Plebiscyt Schallwelle !

schalwelle
Do końca stycznia 2014 roku można oddawać głosy w niemieckim plebiscycie na najlepsze płyty i najlepszych wykonawców muzyki elektronicznej. W tym roku znalazły się tam także płyty z polskiej wytwórni Generator.pl. Zachęcam do oddania głosów na wykonawców:

Vanderson & Rudź
Odyssey & We Are The Hunters

Oraz głosów na wydawnictwa:
Odyssey – We are the Hunters
Vanderson & Rudz „Remote Sessions” oraz Aquavoice – „Grey”.  

 

Marcin Melka 

 

Remote Sessions [2013]

remote_sessions

Tracklista:

[1] Journey To The Northern Land 18’06”
[2] Leaving The Earth 07’06’
[3] Far Away From Here 08’19”
[4] Lonely Dot 11’27”
[5] Sound Of Scattered Waves 05’52”

„Meine Kosmiche Musik”

Na polskim rynku muzycznym mieliśmy w poprzednich latach roku premiery udanych kolaboracji artystów grających klasyczną muzykę elektroniczną. Albumy te  nasycone były ambientem oraz stylem Szkoły Berlińskiej.  Można tutaj wymienić m.in. album „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, który  spotkał się z dużym zainteresowaniem wśród polskich fanów muzyki elektronicznej ze względu na zimny i mroczny klimat oraz „zderzenie” dwóch znanych polskich wykonawców muzyki elektronicznej w Polsce – Władysławem Komendarkiem i Przemysławem Rudziem. W tym miesiącu będziemy mieć do czynienia z nadejściem, tzw. fali młodszego pokolenia. Idąc za ciosem,  Maciej Wierzchowski stworzył udany projekt „Remote Sessions” we współpracy ze znanym gdańskim  kompozytorem, Przemysławem Rudziem. Ten album można śmiało zadedykować wszystkim, którzy kochają astronomię, Kosmos oraz nieznane, kosmiczne światy.   Na albumie można znaleźć surowe, pulsacyjne dźwięki, dynamiczne sekwencje i finezyjne melodie.  Już od pierwszego utworu „Journey To The Northern Land” duet Vanderson & Rudź przedstawił słuchaczowi interesujący kolaż dźwiękowy. Przez cały okres trwania pierwszego utworu mamy do czynienia z dźwiękową, wznoszącą się falą abstrakcyjnych szumów, sekwencji i melodii, które wzbogacone zostały o wokoderową narrację kapitana statku międzygwiezdnego. W tle usłyszymy  piękną, melancholijną solówkę Rudzia oraz mocne sekwencje grane przez Wierzchowskiego. Drugi utwór „Leaving The Earth” jest mroczniejszy od poprzedniego. Wykorzystano tutaj efekt ucieczki dźwięków, które wraz z początkiem rosną, a potem nagle maleją, by w końcu zaniknąć. W drugiej części tego utworu, aby ten dźwiękowy obraz był bardziej subiektywny, duet Vanderson & Rudź uatrakcyjnił muzyczne tło, o zimne, „metalowe” partie syntezatorów oraz wspomnianą już wyżej narrację kapitana. Mój ulubiony utwór  to właśnie „Far Away From Here”.  Artyści znakomicie wczuli się we frapujący klimat gwiezdnej podróży. Mellotronowe dźwięki, wsparte przez delikatny, perkusyjny beat oraz solówkę a’la Mini Moog graną przez Przemysława Rudzia powodują, że kompozycja ma podniosły charakter. Czwarty utwór – „Lonely Dot” , to fortepianowa i b-mollowa impresja wyrażająca tęsknotę za ojczyzną, czyli za planetą Ziemia. Wspomnienia astronautów o  szumie morza, zielonych krajobrazach, górzystych widokach, kwitnącej przyrodzie zostały barwnie zaaranżowane i zagrane przez muzyków w klimacie znanego greckiego kompozytora. Płytę zamyka udany utwór „Sound Of Scattered Waves”, który utrzymany został w klimacie el-muzyki lat osiemdziesiątych.  Kończąc, chciałbym powiedzieć, że te dzieło  nadaje się jako wyśmienite tło ilustracyjne do opowiadania, lub do filmu poświęconego kosmicznej tematyce. Z pełną satysfakcją polecam ten album wszystkim słuchaczom i fanom, którzy wychowali się na klasycznej muzyce elektronicznej lat osiemdziesiątych. „Remote Sessions” jest pierwszym, udanym albumem duetu Vanderson & Rudź. Jest bardziej barwny i stonowany od poprzednich albumów  Vandersona. Mam nadzieję, że następne produkcje będą równie udane, jak „Remote Sessions”.

Marcin Melka              

Muzyka Przemysława Rudzia do pobrania w serwisie bandcamp !

Niedawno napisałem  recenzję wspaniałego albumu Przemysława Rudzia pt.    „Paintings”. Zapraszam czytelników do posłuchania oraz do pobrania wszystkich albumów artysty  w formacie bezstratnym lub mp3,  które są dostępne w serwisie  bandcamp.com. Polecam wszystkim muzykę Przemysława Rudzia :

 

Marcin Melka    

Paintings [2012]

paintings

Tracklista :

[1] Hidden Nooks Of Our Ego 23’33”
[2] Sowers of Interstellar Intellects 12’27’
[3] Cosmic Primordial Soup 03’28”
[4] Who Goes There? 14’58”
[5] Astral Beings Hatchery 03’21”
[6] Misanthropic Aliens 16’43”

Byłem całkowicie zaskoczony, słuchając po raz pierwszy płytę „Paitings” Przemysława Rudzia.  Muzyka zimna, stalowa, pełna chłodu, niczym puste przestrzenie ogarniającego nas Wszechświata. Takiej muzyki gdański muzyk  wcześniej  nie nagrał. „Paintings” to ambientowa wędrówka dźwięków po tajemniczym świecie Przemysława Rudzia. Na płycie znalazło się 6 utworów, które są ze sobą powiązane w jedną ciągłą suitę. Podczas słuchania nie przeszkadzało mi to, że muzyka jest momentami tak lodowata. Czasami odniosłem wrażenie, że artysta w niektórych fragmentach zagrał jak Pete Namlook z niektórych części  z serii „The Dark Side Of The Moog”. Początek płyty jest ciekawy. Otóż w pierwszym utworze („Hidden Nooks Of Our Ego”) zagranym wspólnie z Adamem „Smokiem” Bórkowskim  pojawia się wizja niesamowitych krajobrazów, malowanych różnymi barwami dźwięków oraz akordów. Cały czas ma się wrażenie, że one pulsują, ogarniają słuchacza swoją kolorystyką i wciągają w ten klimat.  W drugiej połowie utworu pojawiają się intrygujące sekwencje, rodem z tzw. „szkoły berlińskiej”. Bardzo ciekawa końcówka pierwszego utworu – dźwięki syntezatorów „falowały” niczym muzyka grana przez Jean-Michel Jarre’a na płytach „Oxygene” oraz „Equinoxe”.  Sowers Of Interstellar Intellects”to dobry utwór, w którym dźwięki oraz kontrast są spotęgowane niepokojem, grozą przebywania w niegościnnej przestrzeni zimnych karłów oraz osamotnionych,  wypchniętych planet poza układy słoneczne oraz niebezpiecznego pulsowania kwazarów. W trzecim  utworze „Cosmic Primordial Soup” muzyk przedstawił interesujący, dźwiękowy pejzaż tworzenia się nowego układu planetarnego. W podobnym nastroju skomponowane zostały następne utwory: „Who Goes There?” oraz „Astral Beings Hatchery”.  „Who Goes There?” – to nagranie bardzo mi przypomniało nastrój podczas słuchania płyt wykonawców z ery krautrocka: Klausa Schulze („Cyborg”) Tangerine Dream („Atem”) oraz Popol Vuh. Leniwe, melancholijne dźwięki, wspomagane przez klawisze syntezatorów tworzą zarysy muzycznych, często zakrzywionych przez modulacje dźwięków, czarno – białych obrazów. Ostatnia część suity, to długi utwór „Misanthropic Aliens”. To mój ulubiony kawałek na tej płycie. Ta kompozycja zamyka wędrówkę po tajemniczym świecie planet, gwiazd, kwazarów, astralnych malowideł. Przez cały czas słuchania „Misantrophic Aliens” odnosi się wrażenie, że ten niedostępny, chłodny, szary  i przenikliwie zimny świat za chwilę stanie się cieplejszy.  W końcowych minutach suity pojawia się światło, które próbuje rozświetlić mroczne klimaty tej muzyki. I w końcu  to się  udaje. Delikatne, sekwencyjne dźwięki oraz perkusja  rodem z  „Picture Music” Klausa Schulze nadaje tej suicie pewien dynamizm. Przemysław Rudź kończy tę suitę naprawdę cudowną solówką.

