierwsze próby komponowania. W tym momencie odstawiłam keyboard na bok na rzecz syntezatorów.
  –  Rok 2010 obfitował dla Ciebie co najmniej w dwa ważne wydarzenia. W lutym zaczynasz grać na thereminie. To widowiskowe ale z pewnością i niełatwe zajęcie. Możesz przybliżyć jak do tego doszło?
A.S.: Fascynacja tym instrumentem pojawiła się wraz z zapoznaniem z muzyką Jarre’a. Oczarował mnie nietypowy dźwięk tego instrumentu oraz fakt, że aby na nim grać, nie trzeba kompletnie niczego dotykać. Wtedy nawet na myśl mi nie przyszło, że na tym dziwadle można zagrać jakąkolwiek melodię. Zaczęłam przeszukiwać internet i jednym z pierwszych znalezionych filmów z grą na tym instrumencie był fragment koncertu Lydii Kaviny, na którym grała „Claire de Lune” Cloude’a Debussy’ego. To było coś, co jeszcze bardziej zaciekawiło mnie i pogłębiło fascynację. Wraz z przeszukiwaniem innych materiałów na ten temat pojawiła się chęć kupna tego instrumentu. Z pomocą znajomych z forum Jarre’a w 2008 roku udało mi się kupić pierwszy instrument, theremin model B3, sprowadzony  zza oceanu, którym nie nacieszyłam się zbyt długo, ponieważ zepsuł się i po próbach naprawy nie wrócił do stanu w jakim powinien być. Grało się na nim fatalnie. Właściwie nie dało się na nim grać, a dźwięki, które produkował były niesamowicie wysokie i irytujące. Jednak to mi nie wystarczyło. Od lutego 2010 jestem szczęśliwą posiadaczką thereminu firmy Moog i tak naprawdę od tego momentu liczę moją przygodę z tym instrumentem i faktyczną naukę gry. Przesiadka z mizernego B3 na Etherwave była jak przejście z Malucha do Mercedesa A. Oczarował mnie ten instrument i najchętniej na nim właśnie gram. Aczkolwiek początki były ciężkie i pojawiały się chwile zwątpienia…
– W maju ub. roku dałaś koncert w Mogilnie. Mam wrażenie że wyjechałaś stamtąd  bogatsza o parę przyjaźni.
A.S.: O tak, szczególnie jedna znajomość w dniu dzisiejszym jest dla mnie bardzo ważna. Każde spotkanie w jakimś stopniu zbliża ludzi, tym bardziej, że zazwyczaj ekipa jest stała, lub są małe zmiany. Miło było nie tylko spotkać się na obiedzie i porozmawiać, ale także stanąć na scenie i zagrać. Z Mogilna wyjechałam nie tylko bogatsza w przyjaźnie, ale także nowe doświadczenia, z których najważniejszym jest wspólne jam session, które grałam pierwszy raz w życiu.
– Pośród wykonywanych i reklamowanych przez Ciebie w Internecie kompozycji obok szkolnych klasyków coraz więcej jest  utworów Twojego autorstwa. Najbardziej znany, przebojowy The Sunny Day, dynamiczny  Running, pełen  energii The Gravity. Ale też i egzotyczne: Night in Egypt,  Antique world i poważniejszy w klimacie Przebudzenie. Czy w przyszłości zamierzasz komponować dłuższe, bardziej skomplikowane utwory?

A.S.: Myślałam nad tym, mam plany, które w końcu przydałoby się zrealizować. Chciałabym zrobić coś w klimacie totalnie innym niż ten, z którego jestem znana i przede wszystkim użyć thereminu. Co mi z tego wyjdzie, nie mam pojęcia. Mam już plan, koncepcję, jednak zakręty życiowe zamroziły na jakiś czas moją muzykę. Pomału na szczęście lody topnieją, więc niebawem zabieram się do pracy nadrobić zaległości.
–  Na najnowszych Twoich zdjęciach  zauważyłem że powiększyło Ci się  instrumentarium, to już nie 2-3 klawiatury, ale wręcz mini studio!  Możesz pochwalić się ostatnimi nabytkami?
A.S.: Jako pierwszy pojawił się Roland D 50. Potem pojawiły się organy kościelne Yamaha Electone B55 z ’78 roku, Fantom G8, który jest dla mnie podstawą, oraz mój wymarzony Moog Micromoog i theremin Moog Etherwave Standard. W roku 2010 zajęłam II miejsce na konkursie w Cekcynie, gdzie wygrałam syntezator softwarowy Omnisphere. Oczywiście niezmiennie od 2005 roku mam moją Yamahę PSR 1500, a do tego flet poprzeczny, na którym sama uczę się grać, oraz dość nietypowy i niespotykany w Europie instrument: Morin Huur. Morin Huur jest narodowym instrumentem mongolskim, a z racji, że miałam przyjemność w wakacje pracować z zespołem Nuudelchin Ayalguu z Mongolii, to przeżywam sporą fascynację tradycyjną muzyką mongolską. Właśnie od nich odkupiłam morin huur i uczę się na nim grać. Jest to instrument składający się z 2 strun z włosia końskiego, którego brzmienie jest podobne do skrzypiec. Może wykorzystam to w jakiś sposób w elektronice…
– Deklarujesz fascynację muzyką klasyczną, rockiem, jazzem i ciepłe uczucia do muzyki Marka Bilińskiego, Dietera Wernera oraz J.M.Jarre’a. Czy masz w planach poznać nagrania innych klasyków tego gatunku np. Klausa Schulze czy Tangerine Dream?

