Vangelis – milczący geniusz

vangelisIle zajmuje mu skomponowanie i nagranie płyty? Dokładnie tyle, ile… ona trwa. Na pianinie zaczął grać w wieku czterech lat – dwa lata później miał swój pierwszy autorski recital. Choć jest samoukiem i nie zna nut, uchodzi za największego mistrza muzyki elektronicznej. Niektóre jego utwory są równie rozpoznawalne jak „V symfonia” czy „Gwiezdne wojny”, ale o nim samym wiadomo niewiele. Właśnie artysta skończył w dniu 29 marca br.             70 lat.

Nigdy nie odebrałem Oscara, został mi dostarczony – mówi Vangelis, prawdopodobnie najpopularniejszy kompozytor w historii Grecji, ikona muzyki elektronicznej, jej wielki pomysłodawca, innowator i popularyzator. Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej otrzymał raz, za kompozycje napisane do dramatu sportowego „Rydwany ognia” („Chariots Of Fire”, 1981), opisującego trudną drogę dwóch brytyjskich sportowców do startu w Igrzyskach Olimpijskich. – Dowiedziałem się o niej rano, gdyż w nocy spałem – dodaje. Co można powiedzieć o jego jedynej w swoim rodzaju muzyce? Wszystko albo… nic, bo tak naprawdę nie potrzebuje ona żadnego komentarza.

Często się mówi, że tylko Vangelis potrafi za pomocą jednego uderzenia w klawisze wyrazić więcej niż niejedna orkiestra całą symfonią. Że jego pełna harmonii muzyka najwspanialej oddaje zarówno bezmiar kosmosu, jak i majestat oceanu czy w ogóle potęgę natury. I że choć tworzona jest na syntezatorach, wspaniale odbijają się w niej najpiękniejsze ludzkie emocje. To są jednak tylko słowa.

Sto płyt do wydania

Nie trzeba być zapamiętałym kolekcjonerem płyt Vangelisa, by wiedzieć, jak wszechstronnym i oryginalnym jest twórcą – wystarczy posłuchać jego innych ścieżek dźwiękowych („Łowca androidów”, „1492- Zdobycie Raju”) czy którejś z płyt nagranych zarówno solowo („Heaven and Hell”, „Mask”, „Direct”, „Voices”) albo z Jonem Andersonem z grupy Yes („The Friends of Mr. Cairo”, „The Private Collection”).

Łącznie kompozytor wydał czterdzieści płyt, ale i tak fanów nie rozpieszcza – w swoich archiwach ma materiał na znacznie więcej. Jak wyjaśnia, w ostatnich latach nie dzieli się nim, gdyż nie lubi biznesowego aspektu swojej pracy, sprawiającego, że jego twórczość staje się produktem. – Dla mnie nie ma czegoś takiego jak album, są jedynie części muzyki – mówił w 1992 roku. – Tworzę każdego dnia, ponieważ w taki sposób funkcjonuję. Gdybym przestał grać i komponować i nigdy więcej nie dotknął keyboardu, i tak miałbym ze sto płyt do wydania.

Wszystko w swoim czasie

Na podkreślenie zasługuje zupełnie unikalne podejście Vangelisa do procesu twórczego – artysta komponuje i nagrywa w tym samym czasie, za pierwszym podejściem, rzadko później coś zmieniając. Wyjątek stanowią utwory, w których pojawia się śpiew. – Kompozycja, orkiestracja, kierunek muzyczny i proces nagrania muszą mieć i mają miejsce symultanicznie – zapewnia. – W jaki sposób to robię? Nie wiem. Unikalna umiejętność komponowania i nagrywania w tym samym momencie jest tym bardziej zadziwiająca, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Vangelis nigdy nie uczył się muzyki, nie umie czytać nut ani zapisywać jej w jakikolwiek sposób. – Po prostu zacząłem grać na pianinie, bez żadnego przygotowania – wspomina.