Marcin Melka 

Przemysław Rudź : „Discreet Charm Of An Imperfect Symmetry” w El-Stacji

discreetDrodzy czytelnicy, oto info od Przemka Rudzia !

Po ostatniej płycie „Paintings” przyszedł czas aby wstępnie zapoznać Słuchaczy z nowym materiałem, który powstał w wyniku totalnej improwizacji, zgrywany był ślad po śladzie bez kwantyzacji i innych zabiegów upiększająco -wyrównujących (stąd też tytuł albumu). Prapremierę krążka w internecie urządził niedawno Marek Kwiatkowski, któremu bardzo dziękuję za tą audycję, zwłaszcza że jak pokazywał licznik pobrań streamu, słuchało jej kilkadziesiąt osób. Dla wszystkich, którzy byli nieobecni podczas audycji w El-Stacji, podaję link do archiwum:  http://el-stacja.pl/arch/20130207.mp4

PS. Album ukaże się nakładem wydawnictwa Generator.pl w okolicach kwietnia br.

Marcin Melka

Dieter Werner : „Inspiruje mnie dosłownie wszystko”

dieterJako tradycjonalista z postacią Dietera Wernera nie zetknąłem się na Jamendo, gdzie dostępna jest jego muzyka, tylko w audycji Jerzego Kordowicza „Tragarze Syntezatorów”. Jakiś fragment mojego umysłu zarejestrował wtedy fakt, że oto na niewielkim poletku rodzimych El – twórców pojawił się kolejny człowiek z dużą wyobraźnią. W końcu postanowiłem poznać bliżej autora trzech bardzo ciekawych płyt. Pytania o konkretne tytuły dotyczą ostatniej z nich pt. „Epoka dywergencji”.
 – Imię Dieter to, jak mi wyjaśniłeś pseudonim artystyczny. Czy oddzielenie prywatności od życia zawodowego jest po prostu zdrowym nawykiem, czy obawą przed atakiem internetowych wampirów, ludzi spaczonych, którzy korzystając z anonimowości sieci często nękają innych?
D.W: Na wstępie chciałbym powitać wszystkich czytających ów wywiad ze mną u Ciebie Damianie i serdecznie podziękować za zaproszenie. Śledzę Twoje wywiady i czytam z ogromną ciekawością, tym bardziej miło mi, że mogę się tu wypowiedzieć. Wracając do pytania – nie boję się absolutnie takich ludzi, niech sobie piszą co chcą na mój temat. Myślę, że każdy artysta jest ciekawy, co mają odbiorcy do powiedzenia na jego temat. Osobiście bardzo sobie cenię konstruktywną krytykę, jeśli zaś jest to typowa chęć poniżenia bez żadnych uzasadnień, to trudno – takie postępowanie świadczy tylko o autorze. Na mnie, póki co, nie robi to wrażenia.
 – Cechą charakterystyczną Twoich dokonań jest niesamowita, godna podziwu różnorodność. Całe te mnóstwo sampli, ozdobników, fantastycznie wzbogaca każdy utwór. Wszystkie je wyszukujesz w sieci, czy zdarzyło Ci się wykorzystać prywatne, domowe rejestry zdarzeń?
DW: Oczywiście. W moich utworach korzystam czasami z nagrań dokonywanych kilka lat temu z moją byłą żoną wokalistką, mam na jednym z utworów zarejestrowany głos mojego syna jak był mały. Ale ogólnie źródła pochodzenia moich sampli są bardzo różne. Z sieci korzystam raczej rzadko, mam swoje prywatne zbiory, w postaci bibliotek sampli i również sporo nagrywam. Zaopatrzyłem się w tym celu w specjalne urządzenie, dzięki któremu mogę nagrać cokolwiek i gdziekolwiek z bardzo dobrą jakością. Ostatnio stworzyłem sobie coś w rodzaju przenośnego studia nagrań z laptopem, dzięki czemu mogę pojechać do kogoś i np. nagrać wokal do utworu.
 – W twojej wcześniejszej muzyce słyszę dużo odwołań do czasów średniowiecza, rycerzy i zakonów, ba, umieszczasz nawet fragmenty obrządków kościelnych. Wiem że nie jest to deklaracja wiary, tylko po prostu dźwiękowe obrazy. Powiedz mi, czy ich obecność wynika może z wcześniejszej lektury, ciekawych filmów lub podobnego źródła inspiracji?
DW: Średniowiecze, jako epoka ma według mnie wyjątkowy klimat. Ale mnie inspiruje dosłownie wszystko. Nie wiem czemu tak się dzieje. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Czy to będzie film, jakieś dawne wspomnienie, czy też codzienne prozaiczne życie, to wszystko wywołuje u mnie jakieś skojarzenia i pomysł gotowy ;). Modlitwy w moich utworach są często pewnym symbolem, ale również jest to kapitalny materiał dźwiękowy wywołujący właśnie, jak wspomniałeś, pewne obrazy w umyśle odbiorcy. A ja widocznie muszę te obrazy wywoływać :). Lubię np. stworzyć w wyobraźni słuchacza wizję mrocznego średniowiecznego zamczyska i nagle wplątać w to obcy pierwiastek odwołujący się do zupełnie innej epoki, albo wręcz do nadprzyrodzonego zjawiska :).
 – I znakomicie Ci się to udaje. Bardzo mi się podoba swoboda z jaką łączysz różne gatunki muzyki i klimaty. Wydaje mi się to obecnie najlepszym pomysłem na wzbudzenie zainteresowania. Czy kryje się za tym odbicie Twoich wcześniejszych pasji, czy efekt grania przez kilka lat muzyki popularnej?
DW: Wierz mi, że gdyby chodziło mi jedynie o wzbudzenie zainteresowania, wypiąłbym gołe d… na scenie, albo stanął z syntezatorem na dachu Marriotta i groził, że skoczę. Z pewnością w TVN 24 już by o tym mówili :). Niestety doczekaliśmy się czasów, w których muzyka jest często tylko dodatkiem do kiełbasy i sztucznych ogni podczas festynu, a artystów niedługo będzie więcej niż odbiorców. Dlatego ci, którzy tworzą np. pop, rock czy dance, aby odróżnić się od 15 000 podobnych produkcji muszą wyróżnić się czymś innym, nie samą muzyką. Koncepcja tej mojej eklektycznej muzyki zrodziła się w mojej głowie już bardzo dawno temu, w latach 90. Ale wtedy nie miałem sprzętu by to zrealizować. Jednak może i dobrze się stało, bo granie muzyki pop przez te wszystkie lata nauczyło mnie wielu rzeczy i z pewnością wywarło duży wpływ na to, co w tej chwili słyszysz na moich płytach. Co najbardziej mnie wkurzało w muzyce „popularnej”, jak ją nazwałeś, to ta skłonność do podrabiania jednych przez drugich, np. ktoś wymyślił taką zagrywkę czy efekt który się spodobał szerokiej publiczności, to od razu znalazło się stu innych z identycznymi wstawkami. Tego nie lubię. Ja zdaję sobie sprawę, że w muzyce już wszystko zostało powiedziane. To znaczy: można stworzyć zapewne jeszcze wiele nowych nurtów, lecz każdy z nich będzie brzmiał podobnie do czegoś już istniejącego. Poprzez takie połączenia pomyślałem sobie, może uda się stworzyć choćby jakąś namiastkę czegoś nowego, albo przynajmniej zaskoczyć nieco słuchacza, jednak nie jest to absolutnie głównym celem mojego tworzenia.