A.S.: Oczywiście, że znam wymienionych artystów, ponadto bardzo lubię Frederica Rousseau album ‚Travels’, który jest mieszanką elektroniki i muzyki etnicznej, uwielbiam Marka Shreeva i Redshift, Vangelisa, czy Sławomira Łosowskiego. Mogłabym wymieniać i wymieniać, ale myślę, ze wciąż znajdzie się coś nowego, coś co mnie zainteresuje, co mnie pochłonie totalnie. Tego nie można zaplanować, to wychodzi samo z siebie, spontanicznie. A to coś pod słyszę, ktoś ciekawy pojawi się w El-Stacji, a to ktoś podzieli się ciekawym linkiem, czy poleci zespół, lub wykonawcę. Ciężko w tym momencie zaplanować, że np z dniem 25 września zaczynam zagłębianie się w muzykę Klausa Schulze. Mi się wydaje, że to jest inaczej. Człowiek zmienia się, zmienia swoje gusta i przyzwyczajenia. Nieraz do czegoś musimy dorosnąć, a z czegoś innego z kolei wyrastamy. Ten mechanizm jest nieprzewidywalny i nie wiem kto mnie w przyszłości zainteresuje, zafascynuje, a kto mi się znudzi. Wszystko pokaże czas.
– Lubisz naturę, czy jest ona dla Ciebie źródłem inspiracji?
A.S.: Oczywiście, ze tak. Od zawsze interesowałam się zarówno zwierzętami, jak i elementami nieożywionymi, zwłaszcza pogodą i geologią. Tytuł mojej pierwszej płyty i okładka jest między innymi nawiązaniem do ulubionej pogody chyba nas wszystkich, czyli pięknego, słonecznego dnia. Również pojedyncze utwory są inspirowane naturą, np Volcano, Night in Egypt, wspomniany The Sunny Day. Natura, to takie coś, co otacza wszystkich, na każdego ma jakiś wpływ, większy, mniejszy ale ma. Nie da się żyć bez natury i przyrody, można powiedzieć, że jesteśmy na siebie skazani. Jeśli chodzi o inspirację, to podejrzewam, że wiele osób czerpią ja właśnie z natury. A dlaczego tak jest? Tutaj rządzą nami emocje. Inne, kiedy podziwiamy piękną tęczę nad wodospadem, a inne, kiedy widzimy potężna falę niszczącą wszystko na swojej drodze, inne, gdy widzimy w oddali spektakularne wyładowania atmosferyczne, a inne, kiedy widzimy potężną erupcję wulkaniczną. Każdemu zdarzeniu towarzyszą emocje, a proces tworzenia to w pewien sposób uzewnętrznienie emocji, które nam towarzyszą. Ja staram się przekładać to na dźwięki, jak malarze na kolory. Inny charakter ma Sunny Day, a inny Volcano.
 – Uczysz się, nagrywasz, grasz w zespole rockowym jako basistka, jak znajdujesz na to czas?
A.S.: Z zespołem rockowym już nie współpracuję, każdy poszedł w swoją stronę. Mam jednak inny zespół, w którym gram już drugi rok, studiuję, pracuję jako nauczycielka angielskiego w przedszkolu, ostatnio dostałam rolę w spektaklu muzycznym „Apokryf kołobrzeski”, oczywiście jako ‚syntezatorzystka’, a także jako nauczyciel w szkole Yamaha. Oczywiście uczę keyboardu. Mam swoich uczniów, z którymi jeżdżę na konkursy, mam swój zespół keyboardowy, zdolne dzieci wymagają więcej czasu, trudniejszego repertuaru i większej ilości pracy. Ale efekty są, staram się oczywiście zaszczepić elektronikę i na szczęście mi się to udaje. Ostatnio mój uczeń zapytał mnie, czy znam Kraftwerk, bo on bardzo lubi ten zespół. Myślę, że warto dodać, ze ma 10 lat, a ja nie mówiłam mu nigdy o nich. Dla mnie to dobry znak, ze dzieciaki chcą same i grać i poznawać tę muzykę. A jak znajduję czas? Dla chcącego nic trudnego, aczkolwiek bywają momenty, ze jestem wyczerpana totalnie, ale za to satysfakcja jest nieziemska.
 – Masz na pewno wsparcie swoich rodziców,  nowego chłopca i znajomych z EL-Stacji. Twoje muzyczne plany na przyszłość?
  A.S.; Mam wsparcie bardzo duże, rodzice choć nie muzyczni (mama księgowa, tata stolarz) to w pełni rozumieją moją pasję, wspierają i popierają to co robię. Od niedawna jestem w szczęśliwym związku z Łukaszem, z którym znam się co prawda od dawna, bo od koncertu coverów Jarre’a w Lęborku w 2008 roku. Wiem, ze on mnie będzie również wspierał, ponieważ tak jak i ja jest zafascynowany elektroniką, był nawet w Mogilnie na moim koncercie, więc o to z jego strony jestem spokojna. Znajomi z El-Stacji są moimi pierwszymi (poza oczywiście rodzicami) odbiorcami mojej muzyki, wiele razy się spotykaliśmy na różnych koncertach i zlotach, gdzie mieliśmy okazje poznać się bliżej i porozmawiać. Muzyczne plany na przyszłość? Przygotowanie moich uczniów do koncertów i konkursów, zaszczepianie w nich pasji i miłości do muzyki, a także doskonalenie swojej warsztatu zarówno dotyczącego techniki gry na wszystkich instrumentach (klawiszowych, flecie poprzecznym, thereminie i morin huurze), a także rozwijanie umiejętności kompozytorskich. Mam nadzieję, że uda mi się wszystko pogodzić i zrealizuję wszystkie plany i marzenia.
– Czego serdecznie Ci życzę i dziękuję za wywiad 😉
A.S.: To ja dziękuję za to, że chciałeś go ze mną przeprowadzić.
                                                                                                               Damian Koczkodon