Zabawa w jazz

Zaczął, i to bardzo wcześnie. Evangelos Odysseas Papathanassiou urodził się 29 marca 1943 roku w Grecji, w małej wiosce nieopodal miasta Volos. W domu stało pianino, na którym grał już wieku czterech lat – z takimi powodzeniem, ze dwa lata później wystąpił na recitalu z własnymi kompozycjami. Rodzice wysłali go co prawda do szkoły muzycznej, ale po kilku tygodniach przestali naciskać, by do niej uczęszczał.

Nie znosiłem tego, jak mnie uczono – wspomina. – Nie umiałem czytać muzyki, grałem wszystko ze słuchu, tylko własne kompozycje – tłumaczy.

W wieku piętnastu lat dołączył do szkolnego zespołu Forminx, z którym zdobył w Grecji sporą popularność, grając zarówno własne kompozycje, jak i popularne przeboje, często w jazzowych aranżacjach. – Staliśmy się gwiazdami, nie zdając sobie w zasadzie sprawy z tego, co się działo. To było miłe, ale nie myślałem o robieniu kariery. Znakomicie się bawiłem, jak to nastolatek.

Dziecko Afrodyty

Na międzynarodowy sukces Vangelis czekał do roku 1968 – wtedy to, mieszkając już w Paryżu (z Grecji wyjechał w trakcie niepokojów politycznych) współtworzył założoną jeszcze w ojczyźnie grupę Aphrodite’s Child – w jej składzie był między innymi wokalista Demis Roussos. Wielką popularność zdobyła zwłaszcza piosenka „Rain and Tears”. W ciągu pięciu lat zespół sprzedał łącznie około 20 milionów egzemplarzy swoich płyt i singli. – Byłem młody… To nie jest tak ważny okres w moim życiu jak mogłoby się wydawać – podkreśla dziś.

Grupa rozpadła się w 1972 roku, po nagraniu kontrowersyjnego i mało komercyjnego albumu „666”, opartego na Apokalipsie św. Jana. – Demis chciał dalej drążyć w tej kopalni, a ja – zamknąć ten rozdział tak szybko jak to możliwe. Byłem przekonany, że tam, gdzie zaczyna się drążenie formuły sukcesu, kończy się kreatywność. I dlatego się rozstaliśmy. Każdy z nas miał swoją wizję kariery. Ostatecznie obaj osiągnęliśmy to, co sobie założyliśmy.

Inne pola, inne uniwersa

Mimo swojego dystansu do sukcesu, w latach 70. Vangelis stał się gwiazdą muzyki elektronicznej – popularność zdobyły zwłaszcza płyty nagrane po przeniesieniu się przez twórcę do Londynu (1974) i założeniu tam nowoczesnego, 24-ścieżkowego studia Nemo – albumy „Heaven and Hell”, „Albedo 0.39”, „Spiral czy „China”, to dziś klasyka muzyki elektronicznej.

Jak artysta podkreśla, w stronę syntezatorów zwrócił się dlatego, ze dźwięk pianina nigdy mu nie wystarczał. – Kocham je, ale ma swoje ograniczenia – zwraca uwagę. – Chciałem eksplorować inne pola, inne uniwersa. Pianino nie było wstanie mi tego zapewnić.

Vangelis nie tylko eksperymentował na niezliczonej liczbie kupowanych przez siebie instrumentów, ale tworzył też własne, dzięki którym mógł osiągnąć dokładnie takie brzmienie, na jakim mu zależało. Zapytany, czy nie myślał o udostępnieniu ich innym muzykom, odpowiada: – Nawet gdybym to zrobił, nie byliby w stanie na nich zagrać. Wymagają innej techniki, zupełnie innego kierunku.

Prosty, nostalgiczny i wzniosły

Lata 80., to okres największych sukcesów, zapoczątkowany sukcesem „Rydwanów ognia”, pierwszej nagrodzonej Oscarem elektronicznej ścieżki dźwiękowej w historii, nagranej już po zamknięciu studia Nemo.