 – Kompozycja „Szpitalny korytarz” powstała na kanwie rzeczywistych wydarzeń, czy to wytwór Twojej fantazji?
DW: To taka opowieść o życiu widziana z perspektywy osoby będącej już na granicy życia i śmierci. Tu posłużyły mi za inspirację różne wspomnienia z życia, które akurat w tym przypadku są na tyle uniwersalne, że każdy może się z tym utożsamiać. Częściowo też inspiracją były moje niedawne wizyty w instytucjach typu NZOZ, związane z moją „tajemniczą” chorobą, resztę dopisała wyobraźnia :).
 – Gdy słyszę rosyjskie dialogi i ludowe przyśpiewki na ”Zmierzchach i świtach” rozumiem że dajesz tym dowód braku uprzedzeń. Jesteś więc pozytywnie nastawiony do całego świata?
DW: Dokładnie tak. Nie mam nic przeciwko żadnym gatunkom muzycznym, szanuję każdą kulturę i cieszę się, że mogę z niej czerpać inspiracje. Fascynują mnie bardzo rożne kultury na świecie i obyczaje, a także minione epoki i wszelkie religie. Ze wszystkiego czerpię i cokolwiek nie usłyszę, jest w stanie mnie zainspirować. Wszystko traktuję jako materiał dźwiękowy, nawet konkretny przekaz werbalny traktuję czasem bardziej jako dźwięk niż treść.
 – W utworze „Immunoglobulina” można usłyszeć jazzujące fragmenty. To przypadek czy fascynacja?
DW: Fascynacja oczywiście. I to sprzed wielu lat. Był taki okres w moim życiu, że zaraziłem się mocno jazzowymi klimatami i w tę stronę też część mojej dawnej twórczości podążała. Było to jednak tylko przejściowe zauroczenie, ale czemu mam nie skorzystać z tego w mojej eklektycznej muzyce ? :).
 – „Trzynasty wezyr Kalifatu” – gdyby ten utwór trafił do Polskiego Radia i był odpowiednio promowany, mógłby stać się przebojem. Masz czasami takie pragnienie?
DW: Kiedy zajmowałem się muzyką nazwijmy to ”bardziej komercyjną”, było moim marzeniem zrobić takiego hita, który byłby popularny w całym kraju. Chyba każdy zespół, czy też artysta marzy o czymś takim, wstępując na tę, nie usłaną bynajmniej różami drogę. Dzisiaj myślę trochę inaczej. Artysta chce być doceniony przez odbiorców. Mieć przebój – z pewnością jest synonimem tego docenienia. Moim marzeniem jednak jest to, aby być docenionym za muzykę, którą tworzę. A to czy ma się przebój, czy nie, często jest wynikiem innych czynników, tak jak wspominałem – pozamuzycznych. Jak ktoś ma cięty język, lub jest skandalistą, albo jest nastolatkiem z ładną buzią, uwielbianym przez damską część publiczności, ma 100% więcej szans na przebój. Oczywiście ja na to nie narzekam, tak już jest i ok. Tyle, ze w tym kontekście ja nie muszę mieć przeboju. Mnie nie o to chodzi. Każdy musi ustalić sobie swoje priorytety i cele, dzięki którym czuje się spełniony.
 – Utwór z płyty Rtęć i limfa pt. „Bóg i szatan” – przewrotny, dowcipny i odwołujący się do popularnych skojarzeń – ma jakąś ciekawą historię?
DW: Historię taką jak większość moich utworów, czyli w pewnym momencie zrodził się taki a nie inny pomysł i przelałem go na dźwięki. Ale utwór ten ma jeszcze dla mnie pewne inne znaczenie. Mianowicie był dla mnie lekcją, gdzie mogę przekroczyć pewną granicę eklektyzmu, poza którą te zlepki przestają być spójne i zaczynają być w pewien sposób komiczne. Ja cały czas się uczę i wyciągam wnioski ze swoich produkcji… czy trafne? To już ocenią odbiorcy po kolejnych płytach 🙂
 – Czy taką muzykę jak Twoja da się zagrać na koncercie tak, aby nie była ona tylko odtworzeniem programu? Grałeś już jakieś koncerty?
DW: Jak oglądam fragmenty występów Władysława Komendarka to szczęka mi spada i nie wiem czy uda mi się chociaż w 50% dorównać mistrzowi. Ale odpowiadając konkretnie na pytanie – tak. Jak najbardziej. Właśnie nad tym pracuję: teraz układam repertuar i tworzę wersje koncertowe, bym mógł grać w nich żywe partie. Najbliżej mam w planach koncert inauguracyjny i akurat tak się stało, że chyba obok mnie wystąpią na nim jeszcze inni muzycy z Łodzi i mam nadzieję, że do tego wkrótce dojdzie, ale nie zapeszajmy.
 – Dobrze by było zarejestrować taki koncert na dobrej jakości sprzęcie. Gdybyś otrzymał propozycję współpracy od innego muzyka zgodziłbyś się nagrać z nim płytę, czy tworzysz tylko sam?
DW: Taka współpraca byłaby myślę, bardzo trudna dla drugiej strony… Odwrotnie bowiem niż w codziennym życiu, gdzie jestem niezwykle ugodowy i potrafię się dogadać z każdym, to w przypadku tworzenia i nagrywania muzyki wychodzi jakaś moja druga natura, zupełnie odmienna, jestem bezwzględnym tyranem i uzurpatorem, nie akceptuję niczyich pomysłów, wszystko musi być tak jak ja chcę i dlatego nie podejmuję się na razie współpracy, co pewnie jest złe i głupie. Pamiętam jak Roger Subirana zaproponował mi, abyśmy coś wspólnie nagrali, a ja nic nie odpowiedziałem i drugi raz pytał, a ja nic i nic… Choć to dla mnie byłby zaszczyt, bo Rogera niezwykle cenię, ale niestety. Może kiedyś się przełamię. Na razie nie potrafię. Przepraszam.
 – Jestem pod wrażeniem Twoich nagrań, kiedy nowa płyta, oraz czy wydasz je wszystkie na CD? Koniecznie powinieneś to zrobić.
DW: Dziękuję za miłe słowa. Na razie publikuję swoje utwory w Internecie, najczęściej na Jamendo. Nie planuję wydawnictwa na CD, chyba, że ktoś, w domyśle jakiś wydawca, zapragnie mieć je w swoim katalogu, wtedy się ukażą ;). Nie chciałbym jednak z tego powodu rezygnować z możliwości dotarcia do odbiorców przez Internet, bo chcę się przynajmniej na razie, dzielić swoją muzyką z innymi właśnie w takiej formie. Nowa płyta oczywiście się robi, ale jeszcze sporo czasu zajmie zanim ją opublikuję.
 – Jeśli pozwolisz spytam się Ziemowita Poniatowskiego, szefa Generatora czy nie byłby tym zainteresowany, oraz właścicieli dwóch zagranicznych labeli, bo sprawa jest warta zachodu. Jesteś dla mnie prywatnie, obok Przemka Rudzia, najciekawszym muzycznym odkryciem tego roku, chociaż oczywiście gracie znacznie dłużej. Twoje nagrania reprezentują wysoki poziom techniczny i są świadectwem niebanalnej wyobraźni. Życzę Ci więc coraz liczniejszego grona słuchaczy.
DW: Ja również bardzo Ci dziękuję.
Damian Koczkodon 

