Przedstawiam Wam relację Mariusza Wójcika z koncertu Tangerine Dream, który odbył się 23 kwietnia 1997 roku w Zabrzu. Ja też miałem być na tym koncercie. Niestety, w tamtym czasie miałem sesję egzaminacyjną i nie pojechałem. Do Tangerine Dream ogromnego pecha. Nie dane mi było na żywo usłyszeć Tangerine Dream na żywo w 1983 roku oraz w 2001 roku w Warszawie…na drodze znów przeszkodziła sesja egzaminacyjna. Wtedy nie dopuszczałem myśli, że to był ostatni koncert w Polsce.
Oto relacja Mariusza :
Mój mandarynkowy sen, miał się spełnić 23 kwietnia 1997 roku w dalekim od mojego miejsca zamieszkania Zabrzu. Mój kolega podał mi numer telefonu, gdzie można było zamówić bilet na koncert Tangerine Dream. Bardzo sceptycznie podszedłem do realizacji spełnienia mojego marzenia, bo życie czasami weryfikuje takie plany. Ja od zawsze jestem uparty, jeśli widzę choćby iskierkę nadziei a takową widziałem w tamtym czasie – choć z perspektywy czasu ten wyjazd był dość problemowym planem – bo przecież ja pracowałem w trybie trzyzmianowym i do tego cały czas w rozjazdach. Kiedy dostałem potwierdzenie od kolegi Aleksandra Zaranka, który był wielkim fanem TD (on również opisał swoją relacje z tego koncertu w Generator News 1997 rok – fanzin muzyki elektronicznej wydawany przez Ziemowita Poniatowskiego, obecnie Generator.pl), wówczas już na poważnie wyobrażałem sobie mój koncert marzeń. Do dalekiej Ustki służbowo wyjechałem z myślą, że jednak po przyjeździe do domu dosłownie wskoczę do samochodu mojego kolegi Aleksandra i jego żony by spod Piły wyruszyć na mój koncert marzeń. Tak się też stało – po nieprzespanej nocy wróciłem do domu i w trybie natychmiastowym pożegnałem się z żoną i półtoraroczną wtedy córką. Przyznam się, że po ciężkiej nocy jazda autem do Zabrza była dość uciążliwa, ale odsłuchiwanie w aucie kaset z muzyką Tangerine Dream ładowało mi akumulator. Kiedy dojechaliśmy pod Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu w ekspresowym tempie odebraliśmy z kasy zamówione bilety, tak naprawdę, to wtedy byłem rzeczywiście w 100 % pewien, że będę na wymarzonym koncercie.
Napięcie oczekiwania rosło z minuty na minutę, czułem w sobie narastające podniecenie, które potęgowało rozmowami z El fanami. Przed wejściem do Domu Muzyki i Tańca spotkaliśmy Ziemowita Poniatowskiego (Generator.pl), który prosił nas by jego sprzęt fotograficzny na czas koncertu przechować w naszym aucie Niestety, nie dostał pozwolenia na wykonywanie zdjęć, trzeba było posiadać specjalną akredytację. Przed samym wejściem miałem okazję przywitać się z animatorem muzyki elektronicznej w Polsce Arturem Lasoniem, z którym na przerwie koncertu zażarcie dyskutowaliśmy 🙂 (ale o tym później). Po wejściu na salę Domu Muzyki i Tańca do dziś pamiętam dziwne uczucie narastającego napięcia, migające lampki klawiatur Edgara Froese i kolegów oraz krzątającej się ekipy technicznej TD. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie frekwencja fanów, jak się później dowiedziałem, zdecydowanie więcej fanów pojawiło się na tym Zabrzańskim koncercie niż dwa miesiące później w Sali Kongresowej, na którą niestety nie udało mi się dotrzeć. Pamiętam jak z kolegą i jego żoną siedzieliśmy blisko sceny, a wokół nas pojawiła się grupa inwalidów na wózkach, naprawdę robiło się tłoczno – ale to dobrze, podskórnie wyczuwałem, że będę świadkiem historycznego koncertu TD.
Kiedy światła wygasały nastąpiła dziwna cisza, zauważyłem muzyków, którzy już byli gotowi do odegrania swojego El muzycznego spektaklu. Edgar po lewej stronie ze swoim zestawem syntezatorów. Jerome po środku i po prawej Zlatko Perica, którego energia rozsadzała wręcz, oczywiście to nie cały skład Tangerine Dream.
Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłem do set listy gdyż promowany album „Goblin’s Club” nie przekonywał mnie i liczyłem na zdecydowanie starsze kompozycje TD i… absolutnie dostałem olśnienia kiedy to, o czym skrycie marzyłem stało się faktem, już w po pierwszym zresztą znakomitym utworem „Waterborn” z albumu „Oasis”, który przepięknie wybrzmiał wtedy w Zabrzu! Cudowna sekwencja okraszona spontaniczną partia gitary Zlatko Pericy. Później było jeszcze ciekawiej, bo fragment utworu „Poland” oraz „Siliver Scale” , „Exit”, „Stratosfear” czy też fantastyczny fragment z albumu „Underwater Sunlight” – wywołały u mnie dreszcze podniecenia a przy ”Silver Scale” pamiętam, wstałem z łzami w oczach i biłem gromkie oklaski! Zresztą ta pierwsza cześć koncertu to była swoista set listą moich marzeń, aczkolwiek zabrakło wielu pięknych tematów z dekady lat 70. czy 80., to i tak byłem usatysfakcjonowany tą mandarynkową muzyką. Koniec części pierwszej dobiega końca i chwila na ostudzenie emocji , już po kilku minutach spotykają się fani TD by relacjonować na gorąco tą pierwszą część. Mile wspominam tą piękną, przyjacielską atmosferę entuzjastycznych dyskusji. Jak pamiętam, udało mi się zdobyć cudnej urody plakat promujący tournee Tangerine Dream „Goblin’s Club”, przyznam zakup był perfidnie przemyślany bowiem sądziłem, że uda mi się zdobyć autograf Edgara Froese – tak jednak się nie stało.