Wydany na singlu „Titles”, temat główny tej ścieżki dźwiękowej, to dziś stuprocentowa popkultura – prosty, nostalgiczny, i wzniosły utwór, z niemal natychmiast zapadającą w pamięć syntezatorową melodią, przez pięć miesięcy utrzymywał się w czołówce notowań amerykańskiego Billboardu, stając się też oficjalnym hymnem Igrzysk Olimpijskich w Sarajewie. Cały album tylko w pierwszym roku od premiery znalazł trzy miliony nabywców.

Za pierwszym razem

Chwila, w której decyduję się napisać muzykę do filmu, oznacza, że jestem kompatybilny z reżyserem i jego dziełem – tłumaczy Vangelis. – Kiedy już uzgodnimy moje podejście, to mam już w głowie ostateczną wersje muzyki i w zasadzie gram podczas projekcji. Tak więc to, co słyszycie, jest w zasadzie pierwszym podejściem. I zwykle nie wracam do tego, co już nagrałem, chyba że zmienia się scena. Mogę zmienić szczegóły tu i ówdzie, ale 90 procent tworzę przy pierwszym podejściu.

Sam artysta, choć nie nazywa „Rydwanów ognia” swoją najlepszą muzyką, zdaje sobie sprawę, że w znacznej mierze dzięki niej jego dorobek stał się jednym z najważniejszych towarów eksportowych Grecji. – Rzadko się zdarza, by kompozytor uznawał swoje najpopularniejsze dzieło za najlepsze – zauważa. – Nie jestem tu żadnym wyjątkiem. Mam jednak na koncie mnóstwo rzeczy, z których jestem o wiele bardziej dumny.

Do raju z opóźnieniem

Bardziej dumny może być choćby z muzyki, jaką napisał do „Łowcy androidów” Ridleya Scotta – równie kultowej, jak sam film. Wspaniale korespondującej z subtelną, ale mroczną wizją przyszłości, jaką zachwycił widzów reżyser.

Olbrzymią popularność zdobył temat z innego filmu Ridleya Scotta „1492 – Zdobycie Raju” („1492 Conquest of Paradise”), rozpisany na instrumenty elektroniczne, orkiestrę i chór hymn odkrywców nowych ziem, wyśpiewujących swoją pieśń w pozbawionym słów języku. Kompozycja często towarzyszy imprezom politycznym i sportowym, podobnie jak „Chariots of Fire” – warto jednak posłuchać całej płyty, z pełną majestatu muzyką, pięknie nawiązującą do epoki renesansu.

Co ciekawe, film poniósł komercyjną porażkę, więc w momencie swojej premiery ani soundtrack, ani singiel nie zdobyły należnego im rozgłosu. Zmieniło się to po trzech latach. Wtedy to niemiecki bokser Henry Maske zaczął wychodzić w rytm „Conquest of Paradise”. Sportowiec wystąpił też w specjalnym klipie. W samych tylko Niemczech singiel znalazł ponad półtora miliona nabywców.

Muzyka, a nie miliony

Vangelis, cokolwiek tworzył, nigdy nie odcinał kuponów od „Rydwanów ognia” – kolejne płyty, jakie nagrywał, były zupełnie inne, często eksperymentalne, jak awangardowe „Invisible Connections” (1984), „Soil Festivities” (1984), stworzone na skutek fascynacji przyrodą, zwłaszcza ruchem owadów, chóralne „Mask” (1985) czy niezwykle eklektyczne „Direct” (1988), budujące pomost między klasyką, etniką a nowoczesnością.

Nie miałbym żadnego problemu z nagraniem kolejnych „Rydwanów ognia”, ale nie byłoby to ekscytujące – tłumaczył w jednym z wywiadów. – Gdy dałem wytwórni płytę „Soil Festivities”, była na mnie bardzo zła, gdyż nie znalazł się tam żaden przebój. Nagrałem ją, gdyż chciałem tworzyć muzykę, a nie sprzedawać miliony.

Wolny jak tylko można

Jak często mówi, nie chce być uważany za kompozytora filmowego. – Nie powinniśmy się dawać zaszufladkować. Musimy być w ruchu i wolni jak tylko można – radzi. Nigdy nie tworzy dlatego, że ma jakieś zamówienie. – Komponuję w taki sam sposób jak oddycham. Czy powinienem czekać na to, aż ktoś zamówi u mnie oddech? Wtedy dawno temu bym wymarł.