Linki do stron związanych z muzykiem :

 

Przemysław Rudź : „Jestem wielkim piewcą wolności człowieka”

ruuudWarto czasem spenetrować pozornie hermetyczne zakamarki niszowych gatunków muzyki, w których natknąć można się na interesujących twórców. Jednym z nich jest Przemysław Rudź  – utalentowany kompozytor z Gdańska, którego dokonania mają coraz więcej wielbicieli na wąskim rynku polskiej klasycznej elektroniki ale również poza granicami kraju.  Regularnie nagrywa nowe płyty, a kolejna premiera już na jesieni. Postanowiłem przybliżyć jego postać Czytelnikom i zadałem artyście kilka pytań:

DK: Prowadzisz bardzo aktywne życie: nagrywasz płyty, napisałeś kilka książek, wygłaszasz prelekcje i wykłady, bierzesz udział w zlotach astronomicznych, pracujesz jako freelancer, bawisz się, znajdujesz także czas dla swoich najbliższych. Jak udaje Ci się pogodzić tyle spraw?
PR: Dobre pytanie! Tym bardziej, że generalnie nie jestem człowiekiem, który jest jakoś specjalnie uporządkowany, zdyscyplinowany, którego życie ma z góry założony harmonogram. Większość z tego, co udało mi się dokonać wyłoniło się z chaosu. Pracuję zrywami przedzielonymi okresami błogiego lenistwa. Natchnienie to dobre słowo, choć prawdziwy  sens jego realizacji przypisuję większym i bardziej zasłużonym ode mnie.  Tak czy siak, takie okresy pozornej bezczynności pozwalają ładować moje mózgowe baterie potencjałem inspiracji, a ciało siłami fizycznymi niezbędnymi do podtrzymania aktu tworzenia.
DK: Kiedyś powiedziałeś  że dużo ludzi prowadzi „życie ograniczone do jedzenia i wydalania, pracy i spania, kopulacji…”.  Jako artysta masz coś własnego do przekazania, ponad przyziemne sprawy. Co Cię inspiruje, jakie masz przesłanie dla świata?
PR: Dowodem na takie życiowe credo wielu jest wielomilionowa publiczność różnego rodzaju sitcomów, telewizyjnych show i seriali, lektury brukowców oraz temu podobnych rozrywek.  Rzuca się więc łatwo w oczy brak dążeń, aspiracji, czy elementarnej chęci spełniania indywidualnych marzeń. Ludzie ci znajdują substytut własnego szczęścia w postaci ekranowej papki i sukcesów podobnych sobie przedstawicieli tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Jeżeli dodamy do tego modną w  cywilizacji Zachodu postawę, że najważniejsze to być i mieć, „vox populi” z jego stosunkiem roszczeniowym (to i to mi się należy), zawiść, brak życzliwości, obraz naszego świata nie napawa optymizmem. Jestem wielkim piewcą wolności człowieka. Niezbywalnego prawa do realizacji swoich planów, kreowania przedsięwzięć często daleko wykraczających poza aktualne możliwości. Chciałbym, żeby planeta ta była domem dla takich właśnie istot, które w rozumnym indywidualizmie potrafią współdziałać w imię wyższych idei. Postęp nauki i medycyny, sięganie ku krańcom Wszechświata, czynienie świata lepszym dla nas i przyszłych pokoleń. Być może to utopia, ale zawsze jest ku czemu zmierzać… Nie ufam zarazem wszelakim instytucjom, które tą wolność ograniczają, a sens swojego istnienia tłumaczą tzw. czynieniem dobra. Jeżeli np. patrzę na obrady naszego parlamentu, to aż nadto przekonuję się, że wielki czterdziestomilionowy naród skazany jest na działalność legislacyjną intelektualnych miernot, których horyzont myślenia nie wykracza poza termin następnych wyborów. Zresztą w Parlamencie Europejskim sytuacja niewiele się różni…
DK: Zauważyłeś pewnie, że miłośnicy muzyki elektronicznej to często czytelnicy fantastyki, miłośnicy astronomii, pasjonaci świata nauki. Jak byś wytłumaczył tę szczególną zależność?
PR: To ludzie, którzy poza codzienną egzystencją posiadają drugi, o wiele głębszy świat przeżyć wewnętrznych. To osoby wrażliwe, czasem niepozorne, schowane gdzieś za niewidzialną ale szczelną kurtyną. Niektórzy z nich może nawet czują się zaszczuci przez rzeczywistość, stłamszeni przez system. Lektura opowieści o lotach kosmicznych, przygodach bohaterów zdobywających nieznane pozaziemskie światy, a do tego regularne studium nowinek naukowych, odkryć i temu podobnych kwestii, skutecznie pomijanych w wiodących środkach masowego przekazu, sprawia, że to oni daleko bardziej i pełniej rozumieją otaczający nas świat niż przeciętny człowiek. Ich nie obchodzi, czy w tysięcznym odcinku telenoweli Irenka rozwiedzie się ze Staszkiem. Ile osób zastanawiało się dlaczego ptak potrafi latać, albo w jaki sposób powstaje obraz w ludzkim oku, czy dlaczego nagle urywa się Lacrimosa w Requiem Mozarta? Pytań jest całe mnóstwo i właśnie tego typu ludzie łakną na nie odpowiedzi. Są przy tym uodpornieni na demagogię, krytycznie przyjmują polityczną propagandę, potrafią uzasadnić swój punkt widzenia, czy godzinami rozprawiać o swoich pasjach…
DK: Któregoś razu wspomniałeś mi: „Każde przelanie ludzkiej myśli na papier, ubranie w słowa  powoduje,  że ona się materializuje, inaczej by jej nie było, zostałaby niezauważona w kosmicznym chaosie. To jedna z cech człowieka, która odróżnia go od zwierząt, że poza wrodzonymi instynktami potrafi coś stworzyć” Czy będziesz dalej pisał książki?
PR: Oczywiście! Jesienią tego roku ukaże się kolejny przewodnik astronomiczny, który jednak wyczerpuje formułę tego typu wydawnictw mojego autorstwa. Nie chcę popełniać z każdym nowym tytułem swoistego autoplagiatu. Poza tym przy aktualnym poziomie czytelnictwa, zwrot finansowy z tego typu przedsięwzięcia w najlepszym razie jest daleko odłożony w czasie, choć generalnie i tak nie jest w stanie godnie zrekompensować poniesionych wyrzeczeń i ogromnego nakładu pracy. Pewne jednak jest, że coś w przyszłości jeszcze popełnię, może zwrócę uwagę i skoncentruję się na popularnych ostatnio e-bookach z ich bezpośrednim dostępem do Czytelnika, bez pośrednictwa żadnego wydawnictwa.
 DK: Tworzysz muzykę dla ludzi lubiących rozmyślać, penetrujących swoje ego. Na swojej stronie piszesz: „Kontrola nad każdym aspektem brzmienia, tworzenie nowych barw i modyfikowanie już istniejących (…), daje poczucie pełnej wolności”. A  jednak niedawno postanowiłeś to rozszerzyć i nawiązać współpracę z Władysławem Komendarkiem „geniuszem egzystującym w podziemiu”. Jak do tego doszło?
PR: Zacytuję tu fragment tekstu, jaki pojawi się we wkładce do naszego albumu, a który doskonale w moim odczuciu odda atmosferę, w jakiej doszło tej współpracy:
„Kulisy powstania tego albumu są niezwykłe. Wystarczyło jedno spotkanie i krótka wymiana zdań z okazji koncertu Władka, aby po jakimś czasie pomysł wspólnej płyty nabrał realnych kształtów. Znając i ceniąc muzyczny dorobek Gudonisa wiedziałem, że im bardziej progresywny materiał przygotuję, tym chętniej weźmie On udział w przedsięwzięciu. Gdy miałem już wstępnie zmiksowane utwory, to choć brzmiące świetnie i pełne rozmachu, oczywiste było, że sporo w nich jeszcze brakuje, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Gdy odebrałem wreszcie długo wyczekiwaną płytę DVD ze ścieżkami nagranymi przez Władka, po wstępnym miksie niemal nie spadłem z krzesła. To było to, o co chodziło! Internet pokazał tu swe jasne oblicze. Płyta duetu Komendarek & Rudź to efekt ciężkiej i sumiennej pracy, dyscypliny czasowej i, co niezwykle istotne, wymiany ponad setki e-maili, bez których trudno byłoby nam przekazać jeden drugiemu uwagi, osobiste życzenia i sugestie.”
 D.K: Przesłuchałem fragment Waszych nowych wspólnych dokonań. Kapitalna muzyka. Wiem, że ta płyta będzie dużym wydarzeniem w naszym małym światku fanów muzyki elektronicznej. To ciekawe połączenie: nieujarzmiony sceniczny szaman Komendarek i skupiony na swojej pracy, „okresowo” dyscyplinujący się Przemysław Rudź.  Łączy Was jednak kilka spraw: obaj dysponujecie dużym potencjałem i rewelacyjnie miksujecie różne brzmienia. Co powstaje z takiego zderzenia jasno świecących komet?
PR: Jak na razie powstała płyta „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, która jest muzyczną ilustracją tego, co chyba każdemu z nas przytrafia się podczas marzeń sennych. Cudowna byłaby świadomość, że nasi Słuchacze, ciepło odebrali zawartość krążka i włączyli do swego żelaznego kanonu ulubionych el-muzycznych albumów. Osobiście uważam, że płyta jest godna większej uwagi nie tylko ze względu na udział legendarnego Władka Komendarka, ale może też dlatego, że rzadko w naszych czasach można spotkać tak eklektyczne i świeże podejście do tematu. Może to brzmi nieskromnie, ale gdybym nie czuł, że to może być coś naprawdę dobrego, nigdy nie zdecydowałbym się na publikację materiału. Czy kiedyś jeszcze zrobimy coś wespół z Gudonisem? Czas pokaże, choć frajda ze współpracy z nim prędzej czy później przypomni mi ten niesamowity projekt. Muzyczne przyjaźnie zawiązywane są wszak na lata!
DK: Bardzo jestem ciekaw w jakim kierunku rozwinie się Twoja kariera. Życzę Ci, abyś siłą swojego talentu przebił dla tej muzyki mury ludzkiej ignorancji i pozyskał jej wielu nowych wielbicieli.
PR: Kolejny album solowy, o roboczym tytule „Back To The Labyrinth” to mój powrót do odległych czasów szkolnego zespołu, który miał aspiracje aby grać rocka progresywnego i dzięki któremu w ogóle zacząłem myśleć poważnie o muzykowaniu. Będzie to próba uchronienia od zapomnienia części tamtych kompozycji, oczywiście w kompletnie zmienionej formie, nowoczesnej aranżacji i instrumentacji. Szkielet kompozycji już jest gotowy, a ostateczny efekt powinien udowodnić, że album duetu Komendarek & Rudź, to nie był przypadek. Bardzo dziękuję za miłe słowa o mojej muzyce oraz możliwość udzielenia odpowiedzi na powyższe pytania. Zainteresowanych moja twórczością zapraszam do kontaktu za pomocą poczty elektronicznej, śledzenia mojej strony internetowej, profilu na Facebooku.
Damian Koczkodon 