Muszę dodać, że w gronie dyskutantów obok wspomnianego Artura Lasonia (szefa klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej – współpracownika Polskie Radio PR II oraz Polskie Radio PR III (biografie Tangerine Dream i Klausa Schulze końcówka lat 80) oraz jednego z największych animatorów wówczas El muzyki w Polsce. Był również Ziemowit Poniatowski wówczas fanzin Generator news oraz szef Fanclubu Tangerine Dream Tangram – Sławomir Więckowski itd. itd., Tak więc pamiętam, to było swoiste spotkanie na szczycie kochających nie tylko TD, ale w ogóle muzykę elektroniczną. Moja dyskusja z Arturem Lasoniem była na tyle intensywna, iż spóźniliśmy się kilka minut na drugą część, a konkretnie na ten perkusyjny fragment , cała druga część w większości składała się z wydanego w tym czasie albumu „Goblin’s Club”, zresztą o dziwo znakomicie wypadły wersje ze studyjnego albumu „Rockoon”, gdzie Zlatko Perica popisywał się żarliwymi solówkami gitarowymi, wręcz eksplodował metalową furią – za co otrzymał gromkie brawa. Bardzo ciekawie w drugiej części koncertu wypadły projekcje wideo, w tle można było obejrzeć fragment filmu „Canyon Dreams” – naprawdę zrobiło się bardzo refleksyjnie, muzyka niezwykle działała na wyobraźnię fanów, zrobiło się nostalgicznie i jakaś nieodgadniona fala utraty każdej upływającej minuty z legendą El muzyki kazała nam absorbować wszystkie zmysły aby zostało to na długie lata. Kiedy się zaczynały bisy, a w Zabrzu a były trzy, wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami wyjątkowego spektaklu, który został powtórzony dwa miesiące później tj. 13 czerwca 1997 roku w Warszawskiej Sali Kongresowej. Jak doniósł mi kolega później – to ten z którym wybrałem się do Zabrza a który przybył na drugi koncert Tangerine Dream w Warszawie – atmosfera i frekwencja zdecydowanie różniła się od tej z Zabrza, a mimo to bardzo żałowałem, gdyż wtedy Edgar Froese spotkał się z fanami i był zdecydowanie bardziej rozmowny niż w Zabrzu. Kiedy po dwóch bisach zbliżaliśmy się do definitywnego końca tego mandarynkowego show, wielkie brawa i w ogóle bardzo entuzjastyczne przyjęcie fanów spowodowały kolejny bis. Chociaż myślę, że Edgar Froese z góry set listę miał przygotowaną, ale to szczegół, bo na sam koniec przyznam, zostałem mile zaskoczony fantastyczną wersją geniusza gitary Jimiego Hendrixa! Utwór „Purple Haze” wręcz eksplodował feerią intensywnych świateł oraz fenomenalną partią Zlatko Pericy – przez chwilę miałem wrażenie uczestnictwa bardziej w koncercie… Deep Purple ;-), niż legendy muzyki elektronicznej ;-). Na sam koniec Edgar podziękował polskiej publiczności za ciepłe przyjęcie, ale troszkę był zły na nie ogrzewaną sale DMiT. Jakby ze złości wymachiwał ręką, zresztą dość sarkastycznie to ujął … przybywam do WAS … i znowu zimno ;). Tak, Edgar miał rację, bo 23 kwietnia sala Domu Muzyki i Tańca rzeczywiście nie była ogrzewana, choć przyznam szczerze, że od niesamowitych emocji było przynajmniej w moim przypadku bardzo gorąco ;-).
Czekaliśmy uparcie dalej na Edgara, niestety menadżer Tangerine Dream wyszedł i oznajmia nam, że maestro Froese przeprasza nas ale nie może wyjść, no cóż pamiętam moją reakcję – bierzcie ze sobą plakaty i biegiem pod busa, gdzie muzycy Tangerine Dream odpoczywali po koncercie. Podbiegliśmy, ale okazało się iż Edgar, wyszedł do nas dosłownie na chwilę, zresztą faktycznie zmęczony i przeprosił ale nie będzie rozmawiał, dopiero po kilku minutach wyszedł z busa Jerome Froese i chętnie z nami porozmawiał itd. Wtedy też stojąc przy drzwiach autokaru pierwszy i ostatni raz miałem okazję zobaczyć Monikę Froese. Drzwi się zamykają, ciepłe i serdeczne pożegnanie i… kończy się moja przygoda z mandarynkową legendą.
Kiedy pakowaliśmy się do auta, było już naprawdę zimno, księżyc w pełni… i naszły mnie dziwne myśli… to już naprawdę koniec??… Smutek spełnionego marzenia. Po nieprzespanej nocy, oraz po trudach jazdy do Zabrza i koncercie Tangerine Dream o dziwo… Nie mogłem zasnąć w aucie. To były tak wielkie emocje, że nie pozwoliły mi na spokojny sen, do dziś kiedy słucham „Tournado” czyli album TD z rejestracją tego Zabrzańskiego koncertu – zawsze wracają wspomnienia z… mandarynkowego snu AD 1997.
Mariusz Wójcik
Całość możecie poczytać tutaj.