Czym jest więc dla niego muzyka? – To jedna z najpotężniejszych sił we wszechświecie. Otacza nas nieustannie i wszędzie – wyjaśnia. – Jest dla mnie totalną abstrakcją. Komponuję bez żadnych inspiracji, obrazów, nawet uczuć. Gdyby się pojawiły, wizja byłaby subiektywna, a ja staram się być tak obiektywny jak to tylko możliwe.

Jon & Vangelis

Zupełnie niezwykle potoczyła się współpraca Vangelisa z Jonem Andersonem, głosem znanym z grupy Yes – w latach 70. artysta otrzymał propozycję, by zastąpić w niej Ricka Wakemana. I choć ją odrzucił („Nie chciałem grać w zespole„), przyjaźń i chemia, jaka połączyła go z wokalistą, zaowocowała czterema nagranymi na przestrzeni lat 1980-1991 płytami („Short Stories”, „The Friends of Mr. Caro”, „Private Collection”, Page of Life”) i szeregiem do dziś słuchanych przebojów – jeden z nich „I’ll Find My Way Home”, w sobotę, 24 kwietnia 1982 roku, zadebiutował na samym szczycie pierwszego notowania Listy Przebojów Trójki.

Znalezienie głosu, z którym mógłbym się kojarzyć, zajęło mi całe lata – mówi artysta. – Współpracowałem z nim trochę dla odmiany. Pozwoliło mi to zagłębić się w nieco inne muzyczne rejony. Wszystko co tworzyliśmy, powstawało spontanicznie, za pierwszym podejściem. Dla przykładu, pierwszy album skomponowaliśmy i nagraliśmy w jeden weekend.

Warto zwrócić szczególną uwagę na znajdującą się na „Private Collection” przepiękną kompozycję „Polonaise” – dedykowaną uciemiężonemu stanem wojennym narodowi polskiemu.

Dźwięk bliżej natury

Vangelis, choć jest mistrzem muzyki elektronicznej, protestuje, gdy nazywa się ją odhumanizowaną czy syntetyczną. I słusznie, gdyż jego kompozycje charakteryzuje bardzo ciepłe, głębokie i pełne przestrzeni brzmienie. Jak podkreśla, nie zastępuje ono akustycznych instrumentów, lecz tworzy coś zupełnie nowego. – Owszem, syntezatory potrafią wydawać z siebie dziwne dźwięki albo imitować akustyczne instrumenty, ale wcale nie są od tego. Stworzono je po to, by były bliżej natury. Nazywa się je często odhumanizowanymi, ale to ewentualnie ludzie, którzy na nich grają, tacy są.

Nie widzę różnicy miedzy brzmieniem akustycznym czy elektronicznym – wyjaśnia dalej. –Dźwięk to dźwięk, jego źródło jest po prostu albo elektroniczne albo akustyczne. Ktoś powie, że akustyczne jest naturalne, a elektroniczne nienaturalne. Myślę, że to błąd, gdyż wszystko jest naturalne. To ludzie stają się nienaturalni, bardziej niż same brzmienia.

Kompozytor, czyli asteroida

Od połowy lat 90. Vangelis, choć jest nadal bardzo płodny artystycznie, płyty wydaje rzadziej. Na szczególną uwagę zasługują takie albumy jak „Vocies” (1995), „Oceanic” (1996) i „El Greco” (1998), jak i „Mythodea” (2001), będąca zapisem niezwykłego koncertu z muzyką z oficjalnej misji NASA na Marsa, który odbył się w czerwcu 2001 roku w Świątyni Zeusa w Atenach.

Warto dodać, że w 1995 roku Asteroidzie 6354, położonej między Jowiszem a Marsem, Centrum Małych Planet Związku Astronomicznego Smithsonian Astrophysical Observatory w USA nadało imię Vangelis. – Asteroida leży w niezłym towarzystwie, bo obok Beethovena, Mozarta i Bacha – śmieje się kompozytor. – Oddalona jest od słońca o 247 milionów mil i raz na 4,33 lata je okrąża.