 

Przemysław Rudź : „Misanthropic Aliens”

Bardzo polecam  wszystkim utwór Przemysława Rudzia pt. „Misanthropic Aliens”, który ukaże się na płycie „Paintings” pod koniec września br. nakładem wytwórni „Generator.pl”

Przemysław Rudź – Misanthropic Aliens

 

 

Poniżej pełna tracklista zapowiadanego albumu :

1. Hidden Nooks Of Our Ego (feat. Adam „Smok” Bórkowski)
2. Sowers Of Interstellar Intellects
3. Cosmic Primordial Soup
4. Who Goes There?
part 1 – That’s Not A Dog!
part 2 – Perfect Imitation (Humanity Reprise)
part 3 – Aftermath
5. Astral Beings Hatchery
6. Misanthropic Aliens
part 1 – Whispers From The Ancient Permafrost
part 2 – Helpless Prisoners Of Fiction
part 3 – Diplomacy Failed

To będzie ciekawa podróż 🙂

Marcin Melka 

Przemysław Rudź : „Natchnienie jest rzeczą ulotną”

Przemek
D.K.:  Od naszego ostatniego wywiadu minęło pół roku.  W międzyczasie ukazała się płyta „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, nagrana wspólnie z Władkiem Komendarkiem. Umocniła Waszą pozycję na coraz większym rynku rodzimych i zachodnich kompozytorów. Władek, zasłużony nestor polskiej elektroniki, niejako przekazał Ci na niej, że użyję przenośni „berło, koronę i jabłko”.  W ciągu dwóch lat  skomponowałeś pięć dobrych, zróżnicowanych płyt.  Nie czujesz się wypalony?
PR: Ja? Wypalony? Ależ skąd! Zdaję sobie sprawę, że coś takiego jak wena nie jest dane raz na zawsze i kwestią czasu jest okres zastoju twórczego, czy zwiastuny syndromu wypalenia. Spotykało to największych w historii, bez względu na rodzaj muzyki i wydarzenia, jakich byli świadkami. Tym bardziej ja, skromny muzykant z Trójmiasta nie będę raczej w tej kwestii  wyjątkiem. Natchnienie jest rzeczą ulotną, dlatego też korzystam z każdej okazji aby dać upust temu co we mnie siedzi i wyrywa się ku głośnikom. Wiele z melodii, sekwencji, pochodów harmonicznych zapisuję z marszu w sekwencerze, często nadając im śmieszne nazwy. Wszystko to w nadziei, że kiedyś przyjdzie na nie właściwy czas. Ważne jest aby kompozycje, zanim ujrzą światło dzienne, przeszły przez wewnętrzny jakościowy odsiew ziaren od plew, co będzie szczególnie ważne w okresach spadku artystycznych lotów. Lepiej poczekać na lepszy okres, niż na siłę karmić Słuchaczy materiałem, do którego nie ma się przekonania, że wart jest prezentacji. Ilu  poetów, pisarzy i kompozytorów wolałoby zapomnieć i odesłać w niebyt swoje pierwsze lub  mniej udane utwory? Może więc jednak świadome zaniechanie jest receptą na podtrzymanie pewnego poziomu, poniżej którego nie wypada schodzić? Tylko jak tu zachować dystans do samego siebie? Oto jest pytanie! A co do Władka, to wierz mi, że może w ostatniej płycie jest element tej symboliki, o której wspomniałeś, jednak jestem przekonany, że Władek walczy dalej dzielnie i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie zanim powie dosyć. Tak po prawdzie, to po prostu wiem, że on nigdy nie przestanie. I chwała mu za to!
M.W.: Obserwuję twoją twórczość już klika lat, wiele również dyskutowaliśmy na tematy muzyczne czy ogólnie poruszaliśmy drażliwy temat egzystencji w obecnych czasach. Dla mnie Przemku jesteś takim… Frankiem Zappą wśród wykonawców muzyki elektronicznej. Dlaczego? Otóż w Twoich wypowiedziach widzę niezależność w  pojmowaniu świata i w ogóle – tak jak Zappa – idziesz pod prąd ze swoimi muzycznymi fascynacjami. Nowy album ”Paitings” dobrze obrazuje Twoją postawę, nie idziesz na łatwiznę i burzysz ogólnie przyjęte wzorce muzyki elektronicznej. Twoja buntownicza postawa przypomina mi samego Franka, ale i… tych wielkich eksperymentatorów 20 wieku. Czy Twoja nowa muzyka to ambient, awangarda czy nowy eklektyczny kierunek w EM?
PR: Już samo ideologiczne porównanie mnie do Zappy powinno nakarmić moje „ja” na kolejne pół roku albo i dłużej. Dzięki! Zappa był artystą ponadczasowym z kosmicznie wielu powodów. Wystarczy wspomnieć posunięty czasem do skrajności eklektyzm jego muzyki, otaczanie się lepszymi od siebie instrumentalistami i kompozytorami (Bozzio, Belew i inni), wszystko to w połączeniu z niespożytą wyobraźnią, energią podczas nagrywania płyt, a zwłaszcza koncertów. To tylko niektóre z przyczyn, jakie uczyniły z niego gwiazdę pierwszego formatu. Gdzież mi do tej skali talentu, choć zdaję sobie sprawę, że wybrałem inny rodzaj muzyki, której energia nie wynika z karkołomnych popisów technicznych czy eksplozji scenicznej, a z treści jaką ze sobą niesie i tego jak potrafi zapłodnić wyobraźnię wrażliwego Słuchacza. W chwili, w której piszę te słowa słucham cudownych Partit J.S. Bacha granych przez niezapomnianego Glenna Goulda. Po tej dawce baroku na najwyższym poziomie pewnie dla kontrastu odpocznę przy Thin Lizzy, albo którejś z płyt Genesis albo King Crimson. Zatem to, że pokochałem szczególnie elektronikę nie zwalnia mnie od śledzenia dzieł i pasjonowania się dokonaniami innych autorów nie tylko z epoki w której żyję, ale może przede wszystkim tych, dzięki którym muzyka tak bardzo rozwinęła się formalnie i poszła do przodu – którym każdy rockman, jazzman, bluesman, czy w końcu twórca el-muzyki jest winien najwyższe uznanie.
Postawiłem sobie za cel, aby każda moja płyta dotykała nieco innego obszaru muzyki elektronicznej, ale nie tylko elektronicznej. Przemycam tam świadomie bądź podświadomie elementy ambientu, rocka progresywnego, popu, czasem nawet jazzu i muzyki klasycznej. Tak jak Zappa lubię się otaczać lepszymi instrumentalistami od siebie, bo mam bardzo duży dystans do własnej techniki gry. Bez żadnej żenady powtarzam, że okiełznana technologia w parze z wyobraźnią muzyczną może zdziałać cuda. To tak oczywiste jak wybór lotu samolotem w odległe miejsce, zamiast podróży furmanką. Niby cel ten sam ale środek ku temu diametralnie inny, dowiązany do obecnych czasów i możliwości. Jeszcze kilka lat temu nie miałem pojęcia, że nagle będę miał na koncie pięć płyt autorskich i dwie kolejne „w zapasie”, które obecnie dopieszczam i szlifuję, aby kiedyś zabłysły jak prawdziwe diamenty. Bliżej może mi przez to do określenia „pisanie muzyki”, bo faktycznie wygląda to często jakbym ją pisał niż wprowadzał z palca do pamięci komputera. A więc podkreślę to jeszcze raz – niedostatki techniczne można zrekompensować po prostu czuciem i umiejętnością przenoszenia tych wrażeń na świat dźwięków, brzmień, harmonii i dysonansów. Czy to już nowy styl w el-muzyce? Myślę, że bardziej próba stworzenia tego charakterystycznego brzmienia, które czyni artystę oryginalnym i rozpoznawalnych w natłoku innych. Myślę, że małymi kroczkami zmierzam w dobrym kierunku…
D.K.: Miałem przyjemność poznać surowy materiał z przygotowanej przez Ciebie najnowszej płyty, którą roboczo zatytułowałeś „Paintings”. Ukazujesz na niej niejako swoje nowe oblicze. Ta muzyka jest bardziej niepokojąca, mroczna i posępna niż dotychczasowe dokonania…
PR: Usiadłem do tej muzyki nie mając nic wcześniej przygotowanego, zupełnie jakbym wziął czystą ramę z płótnem i zaczynał malować pejzaż. Stąd też tytuł płyty, który sugeruje, że materiał zawarty na krążku będzie bardziej ambientowy niż zwykle. To całkowicie zamierzone. Około 60 minut elektronicznych impresji na różne tematy. Tak, momentami jest bardzo mrocznie i posępnie – wśród utworów znalazł się pierwszy cover w historii moich zmagań z klawiaturami. Opracowałem utwór Humanity Part 2 autorstwa Ennio Morriccone, który nadał niezwykły klimat grozy legendarnemu już horrorowi Johna Carpentera pt. „The Thing”. Mam nadzieję, że tym którzy widzieli i słyszeli, moja wersja przypadnie do gustu i odświeży nieco wspomnienia o fabule filmu, natomiast tym, którzy usłyszą go po raz pierwszy, moja wersja będzie się bardziej podobała niż oryginał 🙂 🙂 🙂
Nigdy nie ukrywałem, że mollowe klimaty bardziej do mnie przemawiają niż wesołe durowe harmonie. Muzyka elektroniczna idealnie nadaje się do budowania atmosfery tajemniczości, czasem i niepokoju, a te jak wiadomo wymagają bardziej posępnych tonacji, brzmień, pochodu akordów i rytmiki. Udaje mi się to przez szerokie stosowanie wirtualnych symulatorów dawanych syntezatorów analogowych, takich jak Moog Modular, ARP 2600, czy Prohpet 5, Yamaha CS80 i innych. Niewiele jest instrumentów, których brzmienie tak mocno pobudza wyobraźnię, jak właśnie te „stradivariusy” muzyki elektronicznej (jak to pięknie kiedyś określił J-MJ).
M.W.: Twoja jeszcze nie wydana płyta  budzi moje spore zainteresowanie.  Nie tylko z powodu samej muzyki ale i … frapujących  sampli, które wykorzystałeś na „Paintings”, że podobnie jak Władek Komendarek próbujesz wyławiać dźwięki z natury by potem je przetransponować na sample, myślę, że to wyraz Twojego parcia na oryginalność, co mnie cieszy. Powiedz mi jakie instrumenty wykorzystywałeś przy produkcji nowej  płyty „Paintings” ?
PR: Jak już wspomniałem, na nowej płycie wykorzystałem szeroko instrumenty analogowe w ich wirtualnych wersjach (gdzież bym to wszystko pomieścił w domu, gdybym miał dostęp do prawdziwych maszyn?!). Do tego doszły sample nagrane zarówno przeze mnie, jak i moich przyjaciół. Szczególnie ciekawie wyszły kosmiczne dźwięki trzaskającej kry na zamarzniętym jeziorze, które do złudzenia przypominają efekty uzyskiwane w czasie eksperymentów z analogowymi syntezatorami modularnymi! A przecież to czysta natura! Ostatni utwór na płycie Hidden Nooks Of Our Ego produkuję we współpracy z moim serdecznym kolegą Adamem „Smokiem” Bórkowskim, który poświęcił się dla sztuki i zapewnił świetne sample poznańskiej ulicy w godzinach szczytu. Utwór ten zostanie też wzbogacony moimi szeptami i zmodulowanym głosem Adama. Będzie siła, zapewniam! Daleko mi do skali wykorzystywania dźwięków naturalnych, jak robi to Władek Komendarek. Może jednak to jakiś skromny zaczyn tego, co pojawi się w mojej muzyce w przyszłości?
  