W 2002 roku Vangelis napisał hymn Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Korei i Japonii, a dwa lata później oprawił swoimi kompozycjami film „Alexander”. Dzieło Olivera Stone’a krytycy zmiażdżyli – jedynym, co większość chwaliła, była właśnie muzyka.

Ciekawostką są też trzy kompozycje, które napisał pięć lat temu do polskiego filmu „Świadectwo”, opowiadającego o Janie Pawle II.

Rydwany w teatrze

W zeszłym roku miała premiera płyty „Chariots of Fire” – The Play”, zawierająca ilustrację, jaką Vangelis skomponował do teatralnej wersji „Rydwanów ognia”. I choć kilka utworów się powtórzyło, przeważała zupełnie nowa muzyka, równie intrygująca jak przed laty.

Artysta prawie w ogóle nie koncertuje – w swojej solowej karierze wystąpił zaledwie kilka razy. – Czuję się wtedy dziwnie. Myślę sobie: „Czemu to robię?„, „Dlaczego ci ludzie patrzą na mnie?”. Może nie powinienem tu być, bo przecież nic nie sprzedaję…

Ostatni raz wystąpił w grudniu 2011 roku, gdy zaprezentował w amfiteatrze w Doha w Katarze premierową chóralną kompozycję „Hope”, wspólnie z 400-osobową orkiestrą i chórem z Kremla – koncert wkrótce ma ukazać się na DVD

„Co mógłbym dodać?”

Co jeszcze warto wiedzieć o tym niezwykłym kompozytorze? Bardzo rzadko udziela wywiadów i jest osobą trzymającą swoje życie prywatne pod kluczem. – Nie wydaje mi się, by mówienie o sobie było konieczne – tłumaczy. – Lepiej jest po prostu pracować. Jeśli moja muzyka nie mówi sama za siebie, co więcej mógłbym dodać?

Artysta był prawdopodobnie dwukrotnie żonaty, w tym z fotografką Veronique Skawinską i piosenkarką Vaną Verouti, której głos można usłyszeć na płytach „La Fete sauvage” i „Heaven and Hell”. Nie doczekał się dzieci. – Za sprawą licznych podróży i bezsensownych realiów panujących w show-biznesie nie mógłbym dbać o dziecko tak jak wydaje mi się, że powinienem – wyznał kiedyś.

Wolny czas spędza w Grecji, w Paryżu lub w Nowym Jorku. Ale nie czuje się związany z żadnym konkretnym miejscem i często podróżuje.

Nowe inspiracje, nowe nuty

Papathanassiou nie tylko kompozytorem, ale i malarzem – i doczekał się już kilku wystaw, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zapytany o podobieństwa między muzyką a malarstwem, odpowiada, że mógłby porównać je do dialogu między dwoma uzupełniającymi się, ale różnymi rzeczami. – Kiedy mam dość muzyki idę malować, i vice versa. W mojej muzyce jest jednak mniej ograniczeń.

Muzyka przechodzi przeze mnie, podczas gdy malarstwo wychodzi ze mnie. Innymi słowy, dźwięk istnieje wcześniej, a obraz potrzebuje do swojego istnienia człowieka.

Choć trudno w to uwierzyć, Vangelis kończy właśnie siedemdziesiąt lat. Jego muzyka, choć tak bardzo związana z technologią, skutecznie opiera się upływowi czasu. A on sam? Jak zapewnia, na pewno z niej nie zrezygnuje, ale żadnych planów nie robi. – Jest dzisiaj, może będzie jutro. A z nadejściem jutra nowe inspiracje, nowe nuty.

 Źródło : onet.pl  

 

 

2 myśli nt. „Vangelis – milczący geniusz

  1. Ooo tak! Drugiego takiego nie ma! Ja ostatnio po przerwie długiej, na nowo słucham płyt „Mask” oraz „Mythodea”. Przypływ natchnienia po nich – jak po większości Vangelisa – murowany!

Dodaj komentarz