D.K.: Wśród nagranych na „Paintings” utworów jest kompozycja „Who Goes There”. Po raz pierwszy tak dobitnie dałeś wyraz swojej fascynacji kinem będącym mieszanką thrillera i SF. Nie przejmowałeś się ewentualnymi kąśliwymi docinkami?
PR: Kocham literaturę SF, kocham naukę i jej postęp. Jestem mentalnym dzieckiem i wychowankiem Lema i jemu podobnych. Nic więc dziwnego, że śledzę dokonania kinematografii, które zahaczają o w/w tematykę. Thriller Carpentera chodził za mną od dłuższego czasu, postanowiłem więc spróbować wczuć się w klimat filmu tak jak mógł to robić twórca ścieżki dźwiękowej, słynny Ennio Morriccone. Tak, spodziewam się, że niektórzy zarzucą mi porywanie się z motyką na Słońce, albo kalanie klasyków. Zapewniam jednak, że wersja utworu, która wciąż ewoluuje, przechodzi za każdym razem wspomniane już wewnętrzne jakościowe sito – zarówno moje, jak i bliskich mi osób. A to oznacza, że jeśli nawet nie będzie to wersja bijąca na głowę oryginał, to będzie to moje w pełni świadome spojrzenie na temat, z zachowaniem szacunku dla kompozytora, autora scenariusza i reżysera.
M.W.: Twoja muzyka znakomicie współgra z mrocznym kinem SF czy horrorami. Zwłaszcza interesujący cover muzyki Ennio Morricone do filmu „The Thing”, może sugerować twoje zapędy w tym kierunku. Czy dostałeś kiedyś jakiś sygnał od ludzi z branży filmowej o ewentualnej współpracy odnośnie soundtracku? Myślę, że Twoja muzyka wybitnie uzewnętrznia mroczne ego człowieka często zagubionego w meandrach ludzkich skomplikowanych życiowych historii. Ilekroć słucham twojej el-muzyki, a zwłaszcza próbki  najnowszej, jeszcze nie wydanej płyty „Paintings”,  po włączeniu „play”w mojej głowie wyświetla  się film. Muzyka tak silnie oddziałuje, że  moja wyobrażania pokazuje film do twojej muzyki. Co o tym sądzisz?
PR: Myślę, a w zasadzie wiem, że wciąż jestem twórcą tak bardzo niszowym, że nikt ze świata filmu nie słyszał o moim istnieniu. Wyprawa w rejony muzyki filmowej na pewno byłaby niezapomnianą przygodą i wyzwaniem, po cichu marzę więc o takiej szansie. Mam zatem nadzieję, że mój dotychczasowy dorobek artystyczny przekona kiedyś odpowiednie osoby, co zaowocuje kontraktem i poświęceniu się jakiemuś ciekawemu projektowi  filmowemu, obojętnie czy fabularnemu czy dokumentalnemu. Na chwilę obecną podjąłem niewielką współpracę z firmą Inventica, która wyprodukowała astronomiczną aplikację pt. The Milky Way na mobilne produkty firmy Apple. Muzyczne tło w niej wyszło spod moich palców i podobno podoba się użytkownikom. A wracając do roli muzyki w filmie, to jest ona przecież niebagatelna. Wyobrażasz sobie Blade Runnera bez muzyki Vangelisa?
D.K.: Mogłeś nagrać jeszcze ze trzy płyty w stylu „Summa Technologiae” i pewnie nikt by nie protestował. Ale to nie jest myślenie progresywne. Ty ciągle szukasz, badasz, składasz dźwięki na nowo. Na najdłuższej suicie „Hidden Nooks Of Our Ego”, gdzie eksploatujesz niedostępne zakamarki ludzkiej jaźni,  nie wahałeś się użyć nawet swojego głosu…
PR: No właśnie, jest tu pewien dylemat na linii artysta/słuchacz. Z doświadczenia wiem, że odbiorcy muzyki są często konserwatywni w gustach i jak się im spodoba jakaś płyta zespołu czy solisty, to automatycznie chcieliby aby następna była podobna. Tak było dla przykładu  z legendarnymi płytami Oxygene/Equinoxe. Jarre wiedział co robi kontynuując klimat i brzmienia Oxygene na drugim krążku. Myślę, że wielu by się rozczarowało (i ja również się do nich kiedyś zaliczałem), gdyby po „tlenowym” sukcesie pojawiła się mniej komercyjna płyta Zoolook. Dla wielu artystów może to być zabójcze artystycznie, bo ileż można oklepywać jeden temat! Mądrze jest próbować skłonić Słuchaczy aby zaufali i poszli razem z wykonawcą  akceptując jego dążenie do zmian. Oczywiście o ile on sam się w tym nie zagubi i nie straci na jakości i szczerości przekazu. Nie będąc zakładnikiem własnej popularności i marketingowego podejścia do twórczości, mam zdecydowanie łatwiej. Ta, oczywiście jest ważna, zwłaszcza gdy stanowi  podstawę utrzymania. Jednak nie robię sobie złudzeń, że kiedyś na moje konto zaczną wpływać tysiące dolarów ze sprzedaży płyt. Dlatego też każda z nich, choć zawsze dowiązana do ogólnego nurtu el-muzyki, penetruje regiony dalsze, czasem zupełnie z nią nie związane. Myślenie progresywne wyniosłem z ogólnego zainteresowania muzyką, jej historią i stylami, ale oczywiście nie tylko muzyka jest tu ważna. To raczej postawa światopoglądowa, w której szanując dorobek poprzedników i budując na nim nowe, odbywa się prawdziwy postęp. Wiele lat przede mną tak myślano, uważam to za właściwe i twórcze.
M.W.: Jak twoja piękniejsza polowa czyli Joanna wytrzymuje trud egzystencji z tak barwną osobowością jaką jest Przemek Rudź. Czy między wami istnieje  prawdziwa relacja rodzinna? Wiadomo, te czasy nie sprzyjają rozwojowi rodzinnej ciepłej atmosfery, a może Ty i w tym przypadku idziesz pod prąd i stawiasz rodzinę na pierwszym miejscu. Czy ta kwestia jest dla ciebie pierwszorzędnym priorytetem?
PR: Myślę, że jakoś daje ze mną radę i partnersko jesteśmy całkiem nieźle dopasowani. Jeżeli między dwojgiem ludzi jest uczucie i zrozumienie potrzeb drugiej strony, to trzeba się naprawdę solidnie postarać, że by wszystko spartolić. Odpukać w niemalowane, ale nam to na razie nie grozi 🙂
 
D.K.: Grasz teraz mniej jest soczystych sekwencji, one występują, ale raczej jako element uzupełniający. Właściwie Twoją nową muzykę można zdefiniować, choć to nie będzie precyzyjne,  jako wyprawę w świat zimnego ambientu i industrialu. Tytuły sugerują odwieczny kosmos, zimne lodowce, wylęgarnie astralnych istot… To rodzaj ucieczki przed bardziej namacalnymi problemami życia, czy może wyraz pewnej fascynacji?
PR: Z normalnym życiem mamy wszyscy do czynienia na co dzień. Praca, obowiązki, szukanie źródeł dochodu, zlecenia, umowy, podatki, ZUS i inne tego typu paskudztwa. Komponowanie i mentalne penetrowanie odległych i wyimaginowanych światów to odskocznia od szarości egzystencji, zalewu tandetnej i wszechobecnej reklamy, ucieczka od rozpasanej głupoty wokół nas. To lekarstwo zarówno dla kompozytora jak i ludzi, których zabiera on w muzyczną podróż. Nowa płyta taka właśnie jest – surowa, sterylna, zimna i transcendentna. Jednak poprzednie płyty zawierają też wiele utworów lżejszych, mniej minorowych czy onirycznych. Nie jestem więc aż tak bardzo wyrazicielem i medium tej ciemnej strony rzeczywistości. Myślę, że „Obrazami” zrównoważę jakoś to, co w mojej muzyce było do tej pory optymistyczne i pozytywne jeśli chodzi o jej nastrój. A wszystko po to, aby na kolejnym krążku znowu zaskoczyć Słuchacza czymś rytmiczniejszym, żywym i z pierwiastkiem bardziej ludzkim.
M.W.: Wiem że jesteś miłośnikiem astronomii, wydałeś książki w tym temacie, świetnie to się przekłada na twoje muzyczne fascynacje. W jakim stopniu dość trudna filozofia naszego wspaniałego pisarza S.F –  Stanisława Lema wpłynęła na twoją osobowość? Wiemy dobrze obaj, że Lem długo przed naszym narodzeniem (uśmiech) przewidział to całe zło, które drąży od lat naszą cywilizację. Czy nadal twórczość Lema i jego ponadczasowe książki w dobie super nowoczesnej technologii mają coś odkrywczego? Czy element wiary w człowieka i jego możliwości  i jego entuzjazm jest nadal Ci bliski?
PR: Wciąż jestem zafascynowany jego twórczością. Czytam właśnie z zapartym tchem listy Lema i Mrożka, które pokazują obu geniuszy od tej prawdziwszej, aczkolwiek mało znanej ludzkiej strony. Oczywiście esencją Lema są jego powieści i traktaty filozoficzne, czasem warto jednak poznać go jako normalnego człowieka, członka społeczności i rzeczywistości, która determinuje życiowe wybory i decyzje. Lem przestrzegał i wciąż przestrzega, nie wiem, czy cokolwiek z jego książek trafiło do kanonu lektur szkolnych, ale pewne jest że na to zasługuje. Często o Nim myślę i wracam do jego dowcipnych historii, które często rozładowywały napięcie w fabule. Myślę, że tak już pozostanie i dobrze mi z tym…
D.K.:  Na Facebooku piętnujesz bez ogródek nieudolność świata polityki. Wynika to pewnie z troski o nasze wspólne dobro. A co myślisz o ACTA i całym tym zamieszaniu jakie obecnie ma miejsce?
PR: Powiem krótko – gardzę politykami. To eufemizm, bo nie chcę używać bardziej wulgarnego i dosadnego języka. Jestem liberałem, może nawet i libertarianinem, dlatego też szczególnie interesuje mnie stopniowe ograniczanie wolności ludzi przez ograniczonych umysłowo osobników, którzy mają święte przekonanie o swojej misji. Dobrze się dzieje, że w dobie internetu, jednostki myślące podobnie do mnie mają szanse organizować się i przynajmniej werbalnie stawiać opór politycznym cynikom, którzy dla utrzymania się na stołku są w stanie zrobić z siebie najbardziej służalcze dziadostwo, zarówno tu na polskim podwórku, jak i na arenie międzynarodowej. Zawiodłem się już praktycznie do wszystkich i widzę, że w tym systemie nawet św. Piotr zacząłby w końcu kraść. Ludzi traktuje się jak bydło, a najgorsze jest to, że oni sami nauczyli się takim właśnie bydłem być – prowadzonym, chronionym, czasem zdzielonym batem, czasem nakarmionym. Idealnie jest więc wtedy, gdy nie zadaje się pytań, nie kontestuje się rzeczywistości, nie patrzy na ręce i zakulisowe rozgrywki na salonach.
Ostatnie wydarzenia z ACTA w roli głównej zwróciły uwagę na to o czym wyżej napisałem. Możemy w końcu wpływać na to, co dzieje się na szczytach władzy. Skoro przez te kilkadziesiąt lat rozwoju socjalu w Europie, zabrano ludziom możliwość decydowania praktycznie o najważniejszych kwestiach związanych z ich życiem, to cieszy każdy przejaw buntu, jaki towarzyszy podpisaniu ACTA. Sądzę, że kwestie praw autorskich trzeba jakoś uregulować z zachowaniem odpowiedniego umiaru po jednej i drugiej stronie. Śmieszy mnie, że można czerpać w nieskończoność tantiemy za „Nie płacz Ewka” i każdy przejaw tego, notabene całkiem fajnego, kawałka w internecie i innych mediach. Dobrze też wiem, że własność intelektualna i artystyczna oraz jej poszanowanie powinno chronić przez jakiś czas ludzi (10, 15, 20 lat?), którzy mają talent, chęci i możliwości aby sztuką, wynalazkami i innowacjami jakoś pchać ten świat do przodu. Kto to zrobi jak nie oni? Inaczej ogarnie nas stagnacja i mentalna jałowość wśród półgłówkowatych jednostek niepotrafiących wyciągnąć pierwiastka kwadratowego z 9. Gdy kwestia dotyczy internetu i ogromu informacji jaka się w nim znajduje, sprawa wygląda jeszcze bardziej jaskrawo. Jestem przekonany, że gdyby podejść do tematu restrykcyjnie, albo wręcz totalnie, byłby to bat ukręcony przez twórców na samych siebie – ludzie baliby się cokolwiek pokazać, wysyłać, dyskutować. Możliwe, że reakcją na to byłoby powstanie jakiegoś tajnego internetu, zupełnie jak szara strefa w gospodarce. Ciekawi mnie też, jakby miała wyglądać kontrola, bo każde prawo trzeba jakoś egzekwować – trzeba by ustanowić nad światem jakiegoś wszechwładnego Wielkiego Brata i jego mniejszych lokalnych Braciszków, którzy obserwują co się u każdego w domu dzieje. Tego chcemy, czy może przesadzam?
D.K.: Niedawno wspomniałeś mi że masz materiał na trzy kolejne płyty. Czego oprócz „Paintings” możemy się jeszcze po Tobie spodziewać? Czy jest tam progresywny materiał pt. „Back To The Labyrinth”?
PR: Bardzo chcę ukończyć prace nad muzyką, która jest powrotem do lat licealnych, kiedy byłem klawiszowcem elbląskiej progresywnej grupy Labirynt. Przypomniałem sobie stare dobre czasy i wybrałem z tego repertuaru najciekawsze moim zdaniem kompozycje, solidnie je przearanżowałem, nadałem nowoczesne brzmienie osadzając w stylistyce szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Już teraz, po pierwszych nagraniach wiem, że utwory te nabrały nowego życia, kolorów, energii i wraz z innymi kompozycjami tworzą spójną i zamkniętą całość, która nawiązuje nieco stylistyką do ostatniej płyty z Władkiem Komendarkiem, choc więcej w niej charakterystycznych dla mnie harmonii. A że ma być bardziej rytmicznie i rockowo, jak wspomniałem wcześniej, potrzebuję tam trochę żywych instrumentów. Niecierpliwie czekam więc na wolne moce przerobowe moich muzycznych przyjaciół, który zgodzili się znów pomóc mi w kolejnym projekcie.
Dziękujemy Ci serdecznie za wypowiedzi i niecierpliwie czekamy na nowe wydawnictwa.
PR: Dziękuje również za pytania. Mam nadzieję, że potencjalni czytelnicy przebrną przez tego „tasiemca”. Do zobaczenia!
Źródło : Trzeci wymiar muzyki Wywiad przeprowadził : Mariusz Wójcik i Damian Koczkodon.